Lizbona w rytmie fado

Fado, zwane czasami portugalskim bluesem, przyciąga do Lizbony jak magnes. Tu się narodziło, tu najlepiej słuchać go w mrocznych i zadymionych fadeirach.

LIZBONA nie jest wielką metropolią, ale wciąż trafia na pierwsze strony gazet, a życie płynie tu niespiesznie w rytmie fado.

Leżącą na samym krańcu Europy u wybrzeży Atlantyku nad ujściem Tagu stolicę Portugalii rozsławił wspaniały film Wima Wendersa "Lisbon story". Spacerom głównego bohatera - pośród labiryntu uliczek najstarszej dzielnicy - Alfamy i pośród nowych blokowisk na przedmieściach - towarzyszyły pieśni zespołu Madredeus. Rzewny głos Teresy Salgueiro stał się popularny na całym świecie. A razem z nim melancholijne, lizbońskie fado, śpiewane przy akompaniamencie dwóch gitar (w tym jednej 12-strunowej).

Fado, zwane czasami portugalskim bluesem, przyciąga do Lizbony jak magnes. Tu się narodziło, tu najlepiej słuchać go w mrocznych i zadymionych fadeirach. Portugalczycy odcinają się od twórczości Medredeus, twierdząc, że zespół odszedł zbyt daleko od swych korzeni. Dla nich królową fado zawsze będzie legendarna Amália Rodrigues, której płyty można kupić na każdym rogu ulicy. Dziś triumfy w fado święci Mariza - urodzona w Mozambiku gwiazda, która podobnie jak wcześniej Madredeus dała już kilka wspaniałych koncertów w Polsce, a dzięki niej fado dźwięczy na wszystkich kontynentach. I choć kolonialne imperium Portugalii dawno legło w gruzach, to dzięki fado jej gwiazda wciąż jasno błyszczy.

Nie każdy jednak lubi fado. Może wydawać się to dziwne, ale pomimo mojego młodego wieku (mam 19 lat) muzyka ta trafiła w mój gust … Dla tych, którzy wolą inne rozrywki niż melancholijny śpiew, Lizbona ma kilka innych wabików. Jednym z nich są niewątpliwie stołeczne tramwaje - jednowagonowe eléctricos. Niemal rozpychają się w wąskich uliczkach. Motorniczy co chwila przystaje, żeby sprawdzić, czy nie zarysuje któregoś ze stojących na poboczu aut, albo, żeby ... położyć mu boczne lusterko i powoli, niemal ocierając się o taki samochód, przejechać. Tramwaje mijają przeszkody z zaskakującą zręcznością, niezła zabawa to zjeżdżanie w dużym pędzie w dół (ach ten dreszczyk emocji … niczym jazda kolejką górską w Wesołym Miasteczku :P). Czasem motorniczy zdaje się ścigać z samochodami na ulicy. I często wcale nie jest to tylko wrażenie ... Przejażdżka przez najciekawsze punkty Lizbony trwa około półtorej godziny. Na dłuższych liniach - turystycznych - chętni dostają słuchawki, przez które łagodny jak fado głos, podaje
najważniejsze informacje o mieście.

Zwiedzać można Lizbonę przez weekend, a można tu mieszkać i wciąż odkrywać nowe zakamarki. Nie można jednak ominąć dwóch, położonych po przeciwnych stronach miasta dzielnic - starej Alfamy i słynnego Belem. Ta druga była niegdyś podlizbońskim portem, stąd w 1497 roku Vasco da Gama wyruszył do Indii. Gdy żeglarz powrócił, król Manuel I rozpoczął dla uczczenia jego triumfu budowę Klasztoru Hieronimitów (Jerónimos Monastery), uważany dziś za jedną z najwspanialszych budowli europejskiego gotyku, w odmianie nazwanej od imienia fundatora, gotykiem manuelińskim. Niedawno znów było o klasztorze głośno, ponieważ właśnie tu, i w sąsiednim Muzeum Powozów, trwały obrady zakończone podpisaniem unijnego Traktatu Lizbońskiego. Niedaleko znajduje się jedna z najbardziej charakterystycznych budowli Portugalii, czyli wieża Belém, również zbudowana za panowania Manuela I - podobnie jak klasztor wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Nie można wszak żyć tylko śpiewem i zabytkami. Jest w Lizbonie miejsce zaspakajające gusta bardziej rozrywkowe, ale przede wszystkim przysparzające wspaniałych wspomnień dzieciom. Największe oceanarium Europy stoi na platformie pośród wód Tagu. Dookoła rozciąga się ogromny, ale przestronny kompleks futurystycznych budowli dzielnicy, która powstała z niczego na światową wystawę Expo w 1998 roku. Pełno tu knajpek, centrum handlowych i wszelkich czasoumilaczy :). Jednak oceanarium jest jedyne w swoim rodzaju: 25 tys. morskich stworzeń z całego świata pływa sobie za grubą (na szczęście!) szybą na wyciągnięcie ręki. Są i rekiny, i mątwy, ale największe wrażenie robi wielka i dziwaczna ryba zwana samogłowem (Mola mola), za którą gawiedź biega dookoła gigantycznej, centralnej części akwarium. Po takim przerywniku aż chce się dalej rzucić w wir zwiedzania, no i na dobry obiad ze świeżego dorsza, obowiązkowo z lampką porto dla smaku.

Moje ogólne wrażenia z kilkudniowego pobytu w Lizbonie są jak najbardziej pozytywne. Dla młodego człowieka, który uwielbia poznawać historię świata, zwiedzać zabytki, poznawać obcą kulturę ... a nie tylko byczyć się na plaży i imprezować 24 h na dobę w barach (choć i Ci znajdą tu coś dla siebie), wyjazd ten jest strzałem w 10 ! Wszyscy ludzie, których tutaj spotkałem, byli niesamowicie przyjacielsko nastawieni do turystów, zawsze służyli pomocą :). Słabo znają języki obce ... ale dobrze reagują na cudzoziemców, którzy portugalskiego nie znają. Warto zabrać ze sobą rozmówki polsko-portugalskie :). Lizbończycy, gdy usłyszą choć kilka słów we własnym języku, od razu stają się jeszcze bardziej serdeczni. Polecam gorąco wyjazd do Portugalii.

_ Tekst: Mateusz Mantykiewicz _

_ Tekst zdobył nagrodę w *Wielkim Konkursie Podróżniczym *organizowanym przez Serwis Turystyka. _

Wybrane dla Ciebie
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE