WP Turystyka

 
 
Polecane
Tematy

Beata Pawlikowska - Zmysłowa podróżniczka

Beata Pawlikowska jest pisarką, dziennikarką, podróżniczką i łowcą przygód. Znana z audycji „Świat według Blondynki” w Radiu Zet, gdzie w niezwykły sposób opowiada o swoich zmysłowych podróżach.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
(Beata Pawlikowska, Fot: WP)

Beata Pawlikowska jest pisarką, dziennikarką, podróżniczką i łowcą przygód. Znana z audycji „Świat według Blondynki” w Radiu Zet, gdzie w niezwykły sposób opowiada o swoich zmysłowych podróżach.

Jej pierwszą i największą miłością jest Ameryka Południowa, szczególnie dzika dżungla. W swojej ostatniej książce „Poradnik Globtrotera, czyli Blondynka w podróży” dzieli się z czytelnikami zbieranym przez lata doświadczeniem podróżniczki.

Gdy wracała Pani z Kolumbii, polscy strażnicy graniczni znaleźli u Pani dwie przezroczyste torebki z białym proszkiem.
Tak, a ja nagle stanęłam przed perspektywą spędzenia reszty życia w więzieniu. Historia zaczęła się jednak od tego, że lubię gotować i często przywożę do Polski egzotyczne przepisy. W Kolumbii jada się przepyszne placki – arepas, robione z mąki ryżowo-kukurydzianej, której nie można kupić w Polsce. Kupiłam więc dwa woreczki mąki, zapakowałam do plecaka i na lotnisku trafiłam na bardzo dociekliwych celników (śmiech). Cała sytuacja okazała się nieporozumieniem.

Ale zażywała Pani narkotyki w Ameryce Południowej?
Nie, bo „zażywanie narkotyków” to pojęcie europejskie, odnoszące się do ludzi, którzy próbują środków halucynogennych z ciekawości albo dla zabawy. W dżungli amazońskiej tylko szaman używa takich środków i nie robi tego dla przyjemności, ale po to, żeby ze świata śmiertelników przenieść się w inny wymiar i tam znaleźć pomoc i odpowiedzi na ważne pytania. Jako uczennica szamana zażywałam takich środków i opisałam to w książce „Blondynka u szamana”.

Skąd wziął się ten wąż wytatuowany na Pani przedramieniu?
Dostałam go od Indian.

Bolało?
Tak, dwa razy. Indianie zrobili mi tatuaż za pomocą igły palmowej i naturalnego barwnika, który zaczął znikać po kilku tygodniach. Zrobiłam go więc jeszcze raz w salonie tatuażu w Bogocie, tym razem na zawsze. Ten wąż ma mnie chronić.

Pani podróżuje zmysłami, są to zmysłowe podróże?

Szczególnie w Amazonii, bo dżungla jest najbardziej zmysłowym miejscem na świecie. Tam wszystkie zmysły pracują bardzo intensywnie. Ale jest to miejsce niezwykle zmysłowe także w sensie potocznym. W dżungli przez cały czas trwa walka na śmierć i życie. W każdej sekundzie coś nowego się rodzi, a coś innego umiera.

Który zmysł jest najbardziej przydatny w poznawaniu nowego miejsca?
Dziesiąty. Jest to rodzaj wysublimowanego instynktu, który przydaje się w nowym, nieznanym miejscu. Dzięki niemu można wyczuć węża, który jest ukryty za liśćmi.

Skupmy się jednak na 5 podstawowych zmysłach. Gdyby miała Pani dopasować do każdego z nich jeden kontynent?
Smak – Azja, ponieważ jest najbardziej pikantnym kontynentem. Nie tylko dlatego, że używa się tam ostrych przypraw, ale dlatego, że są one niezwykle wyraziste. Nawet jeśli te przyprawy tworzą bukiet smaków, to każda z nich zostaje wyczuwalna.

Wzrok?
Ameryka Północna. Tam wszystko jest bardzo duże, łatwo rzuca się w oczy i robi ogromne wrażenie. Wieżowce, kaniony, wielkie jeziora, lasy w Kanadzie. Otoczenie odbiera się tam najpierw właśnie oczami.

Słuch?
Ameryka Południowa i dżungla amazońska. Za dnia i nocą słychać tam cykady, które są tak głośne, że wydawany przez nie dźwięk przypomina odgłosy z tartaku, gdzie tnie się deski. Czasami ludzie nie mogą spać w dżungli przez ten hałas.

Zmysł węchu?
Niech będzie Afryka, ponieważ nad sawanną unosi się absolutnie niezwykły zapach – zapach wolności i szczęścia. Wdychałam go z rozkoszą każdego ranka, kiedy budziłam się i patrzyłam na Kilimandżaro. Sawanna to ogromna, bezkresna przestrzeń, gdzie zwierzęta żyją na wolności. Myślę, że niejeden człowiek, który ma szczęście znaleźć się na sawannie, miałby ochotę tak jak żyrafa czy zebra po prostu pójść przed siebie i błąkać się po sawannie do końca życia.

Dotyk?
Antarktyda - dotyk lodu. Ale także Australia, bo jeśli ktoś trzymał w rękach miękkiego, przytulnego misia koalę, to wie co mam na myśli.

Jaką ma Pani receptę na etnocentryzm?
A co to jest według pani etnocentryzm?

Stawianie własnej kultury ponad inne.
To jest przyczyna wszystkich wojen, konfliktów i nieporozumień podczas podróży...

Zdarza się jednak, że jesteśmy zmęczeni trudami podróży, tracimy cierpliwość...
Nigdy mi się to nie zdarzyło! Przez cały czas mam świadomość tego, że jestem gościem w obcym kraju i nie mam prawa oczekiwać, że ktoś będzie rozumiał moje potrzeby albo zaspokajał moje przyzwyczajenia. Moim zdaniem, jeżeli ktoś decyduje się wyjechać z Polski, to ma obowiązek szanować zwyczaje ludzi, u których jest gościem i zachowywać się zgodnie z ich obyczajami. Nie ma innej możliwości.

Czy oznacza to, że w Chinach jada Pani psy?
Dokładnie tak. Jeżeli taki zwyczaj mi się nie podoba, to nie powinnam jeździć do Chin.

A jeździ Pani do Chin?
Odpowiadając w przenośni – tak. Dlatego mieszkając z Indianami jadłam zupę z małpy, żywe larwy i pieczone mrówki.

Gdzie było Pani najtrudniej przyzwyczaić się do lokalnych zwyczajów?
Podczas moich pierwszych wypraw do Ameryki Południowej przeszkadzało mi to, że Indianie nie mają wielkiej potrzeby prywatności. Często żyją w jednej, wspólnej chacie, w kształcie półokrągłego dachu, pod którym wiszą hamaki. Nie ma żadnych ścian, nie ma pokoi. Miejsce danej rodziny wyznacza hamak i ognisko. Wszystkim należy się dzielić. To życie we wspólnocie było dla mnie na początku trudne. Nigdy nie byłam sama. Jedynym wyjściem była wędrówka w głąb dżungli. I tak właśnie robiłam. Po kilku latach podróżowania po dżungli zaczęłam się do tego przyzwyczajać i przestało mi to przeszkadzać.

„Jest niebezpieczna, ale magnetyczna.”

Dżungla.

Powiedziała Pani tak o Ameryce Południowej.
Ameryka Południowa też.

Ale Ameryka Południowa to nie jest tylko dżungla.
Oczywiście, że nie. Przyjezdni zazwyczaj najpierw trafiają do miast, gdzie lądują samoloty. Tam często panuje wielki upał i duchota, wszędzie jest beton. W dodatku duże miasta Ameryki Południowej bywają bardzo niebezpieczne. Ale im bardziej człowiek oddala się od metropolii i zbliża się do wiosek, osad, do dżungli, ta magia jest coraz większa.

Wszystkie drogi prowadzą do dżungli.
Tak, tak, tak. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś raz pojedzie do Ameryki Południowej, to do końca życia będzie marzył, żeby tam wrócić. Chyba, że zrazi się wielkim miastem, takim jak na przykład Sao Paulo w Brazylii. Jeśli ktoś chce poznać prawdziwą Amerykę Łacińską, to powinien jak najszybciej wyjechać z miasta.

W Ameryce Południowej stawiała Pani pierwsze kroki jako podróżniczka. Jaki błąd wynikający z braku doświadczenia Pani najdotkliwiej odczuła?
Zabierałam za dużo bagażu, wiele kompletnie niepotrzebnych rzeczy. Ubrania z bawełny okazały się zupełnie niepraktyczne w tropikach. Bawełna szybko chłonie wilgoć, długo schnie, a po kilku dniach wszystko zaczyna pleśnieć. Nauczyłam się zabierać mniej ubrań i tylko z syntetycznych tkanin nowej generacji, które dobrze znoszą ciężki, tropikalny klimat.

Niezbędnik podróżnika Beaty Pawlikowskiej?
Aparat fotograficzny z zestawem obiektywów, zapas notatników i długopisów, sprzęt do nagrywania dźwięków.

„Poradnik globtrotera, czyli blondynka w podróży” to Pani najnowsza książka. Szczerze mówiąc, zabrakło mi w niej czegoś na co bardzo liczyłam, a czemu poświęciła Pani stosunkowo niewiele miejsca – porad dla samotnie podróżujących kobiet.
Rzeczywiście, to dobry pomysł, może dopiszę taki rozdział do następnego wydania.

Co poradziłaby Pani dziewczynom, które chciałyby wyruszyć w podróż, ale boja się samotnej wyprawy?
Poradziłabym spróbować najpierw podróżowania z koleżanką. Wtedy można realnie ocenić potencjalne zagrożenia. Ja bardzo często podróżuję samotnie i bardzo to lubię. Trzeba tylko pamiętać o kilku bardzo ważnych rzeczach. Po pierwsze trzeba myśleć, widzieć co się dzieje dookoła, nigdy nie wolno oddalać się z miejsc publicznych, szczególnie za nieznajomym, który chce nam coś pokazać, sprzedać itd. Po drugie - zawsze trzeba mieć w sobie pozytywne nastawienie do ludzi i do świata.
Jeżeli jest się dobrym, uczciwym człowiekiem, to każdy człowiek spotkany po drodze odpłaci nam się tym samym. Turysta, który przybywa do nowego miejsca z przerażeniem i głową pełną stereotypów, sam się prosi o problemy. Podsumowując - dziewczyny, bądźcie mądre, rozsądne, a poza tym miejcie pozytywne nastawienie do siebie i do świata, często się uśmiechajcie i najprawdopodobniej wszyscy, których spotkacie odpłacą wam uśmiechami.

A co z zagrożeniem ze strony mężczyzn?
Jeżeli mężczyzna zaczepia dziewczynę, to w 99% przypadków robi to wyłącznie dla żartu, na pokaz. Trzeba tak samo na to odpowiedzieć. Nigdy nie wolno się oburzać, okazywać gniewu, ani być agresywnym. Wystarczy się uśmiechnąć i pójść dalej. Jeżeli mężczyzna staje się natrętny i zaczyna mi to przeszkadzać, z uśmiechem i spokojnie odpowiadam mu po polsku. On wtedy wie, że ja go nie rozumiem, ale nie jest urażony, bo nie używam agresywnych słów, ani nie okazuję zdenerwowania. Mówię po prostu: „Wie pan co, ja w ogóle nie rozumiem co pan do mnie mówi. Niestety, trochę się spieszę więc może porozmawiamy o tym innym razem.”Kiedy powtarzam to po raz dziesiąty, on po prostu zostawia mnie w spokoju.

Lubi pani adorację mężczyzn w Południowej Ameryce?
Bycie adorowaną jest zawsze przyjemne. Ale z drugiej strony, mam świadomość tego, że jest to jedna z konsekwencji znajdowania się w takich miejscach, gdzie wszyscy mieszkańcy wyglądają inaczej niż ja. Zainteresowanie ze strony mężczyzn jest więc zupełnie naturalne.

W „Poradniku globtrotera” dzieli Pani ludzi, którzy podróżują na 4 kategorie. Są to urzędnicy, turyści, straceńcy i podróżnicy. Pani jest podróżnikiem, ale miałam wrażenie, że do trzech pozostałych grup czuje Pani niechęć. Szczególnie do turystów i straceńców.
Straceńca widać z daleka. To jest taki człowiek, który ma brudne włosy, jest zarośnięty, ma kolczyki w różnych miejscach ciała, tatuaże i ubiera się w niedbały sposób. Jego wygląd mówi: „Na niczym mi nie zależy, jestem nikim, nie lubię siebie, nie lubię was. Jak mi się zechce, to rzucę się z urwiska w przepaść i sobie zginę”. Straceńcy sami się pchają w kłopoty, a potem przywożą do Polski opowieści o tym, jakim strasznym miejscem jest Ameryka Południowa, czy Afryka.

A turyści?
A turyści odwrotnie, są wymuskani, noszą białe skarpetki, sandałki, kapelusz słomkowy, wyprasowaną kwiecistą koszulę, aparat fotograficzny na szyi. Z daleka widać, że taki człowiek przyjechał do danego kraju na chwilę, nic nie wie o miejscu, w którym się znalazł i niczego właściwie nie chce się dowiedzieć. Przywiózł ze sobą kawałek Europy i jest tutaj tylko po to, żeby wydać kasę. Na jego widok miejscowi myślą sobie: „No to zabierzmy mu tę kasę.”

Jaką Pani przygodę ostatnio złowiła?
Podczas safari w Afryce miałam bliskie spotkanie z lwem.

Jakiś czas temu złowiła Pani również miłość. Czy nie jest Pani teraz trudniej wyjeżdżać i łatwiej wracać?
Nie jest ani trudniej, ani łatwiej. Na pewno jest przyjemniej, jeżeli wiem, że ktoś będzie na mnie czekał na lotnisku. Ale moim zdaniem, bycie z kimś nie oznacza zamknięcia dotychczasowego życia. Nie wolno rezygnować z siebie, z własnych marzeń i pasji. Nie wolno oddać całego siebie drugiemu człowiekowi, bo wtedy zostaje z nas NIC. A jeżeli już jesteśmy niczym, wtedy nic nie mamy do zaoferowania ani sobie, ani tej drugiej osobie.

Nie ma miejsca na kompromisy?
Jakie kompromisy?

Takie, że Pani chce wyjechać w kolejna podróż, a Pani partner wolałby mieć Panią blisko siebie?
Akurat tak się dobrze składa, że mój partner nie ma nic przeciwko temu, że ja często wyjeżdżam. Rozumie, że to jest część mojego życia, moja pasja i że nie mogłabym zrezygnować z podróżowania wbrew własnej woli.

Mówi Pani często, że „Kolejne podróże, to kolejne życie.”, jak w grach komputerowych. Dokąd będzie kolejna wyprawa?
Dzisiaj wyjeżdżam do Estonii, przez Litwę i Łotwę. Do tej pory niewiele podróżowałam po Polsce i Europie. A mam stuprocentową pewność, że egzotykę można znaleźć również bardzo blisko. Trzeba tylko odejść od wielkich miast, zejść z głównych dróg, trafić do wiosek.

W jakiej postaci chciałaby się Pani odrodzić w kolejnym życiu?
Chciałabym być znów sobą.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo.

Rozmawiała: Agnes Lecznar

Polub WP Turystyka
Trwa ładowanie
.
.
.
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Podziel się na Facebooku