WP Turystyka

  
Polecane
Tematy
Informacja prasowa
Plaże
18-10-2011 (10:01)

Miłość w czasie monsunu

W czasie ostatnich dni pobytu w Kabulu poznałem francuskiego fotografa Thierry’ego. Pracował nad reportażem o stołecznych heroinistach.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Miłość w czasie monsunu
(materiały prasowe)

W czasie ostatnich dni pobytu w Kabulu poznałem francuskiego fotografa Thierry’ego. Pracował nad reportażem o stołecznych heroinistach.

Całymi dniami siedział w wielkiej melinie w centrum Kabulu i robił zdjęcia. Miał jeden zasadniczy problem – parę razy dziennie na melinę wpadali miejscowi gliniarze przygrzać sobie po cichu i te wizyty spędzały sen z powiek Francuza. Pewnego razu dali mu do wyboru – albo zapali z nimi heroinę, albo więcej jego noga tam nie postanie. Thierry naćpał się heroiną i jeszcze tego samego dnia postanowił „uciekać’ do Indii. Ja nie musiałem co prawda palić heroiny, ale miałem już poważnie dość pobytu w tym niegdyś gościnnym kraju. W hotelu prowadzonym przez sympatyka talibów też zaczęła nas nękać policja. Kupiliśmy więc w biurze linii lotniczych Pamir bilety do Delhi i następnego dnia wysiedliśmy w indyjskiej stolicy. Bez bagażu, bo jako jedynym cudzoziemcom na pokładzie ukradziono nam wszystko poza podręcznym. Zostałem z torbą fotograficzną i laptopem. Thierry równie radośnie powitał Delhi z aparatem oraz perskim dywanem pod pachą.

Po Pakistanie i Afganistanie przyjazd do Indii wydawał się powrotem do raju utraconego. Ciężko to dokładnie ująć w słowa, ale atmosfera tolerancji, różnorodność religii i światopoglądu mieszkańców, którzy w miliardowym ścisku żyją obok siebie, wreszcie zupełna wolność i swoboda obyczajowa, jaką mogą tu się cieszyć biali, pozwalały odetchnąć po dusznej atmosferze krajów, gdzie obcy – Europejczyk, Amerykanin i każdy kafir, czyli niewierny – jest dziś odbierany jako potencjalny wróg i osoba raczej niepożądana, a jeśli już, to jako maszynka do rozdawania na prawo i lewo dolarów.

Wróciłem po raz kolejny w ciągu ostatniego półrocza do Goa. To nie był udany rok dla tego malutkiego, a niezwykle czarującego zakątka. Zamachy w Mumbaju i potencjalne zagrożenie nowymi atakami wypłoszyły turystów. Z kolei władze stanu urządziły zimą, w szczycie sezonu, przedstawienie zatytułowane: „Wróg czai się u bram, ale my pozostajemy czujni!”. Bary zamykano o 22, muzyka ledwie grała, po plażach leniwie przechadzali się uzbrojeni policjanci, na niebie wisiał wojskowy helikopter, a morze patrolowały zabytkowe kutry straży przybrzeżnej. Zdałem sobie sprawę, jak niezwykły to rok dla Goa, kiedy w lutym poszedłem w sobotnią noc na dyskotekę w Palolem. Impreza nazywała się „Silent night”. Przy wejściu każdy płacił zastaw za wielkie słuchawki. Potem w zupełnej ciszy ludzie gibali się pod wybraną przez siebie melodię. To nie było to Goa...

Teraz zastałem zupełny koniec sezonu – ocean coraz głębiej wlewał się w ląd, na plażach walały się sterty pustych butelek, suchych liści palmowych, bambusowych elementów po dopiero co rozebranych bungalowach. Niedożywione, przez brak turystów, psy leżały nieruchome jak kamienie na piasku. Większość restauracji już nie działała. Miejsce białych turystów zajęli teraz Hindusi, którzy korzystali z niskich, pozasezonowych cen. Goa oczekiwało przyjścia monsunu, wszystko działało na zwolnionych obrotach, w wielkiej, napęczniałej, dusznej bańce, która lada dzień miała pęknąć. Nepalscy kelnerzy i kucharze, którzy odliczali już dni, żeby po pół roku harówy wreszcie pojechać do domu w Himalajach, nie byli już skorzy do pracy. Najczęściej obserwowałem, jak nucąc pod nosem odległe góralskie melodie, zajmowali się drzemaniem w pozycjach, których mógłby im pozazdrościć niejeden adept aśramu jogi.

Kiedy czekałem 40 minut na espresso w jednym z barów w Arambolu – starej mekce goańskich hipisów – przypomniała mi się historia, którą opowiedział mi Thierry. Otóż usiadł on kiedyś w knajpie w byłej francuskiej koloni w Indiach, Pondicherry (obecnie Puducherry), na południe od Madrasu. Był z pięcioma innymi Francuzami. Podszedł kelner i Thierry, pokazując palcami kolejnych przyjaciół, zaczął zamawiać kawę. Pokazał na pierwszego – one espresso, na drugiego – two espresso, na trzeciego – three espresso i tak do piątego gościa. Mijały minuty, przeszło pół godziny, godzina, a kawy nadal nie było. Thierry wstał zirytowany i ruszył w stronę kuchni, z której akurat wychylił się chłopak, niosący na tacy 15 espresso... A działo się to zimą, kiedy na południu Indii jest stosunkowo rześko w porównaniu z majem.

W jedynym otwartym nocą barze w Arambolu, gdzie akurat na plazmie wyświetlano kolejne przygody Indiany Jonesa, dosiadł się do mnie wstawiony młody chłopak, nabuzowany i zakręcony jak chiński termos. Żeby nie tracić czasu, od razu powiedział, o co mu chodzi. Przyjechał z nieodległej Karnataki, aby poznać, uwieść i pokochać po wsze czasy białą turystkę. Do tej pory nie był nigdy z kobietą i wpadł na pomysł, że kupi miłość błyskotkami (wyznał to, powtarzając po raz pięćdziesiąty, że dla swojej pani zrobi wszystko, pójdzie w ogień i schyli kark przed katem). Po chwili na moim stole – jako że uznał mnie za białego eksperta i potencjalnego pomocnika w podrywie – leżały wyciągnięte z trzech sportowych toreb naszyjniki, bransolety, kolie i opaski na włosy. Te pozłacane cuda, przypominające mi tandetę, którą jako dziecko widziałem na odpuście w Pniewie koło Wyszkowa – kosztowały chłopaka 30 tysięcy rupii, to jest 800 zielonych. Majątek i w Indiach, i na dużej części naszej planety!

– Chcę kochać białą kobietę! Just once! – krzyczał na cały bar podpity młodzieniec. Rozmowa się nie kleiła, bo chłopak był na solidnej bani, a w głowie miał już pewnie obraz angielskiej bogini wiezionej srebrną karocą do domu w Bangalore i ciężko było mu ten obraz rozmyć. Pomogłem mu zapakować do toreb jego „drogocenne” barachło, przystałem na jego prośbę i następnego dnia w samo południe czekałem w tym samym, umówionym miejscu. Ale bangalorski amant się nie pojawił. Pewnie umierał pod furkoczącym wiatrakiem, żałując, że wziął się za rum Old Monk, który mu ewidentnie nie służył.
Tego dnia powietrze stanęło zupełnie. Nie trzeba było palić oferowanego przez kelnerów haszyszu, żeby postrzegać otoczenie jak zamglony, rozmazany obraz impresjonisty. Wieczorem poszedłem na koniec plaży w Anjunie. Pod barem Kerley’s, którego większość klientów podrygiwała pod wpływem środków odurzających w rytm transowej muzyki, wylądowało dwóch paralotniarzy, od pół godziny krążących nad okolicą.

Natknąłem się na dwóch znajomych Belgów. Po chwili dosiadł się do nas Oskar – facet, którego od paru dni obserwowałem w różnych miejscach i ciągle zastanawiałem się, jakiej jest narodowości. Ze swoim orlim nosem, smagłą cerą i kruczymi, długimi włosami wyglądał na jakiegoś południowoamerykańskiego wodza. Okazał się Hindusem z Hajdarabadu.
– Zgadnij, kim jest Oskar! – zapytał, uśmiechając się, Pierre.
– Skąd mam wiedzieć – odparłem i strzeliłem, zwracając się do nieznajomego: – Jesteś gwiazdą rocka.
– Blisko – powiedział Pierre z tajemniczym uśmiechem.
– I am a hindu porn star – powiedział słodko Oskar. – Ale nie zwykłym heblem jak w waszych filmach. Jestem artystą, w moich filmach uprawiam z kobietami seks tantryczny, to wyrafinowana Kamasutra. W Kalifornii, w Kanadzie ludzie uwielbiają te filmy. Tutaj są dostępne jedynie w podziemiu.
Spojrzałem na przemiłego Oskara i spytałem z głupia frant, czy kocha na stałe jakąś panią.
– O tak, Andrew, kocham jedną Włoszkę, która mnie wciągnęła do tego biznesu, kocham ją do szaleństwa. Jestem uczuciową gwiazdą porno, kochać każdy może.

Po tych ludzkich słowach niebo przybrało kolor purpury i na bar runęła ściana wody – takie minitsunami z powietrza. Padało całą noc i cały następny dzień, w który to miejscowa ludność zupełnie nie była już skora do pracy i ciężko było wymusić podanie śniadania. Choć był pierwszy maja, nie miało to związku ze świętem ludu pracy. Przyszedł wyczekiwany MONSUN. A tak jak każdy kochać może, tak każdy ma prawo do odpoczynku po pół roku ciężkiej pracy.

Polub WP Turystyka
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.