Trwa ładowanie...

Szczeliny - często niedoceniane niebezpieczeństwo

Być może to niewinny wygląd wielu płaskich lodowców skłania liczne rze­sze turystów do beztroskiej wędrówki. Szeroki, wydeptany ślad może nas łatwo zwieść. Nie daje jednak żadnej gwa­rancji, że unikniemy wpadnięcia do szczeliny. Stu turystów może zrobić ślad przypominający autostradę, po czym… sto pierwszy wpadnie do niewidocznej szczeliny.

Share
Szczeliny - często niedoceniane niebezpieczeństwo
Fot: SIHASAKPRACHUM_Shutterstock
d20e7pn

Beztroskich turystów można poznać na lodowcu po sposobie wiązania się liną i jej prowadzeniu. Ci, którzy poruszają się prawidłowo, to albo osoby po kursie lodowcowym, albo takie, które wpadły już kiedyś w rozłam w lodzie. Mądrość przy­chodzi z doświadczeniem. O ile dane jest komuś ją jeszcze zdobywać. Najdziwniejszą rzeczą, jaką zdarzyło mi się kiedykolwiek zaobserwować, był pewien czteroosobowy zespół na lodowcu Feegletscher w Alpach Walij­skich.

Turyści szli w odstępie 1,5 m, połączeni nawet nie cienką liną czy repsznurem, a sznurkiem pakowym (!). Sprawdziliśmy, faktycznie był to zwykły sznurek, którego używa się do pakowania paczek. Każdy członek zespołu miał go dwukrotnie owinięty wokół dłoni. To wszystko. Gdybym gdzieś o tym usłyszał, nigdy bym nie uwierzył. Widzieliśmy to jednak na własne oczy. We czterech. Rokrocznie wpada do szczelin lodow­cowych szereg niezwiązanych liną tury­stów. Najczęściej są to wypadki ze skut­kiem śmiertelnym. Tych z udziałem członków Towarzystwa Alpejskiego jest na szczęście coraz mniej. Podczas gdy w latach osiemdziesiątych dochodziło rocznie, wśród zespołów niezwiązanych liną, do pięciu i więcej wpadnięć do szcze­liny, aktualnie odnotowuje się takich zdarzeń co najwyżej dwa. Tak więc ten­dencja jest malejąca. Niektóre lata mogą być wyjątkowe, ale należą do rzadkości. Jeśli już, to dzieje się tak w okresach let­nich z długimi okresami ładnej pogody.

Wówczas na szlakach pojawia się więcej turystów, co potencjalnie może skutko­wać większą liczbą wypadków. Kurio­zalne są wszystkie te wpadnięcia do szczeliny, gdy pechowcy rozwiązywali się z liny „w bezpiecznym miejscu” i scho­dzili ze szlaku „za potrzebą”, na odległość zaledwie kilku metrów. Zazwyczaj nikt w ogóle nie zauważał wpadnięcia, ponie­waż reszta grupy zerkała w tym czasie wstydliwie w inną stronę. Zdarzały się również wpadnięcia do szczeliny z liną w plecaku. Partnerzy byli wówczas bez­radni. Mogli jedynie sprowadzić pomoc. Do tego typu wypadków doszło w 1988 roku, na górnej odnodze lodowca Mer de Glace i w 1990 roku w dolinie Vallée Blanche (grupa Mont Blanc).

d20e7pn

W obu wypadkach lina znajdowała się w szczelinie. Jednemu turyście nie udało się przeżyć. Drugi doznał obrażeń i był mocno wychłodzony. Jak powiedział jeden z ratowników: „(…) takie rzeczy trzeba właśnie ustalać wcześniej: kto wpada do szczeliny, a kto ma linę w plecaku”.

Tak samo tragicznie zakończyło się w 1991 roku zejście ze szczytu Grosser Löffler (Alpy Zillertalskie). Oddajmy głos ocalonej: „(…) Nagle po lodowcu zaczęły staczać się kamienie, mój mąż rozwiązał się z liny i uciekł z toru lawiny (…)”. Wpadł jednak do szczeliny. Męż­czyzny nie udało się uratować.

Panuje opinia, że przewodnicy górscy mają nosa do szczelin. Jednak i oni mogą się mylić. Pewien francuski przewodnik wchodził w 1982 roku ze swoimi pię­cioma klientami poza drogą normalną na Grossvenedigera. Niezwiązany liną wpadł do głębokiej na 25 metrów szcze­liny. Dla niego również było za późno na jakąkolwiek pomoc.

Nieszczęścia chodzą parami

Nie ulega wątpliwości, że jazda na nar­tach, gdy jest się związanym liną, bywa co najmniej uciążliwa. Dlatego większość narciarzy turowych rezygnuje z niej pod­czas zjazdów w uszczelinionym terenie. Rokrocznie odnotowuje się przypadki wpadnięcia do szczelin. Wiem, że ciężko uwierzyć w opisane poniżej wypadki, ale naprawdę do nich doszło. Gwarantem ich autentyczności jest naczelnik górskiego pogotowia ratunkowego w Zermatt.

d20e7pn

■ Pewien przewodnik chciał zjechać ze swoim klientem z przełęczy Schwarz­tor (między Breithornem i Polluxem) na lodowiec Gornergletscher. Najpierw przewodnik napomniał turystę, aby ten koniecznie podążał po jego śladach, a następnie niezwiązani liną rozpoczęli zjazd. W końcu przewodnik znał lodo­wiec jak własną kieszeń. Według wszel­kich prognoz „nic nie mogło pójść źle”. Nienaruszona pokrywa śnieżna okazała się jednak tak wielką pokusą, że klient zjechał ze śladu i wpadł do przysypanej śniegiem szczeliny. Przewodnik wezwał przez radio górskie pogotowie. Wkrótce pojawił się na niebie helikopter. Prze­wodnik, próbując naprowadzić pilota, cofnął się trzy kroki i… wpadł do zakry­tej szczeliny. Ratownik opuścił się zwią­zany liną z pokładu unoszącego się tuż nad lodowcem helikoptera „w bezpieczne miejsce”, zrobił trzy kroki i… podzielił los przewodnika. Wpadł do zakrytej szcze­liny. Całą trójkę, bez większych obrażeń, udało się uratować.

Wystrzelony jak z katapulty

W szczelinach lodowcowych znajdo­wano już całe zespoły. Jedna osoba wpa­dała, po czym pociągała za sobą resztę. Szczególne niebezpieczeństwo istnieje podczas zejścia ze stromego lodowca. A oto kilka wypadków:

■ Günter Hauser, ówczesny dyrektor generalny Niemieckiego Towarzystwa Alpejskiego (DAV), został znaleziony martwy wraz ze swoim partnerem wspi­naczkowym - Hansem Tiede - w 1981 roku w szczelinie lodowcowej na zboczu andyjskiego wulkanu Osorno. Jak udało się ustalić, obaj przeżyli upadek do szcze­liny. Nie byli jednak w stanie się z niej wydostać.

■ Podczas zejścia przez mocno uszcze­liniony *lodowiec Bondasca (Bergell) *wpadł do szczeliny w 1989 roku pierwszy na linie z dwuosobowego zespołu. Jego partner został – według relacji drugiego zespołu – wystrzelony jak z katapulty i wciągnięty do wnętrza szczeliny. Dla obu okazała się ona grobem.

d20e7pn

■ W szczelinie na lodowcu Charpoua (grupa Mont Blanc) znaleziono zwłoki dwóch wspinaczy. Obaj byli związani liną.

■ W rejonie schroniska Hollandiahütte (Alpy Berneńskie) znaleziono w 1977 roku w szczelinie lodowcowej prze­wodnika górskiego i czworo turystów. Wszystkich martwych.

Zaginieni

Rokrocznie dochodzi również do wpadnięć do szczelin bez jakichkolwiek świadków. Pechowcy zapadają się pod ziemię. Uznawani są wówczas za zagi­nionych. Dopiero po latach albo nawet dziesięcioleciach, gdy lodowiec „oddaje” ciała, można wyjaśnić los ofiar. Zazwyczaj są to samotni turyści, a w wypadku zespołów dwuosobowych, często mał­żeństwa. Słabsza żona nie jest w stanie wyłapać przeważnie cięższego męża.

■ Niemieckie małżeństwo, które w 1991 roku udało się na lodowiec Morteratsch­gletscher (Grupa Bernina), uważa się za zaginione.

d20e7pn

■ Wspinacza ekstremalnego z Mona­chium, który próbował w 1962 roku samotnie zejść od schroniska *Marco e Rosa *po lodowcu o tej samej nazwie, uważa się od tamtej pory za zaginionego.

■ Niemieckiego wspinacza, który latem 1985 roku wybrał się samotnie w Alpy Oetztalskie, uważa się od tamtej pory za zaginionego.

■ Niemieckie małżeństwo przepadło bez wieści w 1981 roku między schroni­skiem Tracuithütte a Bishornem (Alpy Walijskie). Od tego czasu uważa się je za zaginione.

■ Między schroniskami Refuge Tête- Rousse i Refuge du Goûter przepadło bez wieści w 1982 roku troje mieszkańców Innsbrucku. Od tego czasu austriackich turystów uważa się za zaginionych.

d20e7pn

■ Tylko na samym lodowcu Hallstatter najprawdopodobniej zaginęło czworo turystów, dwóch z Bad Ischl w 1979 roku, wiedeńska studentka w 1975 roku i wspi­nacz z Linzu w 1938 roku.

■ Włoski zespół dwuosobowy prze­padł bez wieści w 1957 roku poniżej wschodniej ściany Monte Rosy. Od tego czasu obu wspinaczy uważało się za zagi­nionych. Dopiero 21 lat później, w 1978 roku, lodowiec „oddał” jedno z ciał. Po drugim nie ma śladu do dziś.

■ Małżeństwo z Frankfurtu zamierzało w sierpniu 1965 roku wejść na Wild­spitze w Alpach Oetztalskich. W czasie próby zdobycia wierzchołka natrafili na załamanie pogody z wielodniowymi opadami śniegu. Dopiero w 1990 roku, a więc 25 lat od zdarzenia, lodowiec „oddał” ich ciała.

■ Na morenie w rejonie przełęczy Pfan­dlscharte (Grossglockner) znaleziono w 1953 roku zwłoki przewodnika gór­skiego który w roku 1905, a więc 48 lat wcześniej, wpadł do szczeliny.

d20e7pn

■ W 1910 roku zaginęło w rejonie prze­łęczy Claridenpass (Alpy Glarneńskie) dwóch Niemców. Szczątki ciał i resztki sprzętu znaleziono dopiero w 1975 roku, a więc 65 lat później.

■ Od 1959 roku uważano pewnego wspinacza z Bruck nad Murą za zagi­nionego. Przepadł bez śladu na lodowcu Hallstätter w masywie Dachsteinu. Bez­skuteczne poszukiwania trwały 5 dni, po czym akcję ratowniczą zakończono. Dopiero 17 lat później, w 1976 roku, zna­leziono zaginionego. W celu identyfikacji zwłok poproszono małżonkę o przyjazd do Hallstatt. Na podstawie znalezionych rzeczy zmarłego, kobieta zidentyfiko­wała ciało. Ku uldze żony udało się w ten sposób wyjaśnić tajemnicze zaginięcie współmałżonka. Po zniknięciu mężczy­zny zaczęła bowiem krążyć plotka, że ulotnił się ze sporą sumą pieniędzy.

Niekiedy tego rodzaju przypuszczenia okazują się w kontekście zaginionych turystów wcale nie chybione. Taki przy­padek podobno wydarzył się w Szwajca­rii. W szczelinie lodowcowej znaleziono dobytek zaginionego turysty, co było podstawą do uznania poszukiwanego za zmarłego. W tym momencie firma ubezpieczeniowa powinna wypłacić mał­żonce gwarantowaną sumę ubez­pieczenia. Lata później znajomy zaginio­nego rzekomo spotkał go przypadkiem na Południowym Pacyfiku. Podobno od tamtej pory szwajcarscy ubezpieczyciele, jeśli nie ma ciała zmarłego, nie wypłacają ubezpieczonym żadnych pieniędzy.

Autor: Pit Schubert, "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie. Tom 1"

Polecamy przewodnik "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie. Tom 1" wydawnictwa Sklep Podróżnika

d20e7pn

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d20e7pn
d20e7pn