Koncertowo marnujemy modę na Polskę. Od czasu naszego wejścia do Unii Europejskiej spektakularnie rośnie liczba obcokrajowców odwiedzających nasz kraj. W ubiegłym roku przyjechało do nas 15,7 mln turystów. Z krajów starej unijnej piętnastki - blisko 8 mln. Z tej hossy nie umiemy jednak skorzystać. Turystyka generuje zaledwie 2,6 proc. polskiego PKB. Dla porównania: na Węgrzech - 7,3 proc.
Opublikowany właśnie raport Światowego Forum Ekonomicznego pokazuje, dlaczego nie umiemy zarabiać na turystach. Po prostu Polacy turystów lekceważą. W gronie 124 krajów, w których mierzono stopień otwartości na przyjezdnych, znaleźliśmy się na 122. miejscu. Polacy - mimo mitu o staropolskiej gościnności - kompletnie przybyszów nie zauważają.
Zmarnowany Chopin
Dajemy za to przykłady, jak nie zarabiać na turystach. Tę sztukę po mistrzowsku opanowała Żelazowa Wola. Teoretycznie ma ona wszystko, co potrzeba, by się stać atrakcją turystyczną. W końcu tu urodził się Fryderyk Chopin. Mógłby on być wabikiem ściągającym turystów, którzy przy okazji poznawaliby region. - Tuż obok Żelazowej Woli znajduje się Czerwińsk nad Wisłą, z przepięknym klasztorem z XII wieku. Wycieczka do tych dwóch miejscowości zatrzymałaby turystę w okolicy na cały dzień - uważa Piotr Żółtowski, koordynator projektu "Turystyka - wspólna sprawa".
W Żelazowej Woli wierzby szumią tylko w folderach - w rzeczywistości straszą tam połamane chodniki, zniszczony pałacyk i odrapana budka z pamiątkami. Nie ma nawet porządnej restauracji. Autorzy projektu "Turystyka - wspólna sprawa" przeprowadzili ankietę wśród osób odwiedzających Żelazową Wolę. 23 proc. chętnie przyjechałoby tutaj na wczasy odchudzające, 21 proc. skorzystałoby z dyskoteki lub pubu. Ale nie przyjadą, bo Żelazowa Wola ani wczasów, ani innych rozrywek nie oferuje.
Brudna Polska Żelazowe Wole są w każdym zakątku Polski. - W naszym kraju jest ponad 900 miast, wiele z nich powstało w XII-XIII wieku. Każde z nich kryje w sobie potencjał turystyczny - mówi Mirosław Boruc, prezes Instytutu Marki Polskiej. Przykłady można mnożyć. Do jaskini Raj w Świętokrzyskiem, z zachowanymi stalaktytami i stalagmitami, nie prowadzi żaden kierunkowskaz. W Białowieży z podobnego powodu trudno znaleźć nawet taką potencjalną atrakcję turystyczną, jak skansen. Jedyny pub w okolicy znajduje się w oddalonej o 17 km Hajnówce, gdzie dojechać można tylko prywatnym samochodem, bo publiczna komunikacja właściwie nie istnieje.
- W Polsce nie ma sensownej polityki turystycznej. Brakuje systemu pomagającego przyciągnąć i zatrzymać turystę - twierdzi prof. Bogdan Radomski z SGH, współtwórca raportu WEF. Za największe wady naszej turystyki raport uznaje słabą konkurencję w branży, niską jakość transportu, brud oraz brak wykwalifikowanego personelu. Za największą zaletę uznano dziedzictwo historyczne oraz kulturalne - w tej kategorii zostaliśmy sklasyfikowani na 19. miejscu na świecie! To najlepiej dowodzi, jak ogromny kapitał marnujemy.
Tego, jak zarabiać na turystyce, moglibyś-my uczyć się od Węgrów. W ubiegłym roku ten kraj odwiedziło 9,3 mln turystów (Polskę 15,7 mln). Mimo że gości było mniej, Węgrzy zarobili na nich więcej - turyści zostawili tam 4,1 mld dolarów, a u nas 3,4 mld. Wynika z tego, że jeden obcokrajowiec podczas pobytu na Węgrzech wydał 444 dolary, a w Polsce - 216. Węgrzy zarabiają na turystyce, bo wiedzą, jak nęcić obcokrajowców. Z raportu WEF wynika, że na Węgrzech jest czyściej i bezpieczniej niż u nas, infrastruktura turystyczna o niebo lepsza. Węgrzy po prostu zrozumieli, że turystyka to fantastyczny interes. Nie tylko dbają o swoje największe atuty, jak budapesztańskie centrum czy jezioro Balaton. Przyciągają turystów innymi atrakcjami, jak np. wyścigi Formuły 1 na torze Hungaroring. Nie mówiąc o świetnym tokaju, który jest dostępny na każdym kroku. Tymczasem w Polsce wciąż nie udało się wypracować imprezy, z którą by nas kojarzono w świecie, ani spopularyzować narodowego dania czy trunku.