Barką przez Langwedocję
Najbardziej znanym szlakiem spływów barkami w Europie jest Canal Du Midi przecinający z zachodu na wschód Południową Francję. Płynęliśmy tym kanałem trzy lata temu. Rozgrzana słońcem Francja, a także rejs barką tak nam się spodobały, że postanowiliśmy powtórzyć tego rodzaju wyprawę. Ale nie w sposób dosłowny. Owszem pojechaliśmy na południe, zamówiliśmy barkę, lecz na spływ wybraliśmy rzekę Baise, która wpada do Kanału Du Midi niedaleko Tuluzy.
Najbardziej znanym szlakiem spływów barkami w Europie jest Canal Du Midi przecinający z zachodu na wschód Południową Francję. Płynęliśmy tym kanałem trzy lata temu. Rozgrzana słońcem Francja, a także rejs barką tak nam się spodobały, że postanowiliśmy powtórzyć tego rodzaju wyprawę. Ale nie w sposób dosłowny. Owszem pojechaliśmy na południe, zamówiliśmy barkę, lecz na spływ wybraliśmy rzekę Baise, która wpada do Kanału Du Midi niedaleko Tuluzy.
Zaczęło się tak: w sobotę, 13 czerwca w porcie Agen weszliśmy na pokład barki. Stąd popłynęliśmy na zachód kanałem, który w miejscowości Buzet-sur-Baise wpada do rzeki Baise. Rzeka poprowadziła nas na południe, w wiejskie okolice, oddalone od uczęszczanych tras turystycznych, naszym celem było miasto Condom. Dotarliśmy do niego we wtorek. Od środy zaczęliśmy powrót do Agen.
W górę rzeki Baise W ciągu sześciu dni przepłynęliśmy około 300 km. Baise wiła się malowniczo wśród pól – tych najbardziej urodzajnych w całej Francji. Pachniało dojrzałym zbożem i dzikimi różami. Pięły się one po drzewach i krzakach, a ich białe kwiaty odbijały się w wodzie. Na brzegach w gęstych zaroślach śpiewały kosy oraz drozdy. Od czasu do czasu rzeka prawie ginęła pod parasolem bujnych gałęzi zwisających nad jej nurtem. Gałęzie szorowały po pokładzie barki, zamiatały po naszych głowach i kieliszkach, a w wodzie czaiły się grube pniaki, chyba jednak swobodnie pływające, bo żaden nie uczynił nam szkody, mimo że nie wszystkie udało nam się ominąć. Pierwszą noc spędziliśmy przycumowani do brzegu w "szczerym polu". W odległości 200 metrów widzieliśmy zadbaną willę, otoczoną czereśniowym sadem (trwał zbiór tych owoców) lecz wokół żywego ducha. Poszliśmy na spacer do pobliskiej wioski, też jakby wyludnionej, tylko jeden pies leżał na murku, z głową wspartą na poduszce i nawet na nas nie zaszczekał. To nas
zaskoczyło w Langwedocji, a jeszcze bardziej brak ludzi; wszędzie puste ulice i opuszczone domy.
Z poprzednich naszych podróży pamiętaliśmy, że we Francji nie łatwo jest zrobić zakupy. Sklepów jest bardzo mało, w dodatku mają przerwę w południe, w sobotę pracują krótko, a w niedzielę wcale. Nie ma też budek czy straganów stawianych specjalnie dla turystów. Lecz w Langwedocji sklepowa pustynia kłuła wprost w oczy. Generalnie odnosi się wrażenie, że mieszkańcy tej krainy nie przejmują się turystyką. Owszem, są bardzo uprzejmi i pomocni, gdy się ich o coś poprosi. Ale żeby z własnej inicjatywy podlizać się trochę przybyszowi z obcych stron, choć kiełbaskę mu ugrillować na przydrożnym grillu, albo nadbrzeżne krzaki przyciąć trochę, żeby wygodniej płynęło się barką, to już nie. To już nikomu się nie chce. Sklepy zamkną, w restauracjach zrobią przerwę w porze naszego obiadu i niewiadomo gdzie się podzieją, bo nigdzie ich nie widać, nawet wieczorem. Pamiętajcie więc - nie jedźcie do Francji bez kabanosów i kawałka chleba, a jeszcze lepiej zrobicie, gdy zabierzecie makaron i sosy do niego, chyba, że lubicie w
weekendy głodować.
Na barce Barka jest pływającym domem. Nasza miała trzy sypialnie każda z dwuosobowym łożem i łazienką, wspólną kuchnię (z lodówką i kuchenką gazową)
salon (a właściwie messę) oraz sterówkę. Nad messą był pokład z fotelami i stołami oraz druga sterówka. Do prowadzenia barki nie potrzebne są żadne uprawnienia, wystarczy kilkuminutowy instruktaż udzielany w porcie. Przed rejsem barka jest tankowana do pełna. Po zakończeniu podróży płaci się za zużyte paliwo. Ponadto ma zbiorniki na wodę, którą trzeba w trakcie rejsu uzupełniać. W kapitanacie kupuje się Waterways Guide i wyrusza w nieznane. Pierwszą przeszkodą jest zwykle pierwsza śluza. Te na rzece Baise były dosyć wąskie i krótkie. Mieściły się w nich najwyżej dwie barki. Za to były urocze, gdyż zazwyczaj znajdowały się obok starego, nieczynnego już młyna. Te młyny, zamieszkałe dzisiaj już tylko przez gołębie, wyglądały nadzwyczaj romantycznie. Barką płynie się z prędkością około 5 km/h i tylko w dzień (takie są przepisy). Jednak planując codzienną marszrutę
trzeba brać pod uwagę śluzy. Po pierwsze pokonanie ich zajmuje od 15 do 30 minut, po drugie są czynne od 9 do 19. Jeśli więc źle obliczy się czas rejsu, lub na przykład trafi na awarię śluzy, to można utknąć na pustkowiu. Dlatego lepiej mieć zawsze zapas wody w zbiornikach i pełną lodówkę, (na barce można przecież gotować), no i jakieś winko. Nam smakowało miejscowe. Najpierw kupowaliśmy je w butelkach, a potem, gdy już dobrze zapoznaliśmy się z asortymentem - nawet w kartonach z poręcznym kranikiem.
Zagadkowe miasta W prowincjonalnych miastach Francji prawie nie widać upływu czasu. Domy stoją tak, jak je wzniesiono w XVI i wcześniejszych wiekach. W mieście Condom widzieliśmy całą, ogromną dzielnicę zabudowaną kamieniczkami starszymi niż nasze ocalałe w Krakowie czy zrekonstruowane w Warszawie. My na nasze chuchamy, mamy ich przecież tak mało, tam jest ich mnóstwo. Wyglądają na opuszczone. Nikt nie chce mieszkać w średniowiecznych domach. Późnym wieczorem chodziliśmy po całkiem pustych, cichych ulicach i przyglądaliśmy się ciemnym oknom. Całe szeregi pięknych, zabytkowych i niekochanych kamieniczek sprawiało bardzo dziwne wrażenie, trochę nierzeczywiste. Wszędzie przecież na południu Europy na starych miastach w letnie wieczory jest gwarno i tłoczno. Wszędzie, ale nie w Langwedocji, za to tu są nie tylko stare miasta, ale całe zabytkowe miejscowości. Idziemy na przykład na spacer po małej mieścinie Vianne. Okazuje się, że założona została w 1284 roku w obrębie murów obronnych, które stoją do dzisiaj. Na
ryneczek z czterech stron świata prowadzą cztery bramy, a każda niczym nasza jedyna Brama Floriańska w Krakowie. Całości dopełnia kościół z XII wieku, wyglądający tak, jakby nikt nigdy niczego w nim nie przerabiał oraz (niestety) remontował. Urzekło nas Nerac, uznaliśmy je za najpiękniejsze na naszej trasie. Oczywiście stare. Papież Urban II ustanowił w nim parafię już w 1096 roku. Zachował się zamek króla Henryka IV, który tu właśnie miał swoje rodowe włości i uwodził okoliczne dziewczęta, wiele starych kościołów i całe dzielnice kamieniczek. Jednak te, w przeciwieństwie do widzianych w Condomie, były wypieszczone, wyremontowane i ozdobione. Po prostu śliczne. Czemu w Nerac ludzie mieszkają w starych domach, a w Condomie nie? Nie odgadliśmy. W Nerac spędziliśmy noc. Miasto rozsiadło się na zboczach doliny schodzących do rzeki. Ponad dachami najwyżej położonych domów widać było las, wyznaczający wyraźną granicę miasta. Siedzieliśmy na pokładzie barki w ciepłą noc niczym w amfiteatrze. Patrzyliśmy jak wokół
nas, co raz wyżej na ulicach i w oknach domów zapalają się światła, tworząc iluminacje przeznaczoną jakby specjalnie dla nas.
Carcassonne i Tuluza Pobyt na barce poprzedziliśmy zwiedzaniem Carcassonne, a zakończyliśmy dniem spędzonym w Tuluzie. Wyglądało to tak: z Warszawy w piątek dotarliśmy samolotem (z przesiadką w Monachium) do Tuluzy, stąd pociągiem do Carcassonne. Całe popołudnie i ranek następnego dnia (sobota) przeznaczyliśmy na zwiedzanie. W południe pociągiem pojechaliśmy do Agen, gdzie czekała na nas barka. Pływaliśmy przez 6 dni. W kolejną sobotę (20 czerwca) opuściliśmy barkę. Pociągiem pojechaliśmy do Tuluzy. W niedzielę o 14 godzinie autobus linii lotniczych zawiózł nas na lotnisko, a stąd samolotem (również z przesiadką w Monachium) do domu. Jesteśmy więc w Carcassonne, miećcie które powinno się zobaczyć, które lepiej wygląda w opisach i na zdjęciach niż w rzeczywistości. Jest ono największą i najbardziej imponującą średniowieczną twierdzą w Europie. Zasłynęło jako ostatni bastion katarów, uznanych przez papieży za heretyków. Katarzy to były grupy religijne przybyłe do Europy Zachodniej z Bałkanów. Sprzeciwiały się
one hierarchom kościoła katolickiego i dogmatom religii katolickiej. Katarzy zostali bezlitośnie wytępieni, lecz Carcassonne pozostało nietknięte, a nawet rozbudowane w XIII wieku przez Filipa Śmiałego, jako zapora przed inwazją hiszpańską. Dzisiaj możemy oglądać kompletne, średniowieczne miasto, co samo w sobie jest niezwykłe. Nowe miasto powstałe poniżej murów obronnych za rzeką nie robi dobrego wrażenia. A przecież nie powinno tak być, bo Carcassonne to miejsce licznych wypraw turystycznych, powinno zatem błyszczeć i tętnić wieczornym życiem. Nie błyszczy i nie tętni. Wszyscy po obiedzie zjadanym około 20 zamykają się w domach. W sobotę rano ludzi widzi się właściwie tylko na targach. Jednym „europejskim", na którym można było kupić wszelkie produkty spożywcze (łącznie z żywymi kurami oraz ślimakami) i drugim „arabskim" z orientalnymi ciuchami. A jak było w Tuluzie? Bardziej gwarno. Miasto to pod względem liczby studentów zajmuje we Francji drugie miejsce po Paryżu. Młodzieży jest więc pełno i mnóstwo
zabytków; począwszy od przeuroczych kamieniczek na starym mieście wybudowanych z różowych cegieł, a skończywszy na monumentalnych kościołach. Na Tuluzę trzeba mieć na pewno więcej czasu niż dzień, aby docenić jej urok. Tutaj też udało się kupić jakieś pamiątki, gdyż wcześniej na nic takiego nie trafiliśmy. Niestety, w niedzielę się nie handluje. Dla turystów nie ma wyjątków. Mogliśmy zatem tylko przez szybę oglądać fajans oraz serwetki ozdobione fiołkami, stanowiącymi symbol Tuluzy. Wróciliśmy więc do Warszawy bez pamiątek. I może dobrze się stało. Bo większość z nich wygląda fajnie tylko wtedy, gdy się je kupuje. Po przywiezieniu do domu nie wiadomo co z nimi zrobić.
Luźne refleksje Najwięcej zachodu i czasu zajmuje dojazd do portu z barkami. Samochodem na południe Francji trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Samolotem podróż trwa krócej, ale kosztuje tyle, co tygodniowy pobyt na barce. Oczywiście można barką pływać bliżej francusko-niemieckiej granicy np. po Alzacji a nawet w Niemczech po okolicach Berlina. Jednak Południe Francji ma w sobie niezwykły urok, który odczuwalny jest właśnie na prowincji. Drogi i autostrady prowadzą samochody przez miasta. Tylko kanały i rzeki biegną wśród pól oraz pastwisk. Dociera się nimi do miejsc nie widocznych z okien auta. Ogląda się naprawdę starą Europę. Widzi się dosłownie jak dawniej ludzie żyli, po jakich chodzili ulicach oraz mostach, w jakich modlili się kościołach i jakie mury chroniły ich przed wrogami. Nam ponadto podobało się, że wszystkie te miejsca nie są ‘odpicowane" dla turystów. Są takie, jakie je przed wiekami wybudowano i jak je czas spatynował. Nie smakowało nam francuskie jedzenie. Może gdybyśmy poszli do drogiej
restauracji dostalibyśmy sałaty z pysznymi francuskimi sosami, czy mięsa duszone w winie, aromatyczne i rozpływające się w ustach. Jedliśmy w lokalach gdzie jednodaniowy obiad z winem kosztował 10 do 12 euro i nie był smaczny. Generalnie nie polecamy wołowiny, lepiej Francuzom wychodzi królik i dania z drobiu (jeśli są dopieczone). Najsmaczniejszy posiłek zjedliśmy w Tuluzie "u chińczyka". Na barce posiłki nie stanowią jednak problemu, gdyż można je samemu gotować. Problemem są zakupy, ale już o tym wspomniałam. Ceny w sklepach spożywczych widzimy mniej więcej takie, jak w polskich (tyle, że nominowane w euro). Jadąc samochodem można zabrać spory zapas jedzenia, co sprawi, że pobyt będzie tańszy. Francja jednak nie jest tak droga, jak się u nas mówi. Za hotele, przejazdy i posiłki płaciliśmy mniej więcej tyle, ile rok wcześniej w Irlandii.
tekst: Zofia Zubczewska zdjęcia: Stefan Zubczewski