Jaś Mela: życie jak autostop
Wywiad z 21-letnim Jasiem Melą, pierwszym niepełnosprawnym człowiekiem na świecie, który zdobył dwa bieguny w ciągu roku. Podróżuje również autostopem. Jako niepełnosprawny podróżnik zdobył Kilimandżaro i Elbrus. Mówią o nim: "Jaś Mela - trampolina motywacji", wiara przenosi góry!
Wywiad z 21-letnim Jasiem Melą, pierwszym niepełnosprawnym człowiekiem na świecie, który zdobył dwa bieguny w ciągu roku. Podróżuje również autostopem. Jako niepełnosprawny podróżnik zdobył Kilimandżaro i Elbrus. Mówią o nim: "Jaś Mela - trampolina motywacji", wiara przenosi góry!
- Kiedy miałeś 13 lat poraził Cię prąd, a jako 15-latek po amputacji ręki, poruszając się na protezie nogi zdobyłeś wspólnie z Markiem Kamińskim oba Bieguny Polarne. Jako najmłodszy polarnik na świecie, jako pierwszy niepełnosprawny człowiek w historii. Jakie jest przesłanie Jasia Meli?
Nie chcę być „naj” jakimś tam w historii, bo to nic nie znaczy. Chcę po prostu pokazywać, że nie ma takiej bariery, której nie dałoby się pokonać. Słowo "niemożliwe" jest tylko w naszej głowie. Ja po prostu staram się żyć pełnią życia. Stachura mawiał, że od stania w miejscu niejeden już zginął. Nie żyjemy dla samych siebie, tylko dla innych. Warto dzielić się sobą i czuć się częścią czegoś większego.
- W zeszłym roku wspólnie z grupą niepełnosprawnych przyjaciół z fundacji Anny Dymnej pokonałeś kolejny życiowy szczyt, zdobyłeś ”Dach Afryki” - Kilimandżaro. Z kolei tego lata w Twojej wyprawie na Elbrus uczestniczył niewidomy od urodzenia Łukasz Żelechowski i Piotr Pogon, który od 20 lat walczy z chorobą nowotworową i przeszedł resekcję płuca. Ludzie zdrowi często stawiają sobie bariery nie do pokonania, a Wy daliście radę...
Daliśmy radę, bo byliśmy do tego dobrze przygotowani i towarzyszyli nam doświadczeni ludzie gór. W górach nigdy nic nie wiadomo. Jeden wejdzie na Kilimandżaro i powie, że to pestka, inny nie wróci z takiej wyprawy. Na Elbrusie ginie rocznie ponad 20 osób. Wejście na szczyt wcale nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, by ta góra nie była naszą ostatnią, by wrócić cało do domu. A my mieliśmy dodatkowo sporą motywację, bo mogliśmy pokazać, że brak wzroku, brak rąk czy nóg nie musi być dla nas ograniczeniem. Wyprawa ma sens wtedy, gdy zmienia coś w życiu innych ludzi. A po tej naszej dostaliśmy dużo listów od osób, które idąc za tym przykładem same zaczęły walczyć o pełnię życia.
- Jak to jest wygrać z pogodą, zmęczeniem i z własnymi słabościami, np. z lękiem wysokości?
Trudno, żeby skrajne wyczerpanie, ból, obtarcia były przyjemne. Na Elbrusie podczas ataku szczytowego szliśmy przez 17 godzin po terenie o nachyleniu ok. 40 stopni w wiatr i w śnieg. Tak naprawdę każda wyprawa, niezależnie od jej celu, jest wyprawą w głąb siebie. Przy takim wysiłku zbliżamy się do granicy własnej wytrzymałości i możemy tę granicę przesuwać. To dość mistyczne uczucie. To zabawne, że idzie się po to, by wejść na górę, a zmagamy się z samym sobą, z własną psychiką, która jest trudniejsza do pokonania niż trudy wyprawy.
- Wiem, że planujesz wystartować w maratonie nowojorskim 1 listopada? Jak dbasz o kondycję, jak trenujesz?
Ten wyjazd nie ma być dla mnie, ja jestem kiepskim biegaczem. Dużo trenowałem, ale chyba wolę góry. Każdy odnajduje siebie w czym innym. Na maraton lecimy m.in. z niewidomym Jurkiem, który zamiast marnować energię na rozglądanie się, osiąga świetne wyniki w bieganiu. Ale skoro dostaliśmy szansę, to i ja spróbuję swych sił.
- Masz dziesiątki pomysłów i planów w głowie. Podobno chętnie wybrałbyś się w podróż autostopem do Indii albo do Ameryki Południowej? Byłeś autostopem w Norwegii, na Litwie i Ukrainie. Co jest takiego fajnego w podróży autostopem?
Przede wszystkim kontakt z ludźmi. Czasem słyszę pytania czy nie boję się tak podróżować, przecież nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Może to przypadek, może tysiąc przypadków pod rząd, ale trafiam na dobrych ludzi. Gdy otwieramy się na ludzi, to dużo większa szansa, że trafimy na ciepło i otwartość. Poza tym życie jest, jak taki autostop - nie wiemy, co nas czeka. A przekonanie, że mamy nad wszystkim kontrolę, jest złudne. Możemy tylko oglądać mapę, a życie pociągnie nas i tak w swoim kierunku.
- Co znaczy dla niepełnosprawnego: dojść na koniec świata?
To samo, co dla pełnosprawnego. Przekraczanie granic zawsze mobilizuje do działania. Świat ma mnóstwo końców. Tak jak horyzont - zawsze jest gdzie indziej. Gdy do niego dojdziemy, już jest dalej. A ja mam świadomość, że to nie serialowe postacie są dla nas wzorami, tylko tacy ludzie, którzy są do nas podobni, którzy borykają się z podobnymi problemami. Chcę pokazywać, że właśnie tacy ludzie, których wielu skazałoby na siedzenie w domu, mogą przekraczać horyzonty i iść przez życie z uśmiechem. Jeśli ktoś myśli, że ja mam łatwo, to się myli. Jeżdżę na mnóstwo spotkań w całej Polsce, czasem spędzam po trzy noce tygodniowo w pociągu. Ale to ma sens, bo czuję się potrzebny.
- Twoja fundacja "Poza Horyzonty" wspiera marzenia ludzi niepełnosprawnych o podróżowaniu, survivalu, artystycznym spełnieniu. Jest wybawieniem przed uciążliwościami choroby, kalectwa, wykluczenia społecznego. Z jakimi sprawami zgłaszają się ludzie do Ciebie?
Najczęściej zgłaszają się ludzie, którzy potrzebują pomocy finansowej, np. w zakupie protezy. To dla nas najtrudniejsze, bo sam z własnego doświadczenia wiem, ile to kosztuje. Kupiliśmy protezę jednemu chłopcu za ponad 20 tysięcy. Czasem słyszę pytania o to, ilu osobom pomogliśmy. Pomaganie to nie statystyki i cyferki, to spotkania, wsparcie, kontakt, pomoc prawna i psychologiczna. Działamy dopiero dziesiąty miesiąc i wciąż poszukujemy partnerów, darczyńców, których wsparcie pomoże objąć taką całościową opieką kolejne czekające osoby.
W fundacji pracujemy raptem w trzy osoby: ja, moja mama i Agnieszka Pleti, nasza kochana pani dyrektor. Dodatkowo pomaga nam wiele osób, które rozwijają kolejne projekty, np. Jacek Pawlikowski rozwijający Mela Team biegowy.
- Możesz podać przykłady rekonwalescencji przez podróże?
Pierwszym przykładem, jaki przychodzi mi na myśl, jest wyprawa na biegun, na którą zabrał mnie Marek Kamiński. Wtedy byłem po trzech miesiącach leżenia w szpitalu, a półtoraroczne przygotowania do wyprawy, które zastąpiły mi rehabilitację, były motywujące, bo miały niezwykły cel.
- A widujesz się jeszcze z Markiem Kamińskim? Kim jest dla Ciebie? Nauczycielem, przyjacielem? "Tak jak kij ma dwa końce, tak Ziemia ma dwa bieguny" - mawia Marek Kamiński.
Marek jest dla mnie przede wszystkim nauczycielem, który pokazał mi, jak sięgać po marzenia, jak przekraczać granice i nie bać się życia. Teraz mogę iść dalej swoją ścieżką, ale to właśnie dlatego, że on kiedyś podał mi rękę. Wtedy, gdy bardzo tego potrzebowałem. Teraz chciałbym za pomocą fundacji pomagać tym, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co ja. Nikt przecież nie planuje wypadku czy ciężkiej choroby, to może przytrafić się każdemu. Pomagając mamy świadomość, że i nam ktoś pomoże, gdy będziemy tego potrzebowali.
- Czy wcześniej ciągnęło Cię do krain lodu i zimna? Jakie masz wspomnienia z Arktyki, z Antarktydy, ze Spitsbergenu...
Spitsbergen jest najpiękniejszym miejscem, w którym byłem? Połączenie gór, lodowców, fiordów, lodowych jaskiń... W tym chłodzie i ascetycznym otoczeniu jest coś pięknego. To piękno jest mniej oczywiste, ale niesamowite. Tam życie płynie inaczej. Chyba wszędzie, gdzie życie jest trudniejsze, jest też ono bardziej szlachetne, niebanalne. Chciałbym tam kiedyś wrócić...
- Pochodzisz z Malborka, mieszkałeś w Łodzi i Gdańsku, teraz w Krakowie, fundacja mieści się w Lanckoronie. Gdzie jest Twoje miasto? I co studiujesz? Byłeś na reżyserii, na psychologii. Wciąż szukasz swojego miejsca na ziemi...
Nasze miejsce jest tam, gdzie czujemy się potrzebni. Czasem warto czegoś spróbować chociażby po to, by stwierdzić, że to nie to. Trudno mając 18 lat decydować o całym swoim dalszym życiu. Ja nadal nie znalazłem swoich studiów, ale nie żałuję tych wyborów, nie mam poczucia zmarnowanego czasu. Cały czas się uczę. Uczę się robić lepsze zdjęcia, szyć na maszynie, lepić w glinie, zarządzać fundacją. Taka ciekawa mieszanka.
- Jakie masz marzenia? Podobno marzysz, by ruszyć w dal na koniach po Mongolii?
Kolej transsyberyjska, konie w Mongolii, autostop z Ameryce Południowej, gejzery na Islandii... Dużo jest takich miejsc. Ale nie miejsce się liczy, lecz osoba, z którą się tam jest. Moim największym marzeniem jest założenie rodziny. Przyziemne? Moim zdaniem to najbardziej kosmiczna podróż na świecie. Codzienność nie musi być szara. Z ciekawym człowiekiem nigdy nie jest nudno. Intrygującą osobę odkrywa się przez całe życie. A dzieci to obraz Boga. Warto pomóc w malowaniu tego obrazu. Każdy jest życiowym malarzem.
(Alex)
Jan Mela (ur. w 1988 w Gdańsku) – polski polarnik, najmłodszy w historii zdobywca bieguna północnego i bieguna południowego (2004 r.) Jest jednocześnie pierwszym niepełnosprawnym, który dokonał takiego wyczynu. Założył fundację "Poza Horyzonty". Jest współautorem programu podróżniczego w Radiu Kraków - "Między biegunami".
W 2009r. odbył wyprawę na Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu, w której uczestniczyli także inni niepełnosprawni.
Jan Mela stracił lewe podudzie i prawe przedramię w wyniku porażenia prądem, którego doznał w 2002 w Malborku, kiedy schronił się przed deszczem w stacji transformatorowej.