Przez jeden dzień byłam turystką "all inclusive". Zaczynam powoli rozumieć ten fenomen
Polacy kochają Egipt. Widać to wyraźnie w statystykach za ubiegły rok. Wakacje w tym kraju spędziło ponad milion naszych rodaków. W sumie blisko 19 mln gości z całego świata. Ogromna większość wypoczywała w kurortach takich jak Hurghada, Szarm El Szejk czy Marsa Alam w opcji all inclusive. Postanowiłam sprawdzić, jak to jest być gościem turystycznej mekki w Egipcie. Chociaż przez jeden dzień.
Do Egiptu nie ciągnęło mnie z powodu rajskich plaż nad Morzem Czerwonym ani ze względu na piękną, słoneczną pogodę. Tym, co chciałam zobaczyć, były wspaniałe zabytki starożytności. Dziwiłam się nawet, gdy znajomi wyjeżdżali na wakacje do któregoś z egipskich kurortów po kilka razy z rzędu, ale zapytani o wrażenia dotyczące wielkich piramid w Gizie czy Doliny Królów w Luksorze kiwali zaskoczeni głowami: nie, no tego to nie widzieliśmy. Myślałam wtedy zaskoczona, jak można być już tak blisko i nie wybrać się, aby zobaczyć te cuda starożytnego świata. Jak można siedzieć całymi dniami na plażach przy jednym hotelu i nie wyściubić nosa do innego miasta?
Gdy zobaczyłam realia, bardzo szybko zweryfikowałam swoje poglądy i zrozumiałam, jak to działa. Ale po kolei.
Nadarzyła się okazja, by zobaczyć Hurghadę
Moim celem w Egipcie było zobaczenie najważniejszych zabytków i pozostałości po czasach faraońskich. Ten cel zrealizowałam w Kairze, Gizie oraz Luksorze. Jednak - skoro nadarzyła się okazja - postanowiłam także zahaczyć o Hurghadę, jeden ze słynnych ośrodków turystycznych na zachodnim brzegu Morza Czerwonego.
Top 3 atrakcje w Polsce. Każda z nich jest pod ziemią
Po lądowaniu na lokalnym lotnisku przesiedliśmy się do busa. Już po pierwszych kilkuset metrach zrozumiałam, że Egipt w Kairze i Egipt w Hurghadzie to dwa zupełnie różne światy. Wysoka zabudowa Kairu, jego zatłoczenie, hałas i chaos pozostają w całkowitym przeciwieństwie do kameralnej, niskiej zabudowy Hurghady, jej spokoju, lazurowych plaż i turystycznych promenad.
Po dotarciu do hotelu upewniłam się tylko w tym przekonaniu. Budynek - podobnie jak wiele innych przy tej ulicy - zaprojektowany i usytuowany został tak, aby umożliwić turystom korzystanie zarówno z plaż, jak i hotelowych basenów. Choć docieramy do naszego obiektu dość późno wieczorem, z basenu korzystają jeszcze ostatnie osoby.
Prawdziwe kurortowe życie zaczyna się jednak następnego dnia od rana. Gdy wracam ze śniadania, zaglądam po drodze na basen. Na własne oczy mogę zobaczyć, że zjawisko "rezerwacji" leżaków za pomocą ręczników istnieje naprawdę, mimo że jest koniec lutego i hotel nie jest przepełniony.
Bezludna wyspa pełna ludzi
Naszym celem tego dnia jest wyspa Dżaza’ir Dżiftun, a konkretnie jej część nazywana Mahmaya Island. Ta wyspa to ogólnie ciekawe zjawisko, bo sama w sobie nie jest zamieszkana, nie ma na niej hoteli ani ośrodków wypoczynkowych, jednak przez całe dnie jest tam pełno turystów. Ośrodki położone w Hurghadzie wybudowały bowiem swoje enklawy na Dżaza’ir Dżiftun i wożą tam gości, aby urozmaicić im wypoczynek.
Można więc wsiąść rano do łodzi w Hurghadzie i po godzinnym rejsie znaleźć się w innym świecie: na wyspie, gdzie woda jest cudownie turkusowa, na plaży ustawione są parasole z liści palmowych, a stateczki zabierają chętnych na rafy koralowe, gdzie amatorzy snorkelingu mogą podpatrywać podwodny świat - kolorowe rybki i inne stworzenia żyjące w przejrzystych wodach Morza Czerwonego.
Gdy turyści są już znużeni - napływają się, wygrzeją w słońcu i nacieszą krystalicznie czystą wodą na plaży - mogą skorzystać z barów i restauracji.
Około godz. 15 pierwsze łodzie zaczynają odbijać od brzegu i zabierają plażowiczów w rejsy powrotne, aby mogli oni zdążyć na podwieczorki i kolacje w swoich hotelach. Wyspa Dżaza’ir Dżiftun znów na kilka godzin staje się bezludna.
Tymczasem życie w Hurghadzie toczy się swoim rytmem. Kiedy plaże pustoszeją, powoli napełniają się promenady pełne sklepów i kawiarni. Turyści wychodzą do miasta, spacerują, kupują pamiątki - pozłacane wielbłądy z otwieranymi garbami, magnesy z twarzami faraonów, pachnące olejki, herbaty z hibiskusa i szałwii, przyciski do papieru w kształcie piramid. Bo choć daleko stąd do grobowców faraonów, to przecież jesteśmy w Egipcie.
Masowy turysta znajdzie tu też wszystko to, co zna, do czego jest przyzwyczajony i co lubi. Są produkty wszelkich znanych marek w zadziwiająco niskich cenach, jest McDonald's, który serwuje w czasie ramadanu specjalne okolicznościowe posiłki, a także bardzo, ale to bardzo dużo kiczowatych pamiątek.
Przez "Tatry" na pustyni
Następnego dnia opuszczamy "królową all inclusive". Ruszamy samochodem na południowy zachód, w kierunku Luksoru. Gdy tylko mijamy "rogatki" Hurghady, zaczyna się pustynia. Nie taka zwyczajna, piaszczysta. To Pustynia Arabska, przez którą ciągną się góry Atbaj, nazywane też Górami Czerwonomorskimi. Ich wysokość przekracza w wielu punktach nawet 2 tys. m n.p.m., więc jeśli zestawimy to z wysokością naszego Kasprowego Wierchu (1987 m n.p.m.), daje nam całkiem dobrze działające na wyobraźnię porównanie, że to tak, jakby na pustyni wyrosły nagle Tatry.
To teren ekstremalnie surowy i niebezpieczny. Palące słońce, wiatr, piach i ogromne przewyższenia czynią ten obszar praktycznie niemożliwym do pokonania bez samochodu. Pustynię przecina droga szybkiego ruchu, na której co kilkadziesiąt km ustawione są wojskowe punkty kontrolne, gdzie trzeba okazać przepustki i pozwolenia na przejazd.
Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego turyści przylatujący na wakacje do kurortów, nie ruszają się z nich przez cały swój pobyt. To nie są alejki spacerowe, a wyprawy trekkingowe organizowane na te tereny są tylko dla osób o bardzo dobrej kondycji fizycznej. Pozostaje więc siedzieć w kurorcie lub korzystać z tzw. wycieczek fakultatywnych autokarami.
Niezależna opinia redakcji. Materiał powstał podczas wyjazdu zorganizowanego przez Egyptian Tourism Authority