Epizod pierwszy
W 2004 r. pomknęliśmy z Kakusiem słynnym na cały świat pociągiem z Moskwy do Biszkeku, a potem innym pojazdem do doliny Kaindy w Centralnym Tien-szanie. Reszta ekipy wybrała samolot, więc nam nieodłącznie towarzyszył studwudziestokilogramowy bagaż: szpeje, ubranka i papu dla całej naszej piątki. Pierwsza nasza podróż rosyjskimi kolejami wydawała nam się przeżyciem ekstremalnym w każdym calu. Jako że reszta ekipy miała czas reglamentowany urlopami, zdecydowaliśmy się na wersję full wypas: UAZ z agencji zabierał nas ze stacji, a chłopaków z lotniska, i zawoził na audiencje do szefa szanownej firmy turystycznej. Dotarliśmy w góry i kolejne trzy tygodnie walczyliśmy z pogodą i przeciwnościami losu oraz „wchodziliśmy w miejscowe klimaty”: Zachoditie riebiata, kumysu popijom. Bilans: dolin zbadanych – jedna, szczytów dziewiczych zdobytych – jeden (Byssymylda, 4901 m n.p.m.), szczęśliwych zdobywców – trzech (Zbigniew Kiełtyka, Tomasz Bradecki, Andrzej Starosolski), nieszczęśliwych prawie zdobywców innej wymarzonej
góry – dwóch (Kakuś i ja). Jednym chwała zwycięstwa, innym – gorycz porażki. Jeszcze na miejscu podjęliśmy decyzję: za rok wracamy!
Epizod drugi
Kolejna wyprawa do doliny Kaindy miała nam przynieść upragnioną dziewicę i pogłębić kontakty z miejscową ludnością, ale i tym razem szczęście nie dopisało. Po szybkim dotarciu z Polski do bazy przy lodowcu Kaindy (pięć dni pociągiem, dzień busikiem, pięć godzin UAZ-em, dwa dni piechotą i konno, a następnie przebijanie się przez dwa dni przez głazowisko zalegające dolne partie lodowca) ruszyliśmy do ataku na górę wypatrzoną rok wcześniej. Niestety, pasmo kruchych skał powstrzymało nas tuż pod kopułą szczytową. Pierwszy szturm odparty, a na dalsze nie pozwoliła diametralna zmiana pogody. Chyba jednak ogarnęła nas obsesja, bo już wtedy zdecydowaliśmy, że kolejną próbę podejmiemy za rok.
Epizod trzeci
I już prawie jestem pod El Alamein, od którego zaczęła się ta historia. Podczas powrotu z wyprawy do Kirgistanu (epizod drugi) razem z Kakusiem, która w chwilach wolnych od wspólnego wspinu jest moją siostrą, postanowiliśmy pojechać do tego kraju samochodem. Zamysł ten świetnie wpasowywał się w nasze marzenie o niezdobytej górze. Nie dość, że wejdziemy tam, gdzie jeszcze nikt nie był, ale i zobaczymy i poczujemy na własnej skórze, jak tam jest daleko i jak się tam samemu dociera.
Plan powstał szybko, przy wyborze wehikułu kierowaliśmy się kilkoma kryteriami: tani, duży, łatwy do naprawienia i nierzucający się w oczy, by nie przepłacać w trakcie różnych kontroli. Volkswagen Transporter T3, diesel, z napędem na cztery koła. Niestety. taki wariant napędu przekraczał nasze możliwości finansowe i musiał nam wystarczyć zwykły T3, rocznik 1988, z dynamicznym dieslowskim silnikiem 1,6 l, o mocy 50 koni mechanicznych. Kupowaliśmy go na kilkanaście dni przed wyjazdem i jechaliśmy w dal na tymczasowym dowodzie rejestracyjnym. Nasz VW został ochrzczony imieniem Bomber, które zostało naklejone na tylniej klapie, przód zaś ozdobiliśmy dumnym napisem „Kirgizja 2006”. Nasza trasa prowadziła prosto na wschód. W Korczowej opuściliśmy ojczyznę i znaleźliśmy się na ziemiach utraconych. Tam zetknęliśmy się po raz pierwszy z niezwykłą gościnnością, z jakiej słyną przedstawiciele organów ścigania dawnego Sojuza. Pierwsze 24 godziny jazdy świętowaliśmy w Kijowie, auto spisywało się bez zarzutu, a morale
było wysokie.
Mieliśmy tylko problem z rozlokowaniem się: z przodu siedzieli kierowca i pilot, a na pozostałych sześciu miejscach z tyłu układało się pięć osób. W końcu zagospodarowaliśmy resztkę miejsca w bagażniku – jedna leżanka została przygotowane na naszych worach i pozostała czwórka mogła leżeć względnie luksusowo. Jedyną niedogodnością była konieczność budzenia delikwenta śpiącego w bagażniku, kiedy mijaliśmy kolejne posterunki – na wypadek zatrzymania biedaczek musiał szybko przeskakiwać na legalne siedzenia. Ukrainę opuściliśmy szybko i prawie bezproblemowo dzięki zasileniu funduszu socjalnego, czyli „kieszeniowego” ukraińskich pograniczników.
Powitanie z matuszką Rossiją zaczęło się od konsternacji celników. Do Rosji? Bez wizy? Trochę to potrwało, ale udało nam się wbić im do głów, że to możliwe. Mkniemy więc drogami Federacji niczym swego czasu 6. Armia generała Paulusa na Stalingrad, znaczy ten, no, Wołgograd. Do bohaterskiego miasta wjechaliśmy już po zapadnięciu ciemności, pokręciliśmy się trochę i trafiliśmy na plan filmu „Wróg u bram”. Tak naprawdę naszym oczom ukazał się gmach Muzeum Bitwy Stalingradzkiej i stojące obok niego ruiny budynków zachowane w stanie AD 1943. Domy te odegrały ważną rolę w historii bitwy. Podczas wyjazdu z centrum, na jednym ze skrzyżowań silnik nam zgasł. Ponieważ nie odpalał z kluczyka, należało wziąć go na pych. Było lekko z górki, więc poszedłem sam spełnić ten zaszczytny obowiązek. Moim wysiłkom przypatrywała się grupka Rosjan, zachęcając mnie okrzykami daawaj. W końcu jeden z nich, pewnie ze względu na odwieczną solidarność Słowian, zdecydował się mi pomóc.
Nasze powitanie z Kazachstanem trwało siedem godzin. Zazwyczaj jest tak: wjeżdża się na granicę i jest pierwsza kontrola paszportów oraz wydanie talonu. Potem kontrola celna oraz bieganie do kilku okienek po pieczątki na talon, a następnie wyjazd. A tutaj niby wszystko tak samo, ale trzeba wykupić wremiennyj wwoz, a pan, u którego się to robi, gdzieś się zawieruszył. A najważniejsza pieczątka na talon pochodziła od Szeryfa siedzącego w jedynym klimatyzowanym pokoju w promieniu miliona kilometrów. Ceniąc sobie luksus pracy w chłodnym powietrzu, przedstawiciel służb granicznych Kazachstanu wykazywał głęboką niechęć do otwierania swojego okienka i wpuszczania rozgrzanej mieszaniny tlenu, azotu i kurzu z zewnątrz. W końcu się udało. Atrakcją przejścia granicznego było także spotkanie z żołnierzem, który koniecznie chciał sprawdzić, czy nasze rozpuszczalne witaminki to nie narkotyki. Gdy Donia pokazała mu, że to okrągłe to się bierze i liże, zrobił to zgodnie z instrukcją, po czym wykrzywił się i grzecznie chciał
zwrócić obślinioną tabletkę do pudełka. Jeszcze tylko wykupienie kazachskiej strachowki (ubezpieczenia) i ruszamy dalej.
Morze Kaspijskie nas rozczarowało – płytkie i zamulone, ale było naszą jedyna szansą na wymoczenie naszych doczesnych postaci po osiemdziesięciu godzinach podróży. Jedyną kaspijską atrakcją okazał się dojazd do wody – polna, piaszczysta droga przez step była dla nas namiastką rajdu Paryż–Dakar. Odświeżeni, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po paru godzinach jazdy, raz stepem, raz asfaltem, dotarliśmy do wioski, w której centrum poziom wertepów sięgnął zenitu. Nagle pojawił się nowiuśki gładziutki asfalt, przypominający poziomem gładkości i otoczeniem tor Formuły 1 w Bahrajnie. Nasza asfaltowa sielanka nie trwała długo – na drodze wyrosły potężne instalacje gazowe, przy których kończył się asfalt. Jeden z grupy mężczyzn paradujących w kaskach poradził nam: „Wróćcie do trzeciego słupa, tam będzie drogowskaz”. Przy trzecim słupie stała blaszana tabliczka z napisem „Aktiobe” i czerwoną strzałką wycelowaną w... płaski jak naleśnik step, ciągnący się nie wiadomo gdzie, albo i jeszcze dalej. Trochę niedowierzając własnym oczom, pognaliśmy przez wertepy. Średnia prędkość jazdy wynosiła 25 kilometrów na godzinę. Bomber po jakimś czasie dotarł do asfaltu, a raczej jego resztek. Szybko zastosowaliśmy taktykę mknących raz po raz na horyzoncie kamazów i Bomber potoczył się stepem równolegle do drogi. Dalsza jazda była pasmem podskoków, hamowań i
przyspieszeń przerywanych postojami na dolewkę oleju. Wieczorem, gdy już zdążyliśmy się przyzwyczaić do myśli, że cały świat jest jednym wielkim stepem, a my do końca życia będziemy się po nim toczyć, kierujący Bomberem Maciek pokazał nam drążek zmiany biegów, który został mu w ręce. Problemy z wyciekającym olejem zeszły na dalszy plan. Udało nam się jakoś założyć drążek i jechaliśmy dalej.
Niestety, ochoty do dalszej jazdy nie wykazało sprzęgło, które na nasze dziwne ruchy, wykonywane w celu dokonania zmiany biegów, zareagowało strajkiem. Gdzieś w kazachskim stepie, godzinę po zachodzie słońca, Bomber został unieruchomiony. Towarzystwo, podminowane całodniową kurzawą, miało wyraźną ochotę pozabijać się nawzajem, tak dla rozładowania negatywnych wibracji. W trosce o ekipę i siebie samego kazałem więc jednym rozkładać namiot, innym kłaść się spać, a z zabijaniem się poczekać do rana. Argumentowałem, że w świetle dziennym można to zrobić skuteczniej. Rano, po dwustu metrach pchania samochodu, zdecydowaliśmy się spróbować go odpalić. Lekka górka, raaaaaaaaazem – i silnik radośnie zaterkotał, sprzęgło też nie wykazywało oznak protestu, więc mogliśmy jechać dalej.
Po drodze zabraliśmy autostopowiczów. Kazachska rodzinka obawiała się wsiąść do dziwnego samochodu, pełnego bladych twarzy. Wysadzając ich w mieście, poznaliśmy wschodni zwyczaj, że za autostop się płaci. Przed oczami stanęła nam wizja tych wielkich pieniędzy, jakie zarobilibyśmy, biorąc wszystkich autostopowiczów pominiętych podczas naszej trasy. W Subakurdyku za pomocą „autoryzowanego” serwisu pospawaliśmy drążek, niestety, nikt nie umiał nam pomóc w naszej śliskiej, olejowej sprawie. Trudno, jedziemy dalej. Jeden z miejscowych powiedział nam, że dalsza droga przez Aktiobe i w kierunku na Aralsk to prawdziwa trasa.
Rzeczywiście, okazała się bitumicznym cudem – cztery pasy idealnie gładkiej powierzchni. Jadąc, żartowaliśmy, że mieliśmy szczęście załapać się na ostatni odcinek stepów w tym kraju, bo niedługo każda droga zostanie pokryta asfaltem i nie będzie jak zasłużyć na tytuł wilka stepowego. Naszego entuzjazmu nie zniweczyło nawet nagłe odchudzenie trasy z czterech do dwóch pasów, a ciosem było dopiero nagłe zniknięcie asfaltowej nawierzchni.
Nastała noc, zabrakło asfaltu, a nam było źle. Raz śpiąc, raz podskakując na wertepach, doczekaliśmy świtu – kolejnego świtu w stepach. Tocząc się, rozmawiamy z Anią o komforcie, w jakim podróżują zachodni turyści, a tu nagle w połowie drogi widzimy autobus. Taki duży, rejsowy, wygodny autobus, jakim się jeździ do Anglii na zmywak, do Niemiec na szparagi czy do Holandii na jabłka. Taki duży autobus stoi sobie na stepie. O rany! Ciekawe, co za wariaci tutaj dojechali takim kolosem? Polskie blachy na autobusie nie pozostawiały wątpliwości – to nasi!!! Rzuciliśmy się witać z rodakami. Okazało się, że jest to ekipa przyszłych geologów z Uniwersytetu Wrocławskiego wracających z kadrą naukową z praktyk w Ałtaju. Za chwilę dojechał drugi autobus, wiozący biologów.
W tym momencie stanowiliśmy najliczniejszą polską emigrację stepową w promieniu kilkuset kilometrów. Przyznam się szczerze, że do tego momentu myślałem, że robimy jakąś ekstremę. Osiemnastoletni VW i jazda daleko na wschód. A tymczasem jeżdżą tam też neoplany. Gdy nam udawało się pokonywać 30 km w ciągu godziny, autobusy na przejechanie tej samej odległości potrzebowały jednego dnia. Ich problem polegał na tym, że nie mogły tak jak my toczyć się raz po asfalcie, raz po stepie – one musiały jechać drogą. Gdy dziury robiły się zbyt wielkie, żeby autokar mógł przejechać, wtedy cała ekipa brała się za saperki i zasypywała je. W ten to sposób polscy studenci bezinteresownie, w ramach internacjonalistycznej pomocy dla bratniej Republiki Kazachstanu, budowali drogę. Po wspólnym śniadaniu nasze ekspedycje pognały każda w swoją stronę: oni na północny zachód, my na południe.
Spotkanie z rodakami napełniło nas optymizmem, który jednak szybko został wystawiony na próbę przez los. Robiąc kolejne kilometry po stepie, zauważyłem, że temperatura silnika niepokojąco rośnie. Mimo dolewania oleju i jazdy na niskich obrotach nasz silnik zaczął się zacierać. Wentylator dawno przestał działać, ale z pomocą zatrzymanych po drodze Kazachów udało nam się zrobić instalację zastępczą – jeden kabel szedł od akumulatora, drugi od wentylatora, oba spotykały się obok fotela kierowcy i gdy tylko temperatura rosła, należało, krzesając masę iskier, połączyć oba kable, co skutkowało włączeniem się wentylatora. I tu właśnie czuliśmy się jak pod El Alamein. Niestety, nasza taktyka jazdy byle dalej, byle do najbliższego miasta, załamała się po południu.
Bomber zastrajkował i już nic nie mogło go zmusić do jazdy. Sytuacja wyglądała następująco: byliśmy jakieś 120 km na północ od Aralska, na stepie, w samochodzie z zatartym silnikiem, a dookoła nie było nawet drzewa, na którym można by się powiesić! Nie mówiąc już o tym, że do Kirgistanu mieliśmy ciągle 1500 km, a do naszej wymarzonej doliny Kaindy – prawie 2000 km. Kierowca pierwszego napotkanego kamaza zgodził się pociągnąć nas kilka kilometrów do stepowej knajpki.
Liczyliśmy, że tam znajdziemy jakąś dobrą duszę, która doholuje nas do cywilizacji. Nagle na horyzoncie pojawił się pomarańczowy kamaz, potem drugi, trzeci i czwarty. Okazało się, że ten konwój ma zaplanowany postój w stepknajpie, gdyż oczekuje w niej specjalista do spraw negocjacji z milicją, który ma prowadzić rokowania w imieniu tego konwoju podczas całej drogi do Uzbekistanu, gdzie konwój ów się udawał. To była nasza jedyna szansa i udało się ją wykorzystać. Po chwili błagalnych próśb jeden z kierowców zapytał, czy mamy tros (hol) i przepakował swój pomarańczowy cud techniki przed nasz cud z martwym sercem. Po jakimś czasie pojawił się asfalt i jazda zrobiła się o niebo wygodniejsza.
Niestety, nie mogło być zbyt wygodnie, o czym przypomniało nam nasze fatum, przerywając nasz hol. Na szczęście mieliśmy 150 m linki holowniczej. Kilka zerwań holu później dotarło do nas, że może nam tej liny jednak nie wystarczyć, i tym razem nasze fatum przegrało: kamazy zatrzymały się, by zatankować, a ja, grzebiąc w śmieciach i stercie złomu, znalazłem 4,5 m mocnego łańcucha.
Ekipa kamazowców śmiała się, że na tym to się czołgi holuje, cóż, pewnie wiedzieli, o czym mówią. Z kolejnych 1100 km pamiętam tylko tył kamaza, szybkie postoje, czterogodzinny nocleg niedaleko kosmodromu Bajkonur, krańcowe zmęczenie i kilometry przeskakujące na naszym liczniku. Drugiej nocy byłem już tak zmęczony, że zasnąłem za kierownicą – obudziłem się podczas próby wyprzedzenia kamaza, który mnie holował. Zmiana! – krzyknąłem do krótkofalówki. Ali zatrzymał ciężarówkę, ale za nic w świecie nie chciał się zgodzić, by za kierownicą Bombera siedziała Kakuś – trudno mu się dziwić, w ich okolicach nieczęsto widuje się kobiety za kółkiem. W końcu udało się go przekonać i nasz zestaw szczęśliwie dobrnął do Szymkientu. Tutaj nasi dobroczyńcy skręcali na Taszkent, a my zepchnęliśmy Bombera w krzaki i udaliśmy się na kilka godzin do krainy snów o górach wysokich i dziewiczych.
W końcu znaleźliśmy serwis, który miał nam zrobić auto „na pojutrze”, tymczasem spędziliśmy w Szymkiencie dwa i pół tygodnia! Czekając na części i naprawiając coraz to nowe detale. Do tego musieliśmy jeszcze przedłużać ważność wiz, co na szczęście okazało się dziesięć razy tańsze niż ich załatwienie w Warszawie. Podczas pokonywania barier biurokratycznych dzielących nas od zalegalizowania naszej obecności w Kazachstanie spotkaliśmy Kanadyjkę, która wraz z kumplami dojechała do Szymkientu na rowerze z Paryża. Byliśmy pod wielkim wrażeniem – zajęło im to siedem miesięcy. Bardzo nas ubawiła jej reakcja, gdy dowiedziała się, że przyjechaliśmy samochodem. Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i powiedziała: wooow. O co jej mogło chodzić? Oczekiwanie na Bombera to był najtrudniejszy moment w moich wszystkich wyprawach. Dwa i pół tygodnia w upalnym nudnym mieście na skraju pustyni, podczas gdy wymarzone, wyśnione po nocach góry były tak blisko. Prawdziwy horror. W końcu udało się, nasze auto naprawione, a my
mogliśmy ruszyć.
Po 50 km fatum znowu się odezwało. Sprzęgło przestało działać, a moja walka o zmianę biegów skończyła się urwaniem drążka. Cóż było robić – manewrując odpowiednimi wichajstrami pod autem, udało mi się wrzucić dwójkę i powróciliśmy do znajomego serwisu jeszcze na trochę. Po czterech dniach Bomber był jak nowy (w opinii naszych mechaników).
Dalsza droga w kierunku gór wypadła nam z noclegiem i kilkugodzinnym pobytem nad jeziorem Issyk-kuł. Po miesiącu na pustyni i w mieście nasz deficyt wody dał o sobie znać. Dało też o sobie znać fatum, bo gdy się kąpaliśmy, ktoś nam ukradł z Bombera aparat fotograficzny, palnik i akumulatorki. Po wjechaniu w góry wiadomo co przypomniało o sobie – nasz pech. Coś strzeliło w silniku i zostaliśmy kolejny raz z niesprawną furą. Ostatnio był to w dzień na stepie, a teraz w nocy, w górach, na wysokości 3400 m.n.p.m. No cóż, przynajmniej nie sposób się nudzić. Cała ekipa została na straży Bombera, a Kakuś i ja pognaliśmy po pomoc złapaną na stopa ładą niva.
Szybko dotarliśmy do wioski Bozuciuk, gdzie mieszkał Dżedar – nasz znajomy, poznany dwa lata wcześniej. Chwilowo nie było go w domu, oczekiwanie umiliła nam jego siostra, serwując rosół z barana. Po pierwszej łyżce poprosiłem o czosnek i ku zdziwieniu gospodarzy zjadłem czarkę rosołu z główką czosnku. Inaczej byłoby to nie do przełknięcia. Ekspedycja ratunkowa, uzbrojona w ciężarówkę GAZ-66, szybko dotarła do naszej ekipy i zepsutego VW. Teraz mieliśmy inny problem – jak go zwieźć z tej wysokości. Ostatecznie Bomber został zacumowany z przodu ciężarówki i w razie bardziej stromych zjazdów był wyhamowywany przez GAZ-a. W ten to sposób dotarliśmy w miarę bezproblemowo do domu, gdzie Bomber wylądował w garażu, a my podjęliśmy strategiczną decyzję: dalej w góry jedziemy GAZ-em.
Po szybkiej wizycie rano na targu w Karakolu i jeszcze szybszym tankowaniu naszego nowego pojazdu (zaledwie 300 litrów etylinki ) wyruszyliśmy w drogę. Zanim dotarliśmy do naszej paczki, podzieliliśmy się miejscem na pace ciężarówki z czteroosobową ekipą z Warszawy, potem jeszcze doładowanie naszej bandy i już mkniemy ku pierewałowi (3822 m n.p.m). Z przełęczą tą, znajdującą się na drodze do Inylczeku, wiąże się ciekawa historia. Otóż jak wieść gminna niesie, kiedyś pierewał miał ponad 4000 m n.p.m. Na jego nieszczęście w Związku Radzieckim był jakiś przepis mówiący coś o stosunku wysokości miejsca pracy do premii, to znaczy im wyżej pracujesz, tym większą premię zgarniasz. Ponieważ bariera 4000 była w rozliczeniach premiowo-wysokościowych magiczna, a Sojuz był miejscem gdzie dbało się o pieniądze, to uradzono, że rozsądniej będzie przełęcz deczko zdeniwelować – deczko wyniosło jakieś 200 m n.p.m.
Podczas podjazdu GAZ zaczął się psuć – najpierw pompa, potem zapłon. Problem pompy udało nam się rozwiązać, robiąc tymczasowy bak z pięciolitrowej butelki i łącząc ją wężykiem z gaźnikiem – cały ten zestaw trzymało się nad silnikiem i jakoś to szło. Kilkanaście godzin zajęło nam dotarcie via Inylczek do doliny Kaindy. Tam czekała na nas kolejna niespodzianka z cyklu w tym roku mamy pecha: stan wody w rzece Kainda nie pozwalał na przekraczanie jej konno – musieliśmy to zrobić za pomocą niezbyt pewnej stalówki przewieszonej nad buzującą wodą. Kolejne trzy dni to logistyka w czystej postaci: raz po raz transport ludzi i bagaży przez rzekę, a potem dwudniowa jazda do bazy przy lodowcu. Tam mieliśmy zagrać va banque – skoro podczas dwóch poprzednich wypraw nic nie zdobyliśmy, skoro w tym roku ponad miesiąc walczyliśmy o dotarcie do bazy, to teraz wszystko musi pójść bezproblemowo i już niedługo staniemy na szczycie wymarzonej góry.
Ile razy podczas tej opowieści używałem słowa „niestety”? Word jeden wie – teraz muszę go użyć jeszcze raz – po raz kolejny pogoda pokrzyżowała nam szyki. Po czterech dniach, świadomi tego, że czas już wracać do kraju, a na nizinach czeka na nas zepsuty samochód, podaliśmy tyły. Po raz kolejny powiedzieliśmy górom: my tu jeszcze wrócimy...
Po powrocie do wioski Dżedara naszym jedynym marzeniem było znaleźć kogoś, kto nas odholuje do Biszkeku, gdzie są przecież świetni fachowcy, którzy naprawią nasze autko w mig. Nikt z wioskowych mistrzów kierownicy nie chciał się podjąć tego zadania. Pozostała nam ostatnia deska ratunku – telefon do Szurika. Gdy wysłuchał, co się stało, powiedział spokojnym tonem, że za osiem godzin będzie, i ruszył w drogę. Ten człowiek zrobił po nas prawie 500 km w jedną stronę, zaholował nas do Biszkeku, a potem przygarnął do siebie. Cały tydzień w oczekiwaniu na samochód mieszkaliśmy w hotelu „Szurik”, na jaki chwilowo zostało przemianowane jego dwupokojowe mieszkanie, gdzie poza nami i gospodarzem mieszkały także jego żona Nazgula, dwuletnia córka Dilara oraz jeszcze nienarodzona druga córka, Fatima.
Remont trwał tydzień, a nasz gospodarz, który okazał się przedstawicielem narodu Ujgurów, karmił nas i poił przez cały ten czas. Po tygodniu Bomber był jak nowy (a może nawet jak nowszy). My, zgodnie ze wskazówkami naszego mechanika – wujka Dimy, wróciliśmy do Krakowa przez Bałchasz, Astanę w Kazachstanie, Czelabińsk, Ufę, Samarę i Kursk w Rosji, Kijów i Lwów na Ukrainie oraz Korczową i Rzeszów. Zrobiliśmy 5800 km w 108 godzin. Żadnej awarii i zaledwie cztery wpłaty na rożnorakie milicyjne fundusze socjalne, a co najważniejsze – cały czas był asfalt. Nie było nas prawie dziewięć tygodni, z tego w górach spędziliśmy tylko kilka dni. Czasem było groźnie, czasem śmiesznie, często bardzo ciężko, ale daliśmy sobie radę i wiedzieliśmy, że za rok wrócimy do Kirgistanu, obowiązkowo Bomberem, bo, po pierwsze, musimy zdobyć naszą dziewiczą górę, a po drugie, pokażemy światu, że to auto będzie w stanie dowieźć nas tam jeszcze raz.
Rok później Bomber bez specjalnych przygotowań i bez większych awarii (tylko raz urwało się koło) dowiózł nas do Kirgistanu. Zdobyliśmy w końcu naszą upragnioną dziewicę. Nazwaliśmy ją Dżakszy, co po kirgisku znaczy „dobro”, bo gdyby nie serdeczność i dobroć ludzi, których spotkaliśmy podczas podróży na wschód, nigdy nie udałoby się nam jej pokonać.
_ Tekst i zdjęcia: Wojtek Grzesiok _
_ Źródło: Globtroter _