Trwa ładowanie...
d137hg7

Paryż - Joie de vivre, czyli nieznane oblicze miasta

Miasto dla turystów, zostawione na zadeptanie? Choć niektóre jego fragmenty wydają się spisane na straty, ciągle jest w nim znacznie więcej tej słynnej francuskiej radości życia, niż nam się wydaje. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.
Share
Paryż - Joie de vivre, czyli nieznane oblicze miasta
Źródło: INTERPIXELS - Shutterstock
d137hg7

Co za tłum roi się teraz na paryskich chodnikach! Nie sposób iść prosto przed siebie, co raz trzeba ustąpić drogi”. Wydawać by się mogło, że to rozeźlony wpis na którymś z blogów, a to słowa wicehrabiego de Launay (pseudonim Delfiny de Girardin) z „Listów paryskich” publikowanych w XIX w. w dzienniku „La Presse”. Dziś to umęczeni turyści – którzy przystają w pół kroku, żeby powielić na matrycy aparatu obraz sfotografowany już miliard razy – zamieniają miasto w istne piekło. Obowiązkowe przystanki – koronkowe Notre Dame, bogate Champs Élysée, smukłość wieży Eiffla, wątły uśmiech Mony Lisy, szybka kawa i croissant, przepłacony kebab w dzielnicy łacińskiej – gdzie tu miejsce na spontaniczność, na paryskie wiercipięctwo? Paryżowi *z wycieczkowych folderów daleko do prawdziwej paryskiej legendy. To nie jest spowity dymem opium Paryż Colette ani unurzany w błocie Paryż Baudelaire’a. Nie ma tu miejsca na szaleństwa Lautreca wyczyniane pod wpływem zielonej wróżki. Brakuje swobody
dziewiętnastowiecznych szlifibruków, którzy bez celu przemierzali *
paryskie ulice
. Jest tylko lista, z której odhaczamy kolejne punkty. Bon vivanci, nonszalanci, przeklęci poeci obruszyliby się na takie uporządkowane traktowanie ich miasta. Tym bardziej, że w ścisku, w którym nieustannie zaczepia się o kogoś łokciem, Paryż zamiast czarować, męczy. Jak na nowo zakochać się w tym mieście? I jak odnaleźć, tak cenioną przez Francuzów, radość życia? Dopiero kiedy wzorem Baudelaire’a włóczę się bez celu, odkrywam Paryż lokalny, gdzie czas płynie wolniej, a jedyne tłumy to tłumy paryżan.

Chwila na oddech. Wzdłuż ulicy Daumesnil stoi niezwykły wiadukt – La Coulée Verte. Dawne XIX-wieczne tory ciągnące się trzy piętra nad poziomem ulicy zostały zamienione w ogród. Drewniane chodniki, magnolie, lipy, brzozy, róże, wygodne ławki. Park ma długość czterech kilometrów. Z wind wyłaniają się paryżanie, którzy chcą pobiegać, pospacerować, poczytać książkę, porozmawiać. Jest też trochę turystów, którzy odkrywają Paryż z zazielenionej perspektywy. W podcieniach wiaduktu pootwierały się liczne kafejki i sklepiki. Można usiąść na tartę z łososiem albo quiche z serami, a potem przebierać wśród butików, atelier, galerii. Biżuteria, meble, ozdobne naczynia, rzeźby z kości słoniowej. Baudelaire byłby zadowolony, bo z wiaduktu da się zajrzeć w paryskie okna i snuć fantazje na temat mieszkańców. Tu, na górze, można też w spokoju kontemplować klasyczną zabudowę Paryża. Patrzę na szerokie bulwary, kremowe elewacje, szare dachy i myślę o tym, co było tutaj, zanim zaczęła się przebudowa. Stefan Witwicki
w „Listach z zagranicy” z 1854 r. twierdził, że błoto rodzi się na bruku paryskim jak trawa na polu. I opisywał miasto zapowietrzone, pełne dymów i wyziewów, w którym do godziny dziesiątej rano spotka się na ulicach tylko błotniarzy zgarniających błoto do wielkich wozów. Syzyfowa praca – bo błoto paryskie było wszędzie: na ścianach, drzwiach, oknach, wystawach. „Początkiem i końcem wszystkiego jest tutaj błoto” narzeka Witwicki. Ciężko sobie wyobrazić to brudne miasto, kiedy patrzy się na eklektyczne fasady z tympanonami nad oknami i kutymi ozdobnymi balkonikami. Haussmann, który zarządzał wielką przebudową Paryża w drugiej połowie XIX wieku, wyburzył czterdzieści tysięcy domów, a na ich miejsce postawił dwadzieścia tysięcy nowych – wszystkie musiały przestrzegać zasad symetrii, równej wysokości i architektonicznej harmonii.

Proste przyjemności. Niedziela tuż przed południem. Ulice kąpią się w blasku słońca. Targ d’Aligre pełen jest ludzi. Zadaszona hala z XVIII wieku nosi nazwę „Marché Beauveau” – od nazwiska ksieni (przełożonej) opactwa Saint-Antoine-des-Champs. Przeznaczyła ona część swoich włości na targ. Dziś handluje się tu serami i wędlinami, często domowej roboty. Wokół hali gwar i tumult: sałaty, bataty, pomarańcze, bzy, marokańskie przyprawy. Nieopodal rozłożył się pchli targ z wszelkiej maści kuriozami. Podobno ksieni obiecała specjalne przywileje tym handlarzom odzieży, którzy obniżą ceny dla biednych. Pod koniec lat 70. XX w. pchli targ kojarzył się głównie z przestarzałymi fasonami, niemodną bielizną, pasmanterią z prowincji. Dziś obok starych abażurów kupimy teflonowe patelnie i sztukę afrykańską. Paryżanie zgodnie twierdzą, że Targ d’Aligre jest jednym z ich ulubionych. Można tu uciąć sobie pogawędkę z rzeźnikiem, porozmawiać o produkcji sera i kruszeniu mięsa, zapytać o nietypowe odmiany
pomidorów. Im bliżej zamknięcia, tym głośniejsze stają się śpiewne nawoływania sprzedawców zachwalających bukiety białych rzodkiewek, kwiaty cukinii i dojrzałe figi za pół ceny. W jednym rogu placu pod szyldem Les Modernistes rozlokowała się grupa młodych ludzi. Poszperali w torbach i wyciągnęli bębny, trąbki, saksofony i puzony. Raz, dwa, trzy i gramy! Przechodnie zaczynają podrygiwać przy skocznych jazzujących piosenkach. Pierwsze w zaczarowany krąg orkiestry i widzów wchodzą dzieci. Tupią małymi nóżkami, chwytają się za ręce, wirują w koło. Ich śmiech wtóruje orkiestrze. Do kręgu wchodzi starszy pan ze szczotką w ręku. Dostojnie krocząc po kole, wystukuje rytm. W okolicznych domach otwierają się kolorowe okiennice – rozbrzmiewają oklaski. Tuż obok znajduje się Le Baron Rouge, mała winiarnia, w której co niedziela spotykają się przyjaciele, sąsiedzi i zagubieni turyści. Szampan z ostrygami na późne śniadanie? Tu wszystko jest możliwe. Jeśli brakuje miejsca, rozłoży się obrus na aucie dostawczym.
Wino domowej roboty leje się z beczek, kelnerzy roznoszą talerze serów i wędlin. Wszyscy z kieliszkami w ręce wychodzą na słońce, opierają się o samochody, siadają na krawężnikach. Sącząc wino, słuchają saksofonów, trąbek i bębnów.

d137hg7

Tłumy paryżan. Słabość Francuzów do wina pozwoliła na budowę kanału Saint Martin. Łączy on rzekę Ourcq z Sekwaną. Umożliwiał transport jedzenia, ale przede wszystkim wody pitnej, której brak groził w gęsto zabudowanym mieście epidemią cholery. Dzisiaj nie tak popularny jak Sekwana, pozwala uciec od tłumu. Budowę kanału zarządził Napoleon, a pieniądze zebrał dzięki podniesieniu podatku na wino. Jego brzegi porastają różowe kasztany. Spacerowicze zatrzymują się na jednej z dziewięciu śluz i, jak Amelia, puszczają kaczki. Dwa kilometry oryginalnego kanału zostały schowane pod ziemię podczas przebudowy Paryża. Nad ziemią zostały umajone brzegi zachęcające do przechadzek i pikników. W weekendy pojawia się tu sporo paryżan. Nieopodal, w starym baraku z cegły, który dobrze pasuje do robotniczej historii tej części miasta, mieści się ni to bar, ni to galeria, ni to dyskoteka – Comptoir Général. Wąski korytarz z odrapanymi ścianami prowadzi do ogromnej sali. Na środku stoi bar, a obok wózek z przysmakami
z Senegalu: kurczak w ziołach, słodkie pączki z bananem. W drugiej sali wyłożonej czarno-białymi kafelkami mieści się małe muzeum kuriozów – ściany obwieszone są rysunkami fryzur popularnymi w Afryce w latach 50. Jest też fotel golibrody, z kąta straszy przedpotopowa suszarka hełmowa do utrwalania trwałej. Lokal szybko się zapełnia – tu zawsze coś się dzieje: albo targ staroci, albo wspólne oglądanie meczu (oczywiście kibicujemy Nigerii), albo impreza do białego rana. Świetne miejsce do prowadzenia obserwacji. Błądząc bez celu, trafiam na wijące się tajemnicze pasaże, stragany z afrykańskimi sukienkami, chińskimi smokami i sushi. Włóczenie się to najlepszy sposób na Paryż. Nie wymyśliłam nic nowego, po prostu dołączyłam do zacnej galerii wiercipięt i szlifibruków, którzy zamiast odhaczać kolejne atrakcje z listy, wydeptują własne ścieżki.

Tekst: Katarzyna Boni, www.podroze.pl

*Zobacz także: Paryż - Most Miłości bez kłódek *

d137hg7

Podziel się opinią

Share
d137hg7
d137hg7