Polka i Marokańczyk. "Nie było wielbłądów, pustyni ani fatum. Był podryw przez algorytmy"
Napisał do niej na Instagramie, gdy była w Maroku. Od razu dostał kosza, ale nie odpuścił. Dziś Martyna i Said są małżeństwem i mieszkają w Polsce. - Traktujemy hejt jak deszcz: czasem zmoczy, czasem zirytuje, ale nie zatrzyma nas w drodze, nie zniszczy naszego życia ani relacji - opowiada Martyna Dzido w rozmowie z WP.
Karolina Wachowicz: Opowiedz o sobie - skąd pochodzisz, czym się zajmujesz?
Martyna Dzido: Pochodzę z Polski, ale część mnie od dawna jest w Maroku. Zagubiła się tam gdzieś między starodawną medyną, talerzem z kuskusem a porannym powitaniem salam na ulicy. Generalnie to taka ze mnie zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, choć niektórzy mówią, że nie do końca zwykła, bo mam męża Marokańczyka. Tworzę konto i stronę MbeLively, gdzie piszę o Maroku. Na co dzień pracuję w korporacji, ale człowiek musi mieć odskocznię, więc razem z mężem prowadzimy również Warda Souk, sklep marokański, który obraca się w kategoriach produktów do domu, głównie stawiając na naszą wspólną miłość, czyli wełniane dywany marokańskie.
Czy przeszkadza ci, jak ktoś mówi, że "jesteś w związku z Arabem?"
Wszystko zależy od kontekstu. W pewnych sytuacjach takie określenie może faktycznie brzmieć rasistowsko, więc potrafię się oburzyć. Ale jeśli mojemu mężowi to nie przeszkadza, to nie widzę sensu bić piany za dwoje. Tym bardziej że on wcale nie jest Arabem. Śmiejemy się z tego razem, bo na takie frazesy odpowiadamy: "Jest Marokańczykiem". Rzeczywiście, jeśli ktoś choć odrobinę zna ten kraj, to wie, że Maroko to taki tygiel kultur, z domieszką arabską, ale też berberyjską, afrykańską, andaluzyjską. Miszmasz kolonializmu także, więc właściwie wszystkiego po trochu.
Powrót do przeszłości. Pokazali dawną polską tradycję
Jak się poznaliście z mężem?
Większość osób myśli, że to była jakaś wielka historia miłosna, a prawda jest taka, że dostał za pierwszym podejściem kosza.
Nie poznaliśmy się w jakiś wyjątkowo filmowy sposób — nie było wielbłądów, pustyni ani fatum. Po prostu minęliśmy się gdzieś w Agadirze, gdzie byłam w 2018 r. z koleżankami na urlopie. Wpadłam mu w oko, ale nie zagaił, tylko znalazł mnie na Instagramie. Wyjątkowo nie Tinder, tylko geotag zdjęć, jakie dodawałam. Polubił kilka, po czym napisał pod jednym z Rajskiej Doliny: "Byłem tam ostatnio, nadal wygląda tak samo?".
Więc, jeśli już ktoś to musi jakoś nazwać, to bardziej komedia romantyczna i podryw przez algorytmy. Po kilku wymianach wiadomości zaprosił mnie na kawę, ale dziewczyny, z którymi podróżowałam, postawiły weto. To był nasz pierwszy wyjazd do Afryki, miałyśmy sporo wyobrażeń z filmów i opowieści, które rozmywały się przez uliczne zaczepki, więc odpuściłam. Ale on się nie poddał. Pisał dalej, aż do mojego ostatniego dnia w Maroku. Wtedy w Fez padł mój Instagram, więc przerzuciliśmy się na inny komunikator, włączyliśmy kamerki i… tak już zostało.
Wiele osób myśli, że zakochałam się w Maroku, stąd mąż Marokańczyk. Tymczasem było odwrotnie, bo kraj, który mnie na początku zupełnie nie urzekł, po prostu przyszedł w pakiecie z człowiekiem, który mnie w sobie rozkochał. Na początku był chaos, a potem przyszedł on i zrobił herbatę z miętą.
Co was łączy, a co dzieli?
Lubię mówić, że związek mieszany to życie usłane kompromisami. Takimi egzotycznymi, domowymi i czasem absurdalnymi. Z pozoru dzieli nas sporo: kultura, religia, temperament, a czasem nawet definicja słowa "zaraz". Ale myślę, że łączy nas jeszcze więcej. Mamy podobne poczucie humoru, dużą ciekawość świata i umiejętność myślenia o inności jak o czymś dobrym. Kończymy więc, śmiejąc się z różnic zamiast z nimi walczyć. Przy mężu naprawdę nauczyłam się, że nie wszystko trzeba rozumieć, by to szanować. A on powtarza zawzięcie, że dyskusja z Polką to sport ekstremalny, do którego potrzebna jest niesamowita cierpliwość. Mimo różnic koniec końców, oboje chcemy domu, w którym pachnie świeżym chlebem i słychać śmiech dziecka, a nie rywalizacji, kto ma rację i czyja kultura jest lepsza.
Bardzo ciekawi mnie kwestia religii, ponieważ wyznajecie dwie odmienne. To działa?
U nas działa, choć nie ukrywam, że wymaga trochę elastyczności i dystansu. Przede wszystkim nie próbujemy nawracać siebie nawzajem ani wywyższać się jedno nad drugim. Nasze duchowe życia prowadzimy w małym odseparowaniu od siebie. Idą niby innymi ścieżkami, a jednak finalnie spotykają się, opierając na podobnym kręgosłupie moralnym. On chodzi do meczetu, ja do kościoła, a razem idziemy na kawę. Myślę, że to w sumie działa, bo w centrum wszystkiego jest szacunek. Wiesz, religia w naszym domu działa trochę jak przyprawa: dodaje smaku, ale nie trzeba jej mieszać na siłę i nadużywać w argumentach. Najważniejsze, że uczymy naszego syna oraz kierujemy się wartościami, które są uniwersalne.
Często jeździcie do Maroka?
Obecnie niestety nie jeździmy tak często, jakbyśmy chcieli. Długie oczekiwanie na uzyskanie karty pobytu w Polsce trochę nas ogranicza i stopuje. Z tym wyzwaniem mierzy się większość obcokrajowców, którzy chcą legalnie mieszkać w Polsce i często muszą czekać w zawieszeniu, aż pozwolenia zostaną wydane. Nie wylecisz, bo później nie masz jak wrócić...
I tak, ostatni raz byliśmy w Maroku, gdy nasz syn miał pół roku. Spędziliśmy tam niecałe trzy miesiące, a teraz czekamy na kolejny lot z nadzieją, że będzie jak najszybciej. Chcielibyśmy wrócić do tego swobodnego lawirowania pomiędzy dwoma krajami.
Jakie jest w waszym, multikulturowym związku największe wyzwanie?
Ciężko patrzeć na związek przez pryzmat listy za i przeciw, ale największym wyzwaniem zdecydowanie są kompromisy. To ciągłe tłumaczenie sobie nawzajem, skąd biorą się nasze różnice. W kulturze, zwyczajach, podejściu do codziennych spraw. Czasem proste rzeczy, jak sposób gotowania, planowanie świąt czy podejście do obowiązków, potrafią wywołać drobne wojny światopoglądowe. Trzeba pamiętać, że wiele zachowań mamy wpojonych od dzieciństwa i nie zawsze są one oczywiste dla drugiej strony, która wychowała się w zupełnie innym domu. Do tego dochodzi nauka patrzenia na świat oczami drugiej osoby, co bywa męczące, ale też fascynujące.
Na szczęście każdy dzień razem daje możliwość odkrywania czegoś nowego. Od smaków i zapachów, przez rytuały i tradycje, po zupełnie inne spojrzenie na życie. Związek multikulturowy otwiera na świat, uczy cierpliwości, elastyczności i pokazuje, że różnice nie dzielą, tylko wzbogacają. A przy tym jest zwyczajnie zabawnie. Codziennie coś zaskakuje, czasem śmieszy, czasem zmusza do refleksji, i właśnie w tym jest cała magia.
A zdarza ci się mierzyć z hejtem przez to, że jesteście razem?
W Maroku ani razu nie miałam nieprzyjemności. Inaczej jest w Polsce. Na ulicy w codziennym życiu hejtu praktycznie nie doświadczamy. Ludzie są ciekawi, uśmiechnięci, czasem tylko zaskoczeni, gdy rozmawiamy naszym językowym miszmaszem i wtrącamy coś o Maroku.
Mąż twierdzi, że Polska wcale nie jest taka rasistowska, jak mi się wydaje, choć tłumaczę mu, że zwyczajnie ma szczęście i jeszcze na nic nie trafił. Jednak w sieci jest zupełnie inaczej. Tu niestety hejt istnieje i potrafi być nieprzyjemny. On często spotyka się z komentarzami pełnymi stereotypów, krytyki czy złośliwości. Ja, jako jego żona i osoba pisząca o naszych doświadczeniach, też nie jestem od tego wolna i czasem komentarze są naprawdę bolesne. Porównuje się mnie do najgorszych, zarzuca zdradę Polski, sprzedanie swojego życia jakiemuś tam islamiście, który i tak nie będzie mnie szanował.
Nie jest to fajne, bo ja kocham swój kraj i korzenie. A najwięcej złego czytam od osób, które nigdy nie miały styczności z islamem i bazują na chorych uprzedzeniach. Absurdalnym jest dla mnie skreślanie człowieka ze względu na inne pochodzenie, kolor skóry czy wyznawanie, bez wcześniejszej próby poznania go i jego przekonań.
Staramy się podchodzić do hejtu z dystansem i świadomością, że w sieci ludzie zapominają, że po drugiej stronie jest realny człowiek. Traktujemy hejt jak deszcz: czasem zmoczy, czasem zirytuje, ale nie zatrzyma nas w drodze, nie zniszczy naszego życia ani relacji. Nie świadczy o nas, tylko o tych, którzy się go dopuszczają.