Na trekking w Himalaje wybrałam się z dwiema przyjaciółkami, wszystko zorganizowałyśmy same, począwszy od biletów, przez plan podróży, przewodnika, transport i zakwaterowanie na miejscu. Najlepszym okresem na trekking w tamtym rejonie jest jesień. Pod koniec września kończy sie pora letniego monsunu, pogoda robi się stabilna a niebo klarowne. Zwykle. Nawet w tym okresie można jednak trafić na ciężkie od wody, ciemne chmury opatulające góry od wczesnych godzin porannych. No i oczywiście pakując plecak trzeba wziąć pod uwagę, że inna temperatura jest na wysokości 1500 m n.p.m a inna na 4000 m n.p.m.
Noclegami w górach przejmować się nie ma sensu. Trasa do ABC (Annapurna Base Camp) usiana jest guest housami, położonymi od siebie w odległości 2-4 godzin. Tutejsze nazywają się "lodge", wszystkie mają podobny standard, a ceny rosną proporcjonalnie do wysokości. Pokoje są malutkie, miejsca starcza na łóżka, rzadko jakąś półkę, raczej trzy haki w ścianie robiące za garderobę. Nieogrzewane. Czasami zdarza się pościel, ale zwykle wielkokrotnego użytku, dlatego własny śpiwór nie tyle jest zalecany co konieczny. W niżej położonych lodżiach można zażyć gorącego prysznica za symboliczną opłatą, wyżej czyściochom pozostaje wiadro z ciepłą wodą. A już w samym ABC to nie widziałam, żeby ktokolwiek się mył w ogóle. Komu by się chciało rozebrać przy temperaturze -5 stopni wewnątrz?
Wraz z wysokością menu nie tylko drożeje, ale i ubożeje. Najbezpieczniejszą potrawą jest dal bhat (ryż i zupa z soczewicy), dobre i rozgrzewające są też inne zupy: pomidorowa, czosnkowa, grzybowa. No i odkrycie wyjazdu - gurung, czyli rodzaj słodkawego chleba, a może bardziej placka? W każdym razie przepyszny! Woda jest bezpłatna, ale niebutelkowana. Można też oczywiście używać kranówki, po uprzednim jej odkażeniu. Słodkie energetyki lepiej wziąć ze sobą. W górach ich cena zbliżona jest do ceny obiadu.
Wybierając się w góry, warto wynająć przewodnika, chociaż nie jest to konieczne. Rozgarnięty turysta doskonale poradzi sobie sam, tyle że straci niepowtarzalną okazję, by zbliżyć się nieco do autochtonów. A Nepalczycy to ludzie niesamowicie serdeczni, ale też zachowujący dystans wobec obcych. Nasz przewodnik nazywał się Mani i był właścicielem najbardziej promiennego uśmiechu na wschód od Uralu. I uśmiech ten oddawał cały jego charakter. Był również niezrównanym gawędziarzem. Snuł opowieści o wszystkim: ludziach, życiu, bogach, turystach, Nepalu i górach. Zatrzymywał się przy większości napotkanych zwierzaków, drapaniem relaksował zdenerwowane na wąskim szlaku krowy. Głównym jednak jego zadaniem było upraszczanie nam życia, dogadywanie się z właścicielami lodżii, planowanie trasy, zamawianie posiłków. Wynajęcie takiego przewodnika to koszt ok 200$ za 10 dni trekkingu od małej grupy.
Każdy dzień trekkingu wyglądał podobnie: pobudka o świcie, pakowanie, śniadanie, od pięciu do dziewięciu godzin marszu z przerwa na obiad gdzieś po drodze. Zwykle około 17.00 docieraliśmy do kolejnego miejsca noclegowego, gdzie można się było umyć (zwykle...), potem kolacja, chwilka w stołówce i mniej więcej o dwudziestej chodziłyśmy spać.