Trwa ładowanie...
dlyi86a
dlyi86a

Byłem tu. Tony Halik

Zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia. Po obejrzeniu "180 000 km przygody" zwariowaliśmy na punkcie Tonyego. Dzisiaj trudniej wymienić miejsca, do których dotarł, niż te, w których nie był. Awanturnik, "Indianin", przeżywał perypetie niczym Franek Dolas z "Jak rozpętałem II wojnę światową"...
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
dlyi86a
 (fot. Poznaj Świat)
((fot. Poznaj Świat))

Wszędzie było go pełno. Do tego stopnia, że dzisiaj trudniej wymienić miejsca, do których dotarł, niż te, w których nie był. Wcale to jednak nie oznacza, że nie ma tam wydrapanego scyzorykiem koślawego napisu: „Byłem tu. Tony Halik”. W jego imieniu podpisywały się tak tysiące rodaków w najdalszych i najbardziej niezwykłych zakątkach świata.

dlyi86a

Polacy zakochali się w nim od pierwszego wejrzenia. W 1972 roku TVP zaprezentowała „180 000 km przygody”, filmowy zapis podróży życia, jaką Halik zafundował sobie, przemierzając samochodem obie Ameryki od Ziemi Ognistej po Alaskę. Po obejrzeniu pierwszych odcinków widzowie zwariowali na punkcie Tony’ego: najpierw zasypali telewizję listami adresowanymi do niego, a po wyemitowaniu ostatniego odcinka od razu zaczęli domagać się powtórki cyklu. Chcąc nie chcąc, TVP pokazała „180 000” trzykrotnie.

Oprócz pamiątek i sławy, jaką przyniosła mu amerykańska awantura (film z podróży wykupiła amerykańska telewizja NBC), Halik przywiózł z wyprawy syna Ozana (podróżował z żoną, Pierrette) oraz wielki szacunek kolejnych indiańskich plemion. Jeszcze zanim ruszył przez obie Ameryki, był prawdopodobnie pierwszym białym w historii, który świadomie stał się pełnoprawnym członkiem indiańskiego plemienia, a na pewno – pierwszym korespondentem wojennym na indiańskim froncie w Mato Grosso. Tej przygody o mało nie przypłacił życiem.

Uratował mnie wojownik o imieniu Ozana – opowiadał w swoim stylu Halik. – Moją jedyną bronią była kamera filmowa, ale wróg naszego plemienia, widząc u mnie barwy wojenne, zaatakował mnie włócznią. Ozana roztrzaskał mu głowę maczugą – wspominał. Gdy kilkadziesiąt tysięcy kilometrów dalej, w amerykańskim Connecticut, urodził mu się syn, nie zawahał się nazwać go imieniem swego indiańskiego przyjaciela.

O przygodach, jakie Halikowie przeżyli podczas eskapady po Amerykach, traktuje wydana niedawno przez „Poznaj Świat” książka „180 000 kilometrów przygody”. Jej pierwsze polskie wydania firmował jeszcze jako Antonio Halik, ukazały się bowiem w czasach, kiedy autor używał imienia hiszpańskiego. Przybrał je w okolicznościach jako żywo przypominających scenę z nieśmiertelnej komedii Tadeusza Chmielewskiego „Jak rozpętałem II wojnę światową”, gdy Franek Dolas przedstawia się Niemcom jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz… Urzędnik biura emigracyjnego w Buenos Aires poddał się, gdy Halik podał mu swoje imiona… Mieczysław Sędzimir.
– Jesteś chrześcijaninem, jest tylu porządnych świętych, nie mógłbyś się nazywać jak któryś z nich? – zapytał przedstawiciel argentyńskich władz.
– OK. Bierz pierwsze lepsze z brzegu – zgodził się Halik.
– Antonio… Może być Antonio? – dopytywał się uradowany urzędnik. Przyszły Tony zgodził się bez wahania.

 (fot. Poznaj Świat)
((fot. Poznaj Świat))

Podobieństw do perypetii Franka Dolasa i Tony’ego Halika jest więcej. Zanim Mietek zmienił imię na bardziej chrześcijańskie, walczył w bitwie o Anglię jako polski pilot. Wtedy też prawdopodobnie uwierzył, że z każdej opresji może wyjść cało. Niemcy dwa razy strącili go nad Francją. Za pierwszym razem wpadł do kanału La Manche. Od śmierci w lodowato zimnej wodzie uratowała go piersiówka whisky, za drugim razem ocaliła go kobieta. I chociaż na początku bardziej zainteresowała się delikatną tkaniną, z której wykonany był spadochron, niż mężczyzną w rynsztunku, który był do niego przytroczony, to kilka lat później została jego żoną. Przyszły teść ukrywał Halika w piwniczce z winem, ale ten nawet w tak sprzyjających warunkach nie potrafił usiedzieć w miejscu i zaciągnął się do francuskiego ruchu oporu.

dlyi86a

– Tony lubił pokazywać swoje zdjęcie w mundurze maquis i przechwalać się: „trochę tam sobie postrzelałem, wysadziłem parę mostów”. Cnotą skromności nie grzeszył, ale nawet gdy nieco przejaskrawiał fakty, czynił to z wielkim talentem i urokiem osobistym – wspomina Ryszard Badowski, podróżnik, dziennikarz, który polskim widzom przedstawił Halika w programie „Kawiarenka pod globusem”.

Tony, wówczas jeszcze Mietek, do Anglii trafił przez Zaleszczyki, Rumunię, Francję. Nie była to pierwsza eskapada Halika. Po raz pierwszy na zew wielkiej przygody odpowiedział jako czternastolatek. W wakacje roku 1935 zaciągnął się w Płocku na tratwę flisacką i Wisłą spłynął na Pomorze. Małoletniego awanturnika odstawili ponoć do zatroskanych rodziców pogranicznicy, którzy capnęli go na granicy z Wolnym Miastem Gdańskiem.

Po wojnie, jak wielu innych Polaków, nie miał pomysłu, co ze sobą począć w nieprzychylnie nastawionej do niedawnych sojuszników Wielkiej Brytanii. Decyzję o wyjeździe do Argentyny w 1948 roku podjął pod wpływem impulsu. Wystarczyło, że na ulicach Londynu zobaczył plakat reklamujący kraj gauchos.

W nowej ojczyźnie wprowadzał Argentyńczyków w arkana pilotażu, pracował jako nadworny fotograf Juana i Evity Peronów, ponoć był też pilotem prezydenckiej pary. Nudził się przy tym niemiłosiernie, a gdy tylko udało mu się odłożyć trochę pieniędzy, kupił żaglówkę i na kilka miesięcy ruszył z żoną w górę rzeki Parany. Niewielką łódką dopłynęli aż do wodospadu Iguasu. Gdy po wielu perypetiach dotarli z powrotem do Buenos Aires, dowiedzieli się, że… zostali pochowani. Przyjaciele, zaniepokojeni ich długą nieobecnością, zawiadomili policję, a ta, znalazłszy wrak innej żaglówki, podała, że Halikowie zginęli.

 (fot. Poznaj Świat)
((fot. Poznaj Świat))

Ich cudowny powrót szerokim echem odbił się w prasie. Antonio i Pierrette stali się sławni. Do tego stopnia, że do ich drzwi zapukał reporter amerykańskiego „Life’a”, by zachęcić Polaka do opisania przygód, które przeżył podczas spływu Paraną. Halik znalazł się w swoim żywiole. Niedługo potem rusza do „Zielonego Piekła”, gdzie przez dziewięć miesięcy żyje jako członek plemienia Hinani. Po powrocie pisze „200 dni w Mato Grosso”, wreszcie wyrusza w podróż życia: rajd Ziemia Ognista-Alaska. W drodze przybywał 1536 dni, przekroczył 21 granic i zużył 100 tysięcy metrów taśmy filmowej; w tym czasie pojawiły się też trzy kolejne pogłoski o jego śmierci.

dlyi86a

W Polsce, już jako Tony Halik, pojawił się w 1972 roku. Towarzyszył prezydentowi Nixonowi podczas wizyty za „żelazną kurtyną”. W tym samym roku – jako biały Indianin – podbił serca widzów polskiej telewizji. Od tego czasu zaczął pojawiać się w kraju coraz częściej. Jednak swoją drugą żonę, Elżbietę Dzikowską, spotkał w Meksyku. Razem stworzyli duet na dobre i złe. Zaczęli od odkrycia Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków. Razem z peruwiańskim uczonym Edmundem Guillenem, opierając się na mapach konkwistadorów, w 1976 roku wskazali miejsce, gdzie bronili się Inkowie.

– Nikt nie potrafił udowodnić, że te zarośnięte trawą ruiny to właśnie była Vilcabamba – mówi Elżbieta Dzikowska. – Ja robiłam wtedy film dla Polski, a Tony dla amerykańskiego NBC. Potem tych podróży było już bardzo wiele, po różnych kontynentach – wspomina.

Dla Elżbiety Dzikowskiej Tony Halik wrócił do Polski. Wspólnie zrealizowali dla TVP kilkaset filmów, pokazywanych w ramach kilku cykli telewizyjnych, z których najbardziej znane to „Tam, gdzie pieprz rośnie” i „Tam, gdzie rośnie wanilia” i wreszcie „Pieprz i wanilia”. Wszystkie programy były realizowane w piwnicy domu Halików w warszawskim Międzylesiu. W ten sposób wspólnie przepracowali dla Telewizji Polskiej dwadzieścia lat, stając się najbardziej medialną parą w Polsce.

Tony Halik zmarł przed dziesięcioma laty, 23 maja 1998 roku, do końca pracując.

dlyi86a

_ Tekst: Arkadiusz Braumberger _


Tony Halik odbył wiele wypraw. Jego specjalnością były wyprawy ekstremalne, a najdłuższą z nich odbył jeepem. Przejechał nim z Argentyny na Alaskę. W dodatku jechał zygzakiem, a nie najprostszą drogą – w sumie pokonał 182 000 kilometrów, odwiedził 21 krajów, a zajęło mu to cztery lata i trzy miesiące. Owocem tej wyprawy są dwie książki: „180 000 kilometrów przygody” oraz „Jeep moja wielka przygoda”.

_ Źródło: Poznaj Świat _

dlyi86a

Podziel się opinią

Share
dlyi86a
dlyi86a