Grudzień.Zimno.Jednak nasze myśli skierowane były w kierunku gorącej Afryki. Wówczas zrodził się plan: samotny przejazd naszym Jeepem Grand Cherokee (rocznik 2004) z Warszawy na Przylądek Dobrej Nadziei. Oszacowaliśmy budżet przedsięwzięcia, potem zabraliśmy się za przygotowanie techniczne auta oraz wytyczyliśmy wstępną trasę. Wówczas też nadalismy naszej wyprawie jej nazwę: African Express. Kiedy w kolejnych miesiącach piętrzyły się problemy, nigdy nie dawaliśmy za wygraną. Stawiając czoła wszelkim przeciwnościom losu wreszcie wypakowaliśmy auto po brzegi i 31 maja 2009 spod warszawskiego bloku na Pradze ruszyliśmy przed siebie. Nasz cel to Przylądek Dobrej Nadziei, tam chcemy zakończyć naszą wyprawę.
Szło gładko...
W mgnieniu oka pokonaliśmy Europę. Potrzebowaliśmy zaledwie 3 dni, żeby przekroczyć granicę z Azją w Istambule. W Syrii zabawiliśmy kilka dni, po czym przejechaliśmy Jordanię. Na trasie stanął nam Izrael. Jedynym wyjściem aby nie mieć pieczątki z Gwiazdą Dawida w paszporcie, która zamknęłaby nam możliwość dalszej jazdy, było ominięcie tego państwa szerokim łukiem. W tym celu należało wykonać z pozoru prostą operację - załadować Jeepa na prom i popłynąć 70 km wzdłuż egipskiego wybrzeża na południe do niewielkiej, zasypanej piaskiem mieściny o nazwie Nuweiba, a następnie te same 70 km pokonać autem z powrotem na północ, a stamtąd już kierować się na Kair. W tej części świata nie obowiązują jednak żadne rozkłady, dlatego podróż zajęła nam 24 godziny. A dalej było już tylko pod górę... Otoczeni przez tłum krzyczących ludzi, stosy paczek, walizek, kartonów i płóciennych worków, o które nieustannie się potykaliśmy, z mozołem wspinaliśmy się na piramidę maksymalnej maksymalizacji egipskiej biurokracji. Natrętne muchy nie opuszczały nas na krok, towarzysząc przemarszowi po kolejnych arcyważnych okienkach, gdzie w oparach dymu papierosowego, któremu nie dawały rady ciężko pracujące wiatraki, sukcesywnie powiększaliśmy kolekcję pieczątek.
Przepisy ruchu drogowego – A co to jest? Poruszanie się po Egipcie samochodem dostarcza wielu emocji. Nie obowiązują tu żadne reguły. Klakson w tej części świata bynajmniej nie służy do ostrzegania, a raczej zaznaczania swojej obecności na ulicy. To coś więcej niż drążek zmiany biegów, więcej niż pedał gazu, egipski kierowca bez klaksonu to jak śpiewak bez opery, jak piłkarz bez boiska, jak policjant bez radaru. Klakson to komunikacja pomiędzy uczestnikami ruchu. Czasem oznacza zdenerwowanie, czasem radość ze spotkania dawno niewidzianego kolegi, czasem podkreśla wielkość, a czasem jest zwykłą zaczepką na drodze, powodem żeby pomachać, żeby zwyczajnie zakomunikować: mam 30 lat i też jadę przed siebie!!!.
Próba sił.Żeby dostać się z Egiptu do Sudanu czekała nas kolejna przeprawa promowa. Zanim Jeep wjechał na barkę spędziliśmy w porcie długie godziny. Nagle ktoś zaczął na nas pokrzykiwać i wymachiwać rękami, co odczytaliśmy jako sygnał pozwolenia na zajęcie miejsca. Próg między nabrzeżem a barką nie pozwalał na swobodny wjazd ciężkiego samochodu. Rozwiązanie przyszło szybko, bo pod kołami znalazły się płócienne worki o nieznanej nam zawartości. Coraz gorzej dawaliśmy sobie radę z nieopisanym chaosem, tłumem pędzących ludzi, krzykami i skwarem. Po 17-tu godzinach rejsu, popychani przez innych podróżnych, stanęliśmy na sudańskiej ziemi. Jeep miał do nas dołączyć nazajutrz. Jednak trwało to dłużej. Dwa kolejne dni spędziliśmy w niezwykle gościnnym domu Magdiego w Wadi Halfa. Pomagał nam w załatwieniu wszelkich formalności. Bielony wapnem dom, ze względu na panujące upały, nie posiadał ani drzwi ani okien. Goszczeni byliśmy jak dawno nie widziana rodzina. Spaliśmy na metalowych łóżkach ustawionych wprost pod rozgwieżdżonym niebem, od którego nie mogliśmy oderwać wzroku. Wreszcie jest sygnał, że Jeep przybił do portu. Trzytonowe auto miało zjechać na betonowe nabrzeże po dwóch wątłych i pokrzywionych trapach. Nie mieliśmy wyjścia. Piotr wsiadł do auta, nabrał powietrza w płuca, nacisnął pedał gazu i ruszył przed siebie. Na brzegu, nie wyłączając silnika wyskoczył mokry od potu, nie wierząc, że się udało. Mieliśmy wrażenie, że cała nasza trójka uczestniczy w jakimś okrutnym, cyrkowym przedstawieniu, na dodatek za to płacąc...