Drugie życie w Bieszczadach. Na swojej wsi jest jedynym mieszkańcem
Stanisław Majsterek na sąsiedzkie pogaduchy nie ma co liczyć. Do najbliższego sąsiada ma siedem kilometrów. Zresztą i tak ciężko byłoby dojechać, bo wertepy. Ale nie narzeka. Jest jedynym mieszkańcem wsi Krywe w Bieszczadach.
Z pewnością wiele osób słyszało znane powiedzenie, że może by tak "rzucić wszystko w diabły i wyjechać w Bieszczady". To określenie dotyczy sytuacji, kiedy ktoś ma dosyć problemów, chce odpocząć od cywilizacji i szuka wyciszenia, izolacji. Tak było w przypadku Stanisława Majsterka. Chociaż nie do końca była to jego samodzielna decyzja. Ale po kolei.
8 maja 1974 r., młody, 25-letni wówczas Stanisław wysiadł z pociągu na jednej z bieszczadzkich stacji. Tę datę zapamiętał do dzisiaj.
- Jak spojrzałem na te lasy, wzgórza, zieleń, to wiedziałem, że to jest miejsce dla mnie – wspomina. - I od razu przyszła myśl, że zostanę tu na zawsze. Tak mi się tu podobało. Była to miłość od pierwszego spojrzenia.
W Bieszczady wysłał go wtedy sędzia Sądu Rejonowego w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Po odbyciu kary półtora roku więzienia, kolejne półtora pozwolił mu na pracę właśnie w Bieszczadach.
Jak pomagać zwierzętom zimą? Ekspert przypomina o błędach
- Młody byłem wtedy, zadziorny – opowiada pan Stanisław. - Piliśmy piwo w kolejowym barze w Jaworzynie Śląskiej. Byliśmy trochę podpici, głośno się zachowywaliśmy i jakiś sokista zwrócił nam uwagę. Zaczęła się pyskówka, on mnie zaczął szarpać i go wtedy uderzyłem. Nic mu się nie stało, ale to był funkcjonariusz publiczny, to mi sędzia dał półtora roku, prokurator się odwołał i w sumie skazali mnie na trzy lata. Przesiedziałem połowę i resztę kary mogłem odbyć właśnie w Bieszczadach. W latach 60. i 70. była to całkowita dzicz, nie to co dzisiaj. To były zupełne inne czasy; można było godzinami wędrować po szlakach i nie spotkać ani jednej osoby.
Zamiast widoku zza krat, napawał się widokiem połonin i lasów. Nie miał skomplikowanego zajęcia. Wypędzał owce. Czasu miał aż zanadto.
Drugie życie w Bieszczadach
Po odbyciu reszty kary nie wrócił już na Dolny Śląsk. Był zakochany po uszy w Bieszczadach. Tutaj też rozpoczął nowy rozdział swojego życia. Dostał pracę i służbowe mieszkanie w Smolniku.
- Zostałem brygadzistą w zakładzie rolnym, który podlegał pod Ministerstwo Sprawiedliwości – mówi. - Pilnowałem więźniów, którzy przyjeżdżali tu z różnych zakątków Polski. Rano musiałem ich przeliczyć, tak samo na koniec pracy. Resztę dnia miałem w zasadzie dla siebie, to zwiedzałem okolice.
Niemal codziennie przemierzał od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu kilometrów. Do dzisiaj zna te okolice jak własną kieszeń. Jak się zapędził, to docierał nawet pod Łupków czy Birczę. A to już pieszo coś około 60 km.
Wcześniej, jako skazany wypędzał owce w Krywem. I tutaj, właśnie w tej zapomnianej wiosce, pozostał do dzisiaj.
W 1921 r. było tu ponad 70 domostw zamieszkanych przez 459 osób. W 1935 r. lasy i folwark w Krywem nabyła firma drzewna należąca do koncernu naftowego "Małopolska". Obok dawnego dworu powstał tartak, planowane były również wiercenia za ropą.
Po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 r. wieś została przecięta granicą. Stanowił ją w tym miejscu San - jego południowa strona znalazła się na terytorium Niemiec, a północna została przyłączona do ZSRR. W 1945 r. bandy UPA spaliły dwór i tartak.
W czerwcu 1946 r. część mieszkańców wsi wysiedlano do Związku Radzieckiego, pozostałą część - ponad 300 osób - na Ziemie Odzyskane (głównie okolice Koszalina), a wojsko spaliło wieś. W dolinie potoku można jeszcze natrafić na fundamenty dawnych chat, ślady po studniach i zdziczałe drzewa owocowe.
Spotkali się w nadleśnictwie
Swoją Tosię – przyszłą żonę - poznał tutaj, w Bieszczadach, kiedy odbywała staż w nadleśnictwie. Nie wierzy, że to był przypadek. Jak w takiej głuszy można spotkać kogoś ze swoich rodzinnych stron? A oni się spotkali. Obydwoje z Dolnego Śląska.
Ślub odbył się w ruinach dawnej, miejscowej cerkwi; był huczny. Żona pana Stanisława miała liczną rodzinę. To była druga jego żona. Z pierwszą mu się nie bardzo ułożyło. Znali się jeszcze z podstawówki. Byli razem raptem niewiele ponad rok. Kontakt urwał się, kiedy trafił za kratki.
Razem z Tosią gospodarzyli. Mieli bydło, potem owce. Kilkadziesiąt sztuk. Dobrze im się powodziło. Już wtedy byli jedynymi mieszkańcami Krywego. Wcześniej Krzywego. Bo taka obowiązywała spolszczona nazwa. Dopiero referendum w 2005 r. zmieniło nazwę na Krywe. Frekwencja była imponująca – 100 procent. Stanisław i Antonina Majsterkowie, jedyni mieszkańcy wsi zadecydowali o wyniku referendum.
Majsterkowie przez pewien czas prowadzili też agroturystykę.
- Tosia to wszystko ogarniała – dodaje pan Stanisław. - Ja do tego nie miałem głowy, te wszystkie rachunki, faktury. Jak ktoś nie miał pieniędzy, żeby zapłacić za nocleg, to odpracowywał to w naszym gospodarstwie. Dobrze nam się tu żyło razem. Wesoło było.
W 2015 r. został sam. Jego Tosia zginęła w wypadku samochodowym. I to niedaleko ich domu. Była uczulona na jad pszczeli. Dwa razy udało się ją uratować po ukąszeniach. Pan Stanisław przypuszcza, że kiedy doszło do wypadku, to mogła również zostać wcześniej ukąszona i dlatego straciła przytomność, a samochód dachował. Nie przeżyła. Jej ciało znaleziono kilkadziesiąt metrów od rozbitego auta. Została pochowana na miejscowym cmentarzu, z którego widać zabudowania Majsterków.
Od jedenastu lat Stanisław Majsterek musi sobie sam radzić. Od kiedy zaczęło mu szwankować zdrowie, nie jeździ już samochodem. Do lekarza wozi go sąsiad. Na Tadeusza zawsze może liczyć. Co jakiś czas robi mu też zakupy.
- Jak mi coś strzyka czy boli, to biorę coś przeciwbólowego i jakoś zipię – mówi 77-latek. - Co tam będę lekarzom głowę zawracać. Pocieszam się, że jestem z rodziny długowiecznych. Tata miał 83 lata, a mama 86, kiedy zmarli. Mama jeszcze długo żyłaby, ale nie chciała się leczyć. Miała cukrzycę.
Najbardziej dokuczają mu nogi. Już nie chodzi na długie spacery. Wolny czas spędza głównie przed telewizorem.
- Wie pan, że na stare lata to człowiek często dziecinnieje - śmieje się. - Tak jak ja. Najbardziej lubię oglądać kreskówki, najchętniej włoskie albo czeskie. Często też bawię się przy Jasiu Fasoli.
Nie ogląda za to żadnych wiadomości. Polityka zupełnie go nie interesuje. Do samotności już się przyzwyczaił. Nie potrafiłby się już odnaleźć w mieście. Tu ma rzeczywiście ciszę, spokój, nikt mu się nie plącze koło domu. A Bieszczady kocha tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy wysiadł z pociągu – ponad pół wieku temu.