Do Oslo przybywamy od morza. Na nabrzeżu witają nas dwie bure wieże stołecznego ratusza. Proste, surowe, uporządkowane, współczesne. Takie, jak to miasto, którego historia sięga już tysiąca blisko lat, ale gubi się gdzieś w nowoczesności. Nie zabawimy tu długo, nasza droga prowadzi na północ. Przed nami setki kilometrów, zanim osiągniemy najdalszy skrawek Europy.
W hołdzie odkrywcom
Tylko z sympatii dla norweskich podróżników zajrzymy szybko na półwysep Bygdoy. To kraina muzeów, w których zobrazowano to, co mnie w Norwegach pociąga najbardziej: pęd do odkrywania świata. Zaczynamy od Wikingów, oglądamy drakkary, którymi przodkowie współczesnych wypuszczali się na łupieżcze wyprawy. Dalej muzeum morskie obrazujące rozwój szkutnictwa – sztuki, która pozwoliła żyć z morza mieszkańcom skalistego wybrzeża. Zanim trysnęła ropa, połowy ryb były podstawą ich utrzymania. Zwiedzamy statek Fram, którym Fridtjof Nansen popłynął zdobywać biegun północny, a Roald Amundsen – południowy. I wreszcie muzeum Kontiki, gdzie stoją tratwy, którymi pasjonat Thor Heyerdahl pływał po oceanach, by udowodnić światu drogi wędrówek ludów. A potem jeszcze tylko spacer ulicą Karl Johans Gate, wprost pod okna królewskiego zamku i krótki odpoczynek w parku Vigelanda, wśród rzeźb postaci pozwijanych w erotycznych konwulsjach wokół siedemnastometrowego fallusa i... jesteśmy gotowi do drogi.
Vang, czyli stav
Poruszamy się niespiesznie, bo i tak tu się jeździ. Na norweskich drogach obowiązuje prędkość 90 km/h, a wszędzie, gdzie tylko znalazłby się ślad uzasadnienia, ograniczono ją do 50, ba, nawet 40 km/h. I wszyscy jeżdżą tak, jak każą przepisy. Norwegowie – bo tak trzeba, cudzoziemcy – bo mandaty mogą tu zrujnować każdego.
W pobliżu miejscowości Fagernes mijamy drogowskaz: Vang. To nazwa znana polskim miłośnikom gór, zwłaszcza tym bywałym w Karpaczu. W Vang stał kiedyś kościół typu stav. Takich kościółków zbudowano w czasach chrystianizacji kraju około tysiąca. Wszystkie były niewielkie, wszystkie drewniane. Wszystkie w swej konstrukcji i wystroju łączyły elementy nowej wiary z tradycyjnymi wierzeniami Wikingów. Prosta bryła, więźba dachowa przypominająca konstrukcję łodzi, szaleństwo snycerskiej ornamentyki: motywy roślinne splatające się z przedstawieniami węży i smoków, sterczyny na dachach prujące niebo jak dzioby wikińskich okrętów. Takich budowli zachowało się kilkanaście. W XIX w. mieszkańcy Vang nie mieli za co wyremontować swojego kościoła, więc wystawili świątynię na sprzedaż. Kupił ją król pruski Fryderyk Wilhelm IV i postawił w Brückenbergu, u stóp Śnieżki. Dziś, zwana Świątynią Wang stoi w Karpaczu Górnym.
Najpiękniejszy kościółek stav na naszej drodze i jeden z najpiękniejszych w całej Norwegii oglądamy w Lom. – Zwróćcie uwagę na niesamowity kunszt tej budowli, na jej mocną konstrukcję, na dekoracje wykonane w drewnie – ten kościół budował bogaty i silny lud. Popatrzcie na efekty XVIII-wiecznej przebudowy: było biednie i to widać, ale ludzie ocalili swój kościół – opowiada przewodniczka. – W 2008 roku obchodziliśmy 850-lecie jego istnienia.
Na dachu Skandynawii
W Lom spotykamy grupę młodych ludzi z plecakami, w pełnym rynsztunku. Najwyraźniej wybierają się w góry… My też. Oni są adeptami sztuki przewodnickiej, przewodzi im instruktor w średnim wieku. Korzystamy z okazji i prosimy o korepetycje.
– Na Galdhoppiggen najbliżej jest z Juvashytta – opowiada młodziak, a instruktor kiwa głową z akceptacją. – Trzeba wyjechać do schroniska, a stamtąd pójść dalej z przewodnikiem. – Bez przewodnika nie można? – Nie. Droga prowadzi przez lodowiec, to niebezpieczne. Trzeba mieć sprzęt – dodają inni. – Bez przewodnika podejdziecie od Spiterstulen. Tam jest co prawda ponad tysiąc metrów podejścia, ale po drodze tylko śnieg i kamienie. Można iść.
Posłuchaliśmy ich rady. Zaczynamy mozolne, czterogodzinne podejście po coraz piękniejsze widoki: jesteśmy wszak w Jotunheimen, najwyższym paśmie gór Skandynawskich, które skupia aż 27 najwyższych norweskich szczytów. A naszym celem jest najwyższy z nich – Galdhoppiggen, 2469 m n.p.m. Może nie jest tu bardzo wysoko, niżej niż na naszych Rysach, ale daleka północ robi swoje: drzewa pożegnaliśmy na wysokości około tysiąca metrów, krzaczki niewiele wyżej. Tu są tylko dwa kolory: biały śnieg i czarne skały. Czasem, gdy wiatr przegna chmury, pojawia się trzeci kolor: niebieskie niebo.
Spod szczytu widzimy długi rządek postaci sunących noga w nogę przez białą płaszczyznę: to ci ze schroniska: idą powiązani liną, jeden za drugim. Poza nimi na zasypanym śniegiem lodowcu nikogo: nikt nie próbuje wchodzić tamtędy na własną rękę – nie wolno, to nie wolno….