EgzotykaHiroszima - miasto cieni

Hiroszima - miasto cieni

Hiroszima - miasto cieni
Źródło zdjęć: © ISchmidt - Shutterstock

Hiroszima nie ucieka przed własną historią. Pogodziła się z nią i z tragedii uczyniła swoją siłę. I choć duchy są tutaj ciągle obecne, to ludzie wiedzą, jak rozkoszować się smakiem życia.

Hiroszima nie ucieka przed własną historią. Pogodziła się z nią i z tragedii uczyniła swoją siłę. I choć duchy są tutaj ciągle obecne, to ludzie wiedzą, jak rozkoszować się smakiem życia. O japońskim mieście na wyspie Honsiu opowiada Katarzyna Boni.

Na drewnianym blacie kelner stawia gliniane talerze z szaszłykami - mocno przypieczone nasiona miłorzębu, fasolka w bekonie, kurza wątróbka, kurze serce i cukinia. Mariko dolewa mi sake ze złotymi płatkami. - Takie sake podano Obamie, kiedy przyjechał z wizytą do Hiroszimy - mówi. Sake z Hiroszimy *jest najlepsze w całej *Japonii dzięki źródlanej wodzie z gór położonych niedaleko miasta, przynajmniej tak twierdzi Mariko. Jego smak i kolor jest wyjątkowy. Mocny, przejrzysty. Mieszkańcy Kioto mówią, że ich woda i ich sake są najlepsze. Sake z Kioto jest dla kobiet - słodkie i delikatne. To z Hiroszimy jest dla mężczyzn. I, choć Mariko jest stuprocentową japońską kobietą, to sake pije jak japoński mężczyzna. Pomaga mi obalić stereotypy. Również ten, że Hiroszima to miasto smutku skupione na przeszłości.

Tekst: Katarzyna Boni, www.podroze.pl

1 / 5

Hiroszima, Japonia

Obraz
© Pabkov / Shutterstock.com

Mariko oprowadza mnie po swojej Hiroszimie pełnej piekarni pachnących świeżymi croissantami, knajp, w których można usiąść przy barze i zamówić _ ramen _ (tłusty rosół z grubym makaronem i chrupiącymi kiełkami soi), kafejek z różowymi ścianami i uroczymi czekoladkami, schowanych za krótkimi firanami izakaya - japońskich pubów, gdzie można dobrze zjeść i wypić. Opowiada o hiroszimskich ostrygach, które mają charakterystyczny słodko-metaliczny smak. Poleca wyprawę na Okunojimę. Podczas II wojny światowej testowano tam na królikach gazy bojowe. Po wojnie budynki zostawiono same sobie. Króliki, które przetrwały testy, zajęły całą wyspę. Dawno przestały być dzikie. Dostają takie ilości marchewek od turystów, że nie boją się wchodzić na kolana i nawet pozwalają się głaskać. Kiedy kończymy z szaszłykami, Marico zabiera mnie na drinka. Wjeżdżamy windą na siódme piętro niepozornego biurowca. To w Japonii *częste, że do knajp, barów i restauracji trzeba się dostać windą. Nie dla widoku, tylko dlatego, że
lokale na poziomie ulicy mają bardzo wysoki czynsz. Z sufitu podpieranego przez metalowe belki zwisa ogromny żyrandol, jego światło odbija się w drobnej mozaice nad barem. Wchodząc na półpiętro, musimy się nisko pochylić. Siadamy na poduchach, mamy stąd *
widok na nocną Hiroszimę
. Zadaszone pasaże, budynki niczym szare klocki, kable biegnące wzdłuż ulic. Współczesne japońskie miasto z niezbyt ciekawą architekturą, ale za to ze świetną kuchnią. Sporo tu studentów, młodych małżeństw, obcokrajowców. W Hiroszimie jestem drugi raz i coraz bardziej wciąga mnie jej pełna energii atmosfera. Tramwaje nadają miastu europejski charakter, w knajpach zawsze trafiam na coś dobrego - nawet zamawiając na chybił trafił. Uliczne pasaże pełne są młodych ludzi na zakupach. Mówią o sobie "trzecia generacja". Chcą pamiętać. Ale chcą też cieszyć się życiem. - Moja babcia zobaczyła krótki, ale bardzo jasny błysk - opowiada mi Mariko nad szklanką mojito. - Zaraz potem usłyszała wybuch. Stała tyłem do okna. W plecy wbiły
jej się setki szklanych odłamków
.

2 / 5

Hiroszima, Japonia

Obraz
© Pratchaya Ruenyen - Shutterstock

Pierwszy raz do Hiroszimy przyjechałam po to, żeby zobaczyć cień. Usłyszałam o nim jeszcze w liceum. Cień człowieka, który 6 sierpnia 1945 r. o 8.15 rano siedział na marmurowych schodach przed bankiem. Dzisiaj fragment marmurowych schodów znajduje się w Muzeum Pokoju w gablotce za grubym szkłem. Widać na nim wyblakłą plamę o nieregularnym kształcie. Cień powstał w wyniku impulsu świetlnego. W epicentrum błysk, który babcia Mariko widziała z oddali, był tak silny, że aż wybielił kamienie. Chyba, że coś zasłaniało mu drogę. Wtedy na kamieniu zostawał cień. Człowieka, psa, przedmiotu. Taki cień rzucił też posążek bóstwa *Jizo *na postument, na którym stał. Jizo o pucułowatej twarzy i dobrotliwym uśmiechu to opiekun wędrowców. Niewielkie figurki stawia się w przydrożnych kapliczkach, na cmentarzach, przy świątyniach, na ulicach miast. Troskliwe matki, które straciły własne dzieci, opatulają te figurki wełnianymi czapkami i fartuchami. Jizo rzucający cień to jedna z niewielu rzeczy, która przetrwała
wybuch bomby atomowej i późniejsze pożary. Z 76 tys. budynków w całej *Hiroszimie *70 tys. zostało zniszczonych lub uszkodzonych. A Jizo stoi do dzisiaj opatulony w czerwony fartuszek. Pod ścianą domu, niedaleko epicentrum.

3 / 5

Hiroszima, Japonia

Obraz
© Luciano Mortula - Shutterstock

Tam, gdzie było ognisko wybuchu, dziś jest parking. I mosiężna tabliczka na ścianie budynku. Chodzę po Hiroszimie świeżo po lekturze dziennika lekarza Michihiko Hachiya. Od 7 sierpnia 1945 r., czyli dnia po zrzuceniu bomby atomowej, zapisywał to, co widział i słyszał. A ja - 70 lat później - zamiast wypełnionych słońcem ulic nad rzeką Ota widzę pociemniałe od dymu przestrzenie pełne ludzi błagających o wodę. W uszach brzmią mi słowa Mariko: - Moja prababka poszła do centrum, żeby zobaczyć co stało się z jej ciotką. Po drodze mijała ludzi, którzy nie byli już ludźmi. Do XIX w. Hiroszima nie miała strategicznego znaczenia. Zbudowana w 1589 r., z pięknym zamkiem o białych ścianach i stromych dachach, przez feudalnego pana Terumoto Mori, który stracił ją po jedenastu latach na rzecz szoguna Tokugawy. Dopiero w czasach modernizacji, na przełomie XIX i XX w., miasto rozrosło się. Zbudowano duży port kilkanaście kilometrów od centrum. Bomba zniszczyła zamek, oszczędziła port. Można do niego pojechać
miejskim autobusem - np. na owoce morza. Podczas II wojny światowej w Hiroszimie mieściło się dowództwo zarządzające obroną południowej Japonii i magazyny z zaopatrzeniem. Ale 6 sierpnia 1945 r. w mieście przebywali głównie cywile - 290 000 ludzi. Żołnierzy - 43 000. Mówi się o 80 000 zabitych. Co najmniej drugie tyle zmarło na chorobę popromienną. Północną część jednej z wysp Hiroszimy, pomiędzy dwiema odnogami rzeki Ota, zamieniono w wielką przestrzeń pamięci. Na jednym końcu znajduje się Kopuła Bomby Atomowej *- ruiny centrum wystawowego z 1915 r. Na drugim stoi Muzeum Pokoju, które opowiada wojenną historię bez upiększeń. Wstrząsa zdjęciami, stopionymi dachówkami i cieniem człowieka, który czekał, aż otworzą bank. Pomiędzy Muzeum a Kopułą rozciąga się *Park Pokoju. Kolorowe łańcuchy papierowych żurawi zdobią Pomnik Dzieci. W sarkofagu z imionami zabitych płonie Płomień Pokoju, który zgaśnie, kiedy zostanie zniszczona ostatnia bomba atomowa. Bramy pokoju, dzwony pokoju, staw pokoju, zegarowa
wieża pokoju, fontanna pokoju. A przy nich butelki z wodą. Zostawia się je dla tych, którzy umarli, błagając o łyk wody.

4 / 5

Hiroszima, Japonia

Obraz
© Luciano Mortula - Shutterstock

Od cieni Hiroszimy nie należy uciekać. Mają nam do opowiedzenia bolesną i ważną historię. Spokój można odzyskać na świętej wyspie Miyajima, pół godziny drogi od miasta. W VI w., kiedy zbudowano tu pierwszą świątynię szintoistyczną, nogi śmiertelników nie mogły dotykać boskiej ziemi. Dlatego do chramu Itsukishima *prowadzi system podestów. Kiedy przychodzi przypływ, pielgrzymi brodzą w wodzie. Wejścia do pilnuje ogromna czerwono-pomarańczowa brama. Majestatyczna *torii w religii szinto oddziela to, co świeckie od tego, co święte. Zbudowano ją z wysokich na szesnaście metrów pali drzewa kamforowego. Podczas odpływu można pod nią przejść, dotykając porośniętych pąklami pni. Ale to widok podczas przypływu robi największe wrażenie. Torii unosi się nad wodą, jej obraz odbija się w morskiej toni. W tle zieleni się gęsto porośnięta drzewami góra Misen. To *jeden z trzech najpiękniejszych widoków Japonii *według listy zrobionej w 1643 r. przez filozofa Hayashiego Razana. Wysiadających z promu turystów
witają niewielkie jelonki o słodkich oczach. Japończycy są gotowi - pomimo zakazu karmienia wyciągają prażynki. Kto nie wyciągnie, temu jelonki same zajrzą do torby. Mnie chciały zjeść paszport. Droga do głównej świątyni ciągnie się wzdłuż drewnianych domów zamienionych na sklepy i restauracje. W okresie od października do marca i Hiroszima, i *Miyajima *są królestwem ostryg. Jako nowo nawrócona na kult bezkręgowców, które smakują morzem i wolnością, nie mogę ich sobie odmówić. Ostrygi można zjeść na surowo, upieczone, w omlecie albo grillowane. Biorę jedną grillowaną: skorupka wrzucona na ruszt, odrobina sosu, ręka w ochronnym rękawie sprawnie przekręca, przesuwa, opieka. Przypalona skorupka ląduje na talerzu, a ostryga w moich ustach. Rzeczywiście mają słodki smak - tak jak obiecywała Mariko. Nie dziwi mnie, że ostrygowy potentat z przełomu XIX i XX w., który na mięczakach zbił fortunę, pod koniec życia kazał ku czci ostryg odegrać requiem.

5 / 5

Hiroszima, Japonia

Obraz
© Pabkov / Shutterstock.com

Z chramu szlak prowadzi w górę przez park pełen klonów. Jesienią rozbłyskują czerwienią i złotem, dopasowując się kolorem do wielkiej torii. W miejscu, w którym rozchodzą się drogi, stoi drewniana brama. Za nią schody. To świątynia Daisho-in *należąca do mistycznego odłamu buddyzmu - *Shingon. Mało kto tu przychodzi. Schody, zieleń, drewniane pawilony i pięćset kamiennych figurek arhantów, z których każdy ma inną twarz, mam tylko dla siebie. Dobrotliwe uśmiechy i przestrzeń pełna ciszy napełniają spokojem. Moją uwagę przyciąga amulet urodzin. Można kupić go na pamiątkę. Mnich wypisuje na nim twój wiek w dniach, a nie w latach. Ktoś, kto żył 80 lat, przeżył 29 tys. dni. Ja żyję trochę ponad 12 tys. dni. Warto cieszyć się każdym z nich, przypomina napis na ścianie. W Hiroszimie to przesłanie zyskuje dodatkową moc. W 1946 r. na ruinach Hiroszimy zakwitł oleander. I kwiaty wiśni. Powojenne zdjęcia pokazują drogę wzdłuż rzeki obok Kopuły Bomby Atomowej. Jeszcze wtedy nie była symbolem, tylko
ruiną, którą trudno było rozebrać. Na zdjęciu widać pełno budek z jedzeniem, kręcących się po wybrzeżu ludzi. Mówiono, że w *Hiroszimie *nigdy już nie będzie można zamieszkać. A jednak życie powróciło do niej ze zdwojoną siłą.

Tekst: Katarzyna Boni, www.podroze.pl

japoniabomba atomowahiroszima

Wybrane dla Ciebie

Komentarze (0)