- Czy widziałeś najsłynniejszy w Islandii gejzer, wodospad i wieloryby?- Żyć w Islandii pięć lat i nie widzieć tych cudów natury byłoby grzechem, a przede wszystkim kompromitacją. Choć, z drugiej strony, poznałem Islandczyka, który nigdy nie wszedł na Esję (niezbyt wysoki szczyt, leżący tuż za Reykjavikiem), a to tak jakby mieszkaniec Łeby nigdy nie widział Bałtyku. Gejzer Strokkur i wodospad Gullfoss to pierwsze punkty programu każdej wycieczki zorganizowanej, najbardziej znane miejsca na wyspie, a jednocześnie dowód na niesłychaną autopromocję przyrody, gdyż położone są niemal tuż obok siebie i w ten sposób zapewniają w krótszym czasie więcej wrażeń. Jeśli chodzi o wieloryby, to dwukrotnie wypłynąłem na „zwiedzanie” wielorybów. Za pierwszym razem widziałem tylko mewy i maskonury, natomiast za drugim organizator rejsu krzyczał przez megafon, wskazując jakieś ruchome punkty w oddali, że są to walenie, więc jeśli to były one, to w najlepszym razie widziałem je z daleka, czyli trochę słabo. Lekcję odrobiłem w Whale Watching Centre, obserwując wieloryby na dużym ekranie.
- No właśnie, podobno wybrałeś się w podróż dookoła Islandii. Przeciętnie zajmuje ona dwa tygodnie. A Tobie wystarczyło 65 godzin. Gdzie byłeś i co widziałeś?
- W 65 godzin naprawdę można wiele zobaczyć, szczególnie latem, kiedy jest prawie całą dobę jasno, a człowiek nie jest śpiochem. Podczas wycieczki dookoła Islandii widziałem mnóstwo cudownych miejsc i niecodziennych zjawisk, a najciekawsze z nich to z pewnością Dimmuborgir i Jökulsárlón. Dimmuborgir to taki ogród rzeźb natury, rozległe pola lawy, która gdzieniegdzie przyjęła zaskakujące i niesamowite kształty, przywodzące na myśl nosorożce, wielbłądy, słonie, wymarłe gatunki dinozaurów, rycerzy na koniach, zdeformowane twarze i wszystko to, co człowiekowi przyniesie wyobraźnia. Natomiast Jökulsárlón to laguna rzeki lodowcowej, lodowe skały w lazurowej wodzie, taki Dimmuborgir z lodu, najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu widziałem.
- Od pięciu lat mieszkasz w Reykjaviku, jaki masz stosunek do Islandii? Co Cię najbardziej zdziwiło, zszokowało, co Ci się wydało fajne, a może urocze?- Największe zaskoczenia były na początku pobytu na wyspie, co zresztą jest naturalne. Dziś chyba już nic nie może mnie zdziwić. Bo każde kolejne zdziwienie tylko potwierdza fakt, że Islandia jest krajem zupełnie innym niż Polska. Zimą dziewczyny w klapkach na śniegu i w podkoszulkach odsłaniających brzuch, ale za to w modnych czapkach i rękawiczkach to standard. Znikoma ilość śniegu i minus osiem w zimie jako najniższa temperatura w kraju, który wcześniej był dla mnie synonimem zimy. Specjalna trawa zwinięta w kilkumetrowe rulony, którą rozwija się między chodnikiem a jezdnią i na skwerach jako substytut kiepsko rosnącej w tych miejscach naturalnej trawy. Antypromocja papierosów i alkoholu – papierosy nie są wystawiane na widok publiczny, jeśli ktoś chce je kupić, to prosi sprzedawcę, a ten wyjmuje je spod lady, natomiast alkohol można kupić w całej Islandii zaledwie w kilkunastu punktach i tylko do 18, a w niedzielę wcale (nie licząc barów i pubów). Dziesięcioletni chłopcy o pierwszej w nocy na boisku (latem o tej porze jest szaro i widać piłkę). Ptaki śpiewające latem całą dobę. Bezstresowe wychowanie osiągające poziom dotąd mi nieznany. W weekendowe noce jeżdżenie samochodami po mieście (auto za autem powoli się przemieszcza, robiąc kolejne okrążenie tą sama trasą, a w każdym z nich głośna muzyka i okrzyki, i tak do samego rana). To pierwsze z brzegu przykłady, można je mnożyć, jednak najmilej zaskoczyli mnie ludzie, ich tolerancja, życzliwość, brak agresji, otwartość, luz, swobodny sposób bycia, choć może czasem zbyt swobodny (choćby w sensie zachowania przy stole, gdzie powszechne jest bekanie i mlaskanie, nie mówiąc o innej czynności – tak jakby w Islandii kultura osobista nie nadążała za szybkimi zmianami cywilizacyjnymi, które miały miejsce w ostatnich latach na wyspie).