Wulkan Stromboli - wyspa z ognia

Stoję na czubku wulkanu nad dziurą do wnętrza ziemi. Co kilka minut strzela w górę jak fajerwerk fontanna lawy, która rozpala noc czerwoną łuną. To tak, jakby oglądać początek lub... koniec świata.

Obraz
© (fot. Ewa Cichocka)

Stoję na czubku wulkanu nad dziurą do wnętrza ziemi. Co kilka minut strzela w górę jak fajerwerk fontanna lawy, która rozpala noc czerwoną łuną. Słyszę ryk wulkanu i czuję zapach siarki. To tak, jakby oglądać początek lub... koniec świata. Wokół tylko morze. Wieje i gwiżdże silny wiatr. Pewnie tak samo wiał, wypuszczony z worków podarowanych Odyseuszowi przez króla wiatrów Eola...

Kiedy nasz katamaran dopływa do małej przystani na Stromboli przy czarnej plaży, jest duże zamieszanie. Wysiadający i wsiadający pasażerowie taszczą po trapach swoje ciężkie bagaże. Wyładowywany jest transport zamówionych towarów. (Większość żywności, a nawet woda, dostarczane są tu bowiem z lądu). Tłum kierowców i tragarzy poszukuje swoich gości. Wielkie walizy, torby i plecaki trafiają na małe meleksy i spalinowe, osobowe wózki. Nie ma tu ulic i samochodów.

Obraz
© (fot. Magda Pannert)

Jedyny transport to skutery i małe pojazdy. Rozglądam się po pobliskiej plaży, która stanowi zarówno miejsce postoju rybackich łodzi, motorówek jak i kąpielisko. Zabawnie i malowniczo wyglądają kolorowe ręczniki na czarnym jak sadza piachu. Choć ma on swój niezwykły urok - kiedy zaświeci słońce, mieni się srebrzystymi drobinami jak szlachetna materia. Do tego nie... brudzi. Nawet woda w morzu wydaje się smolista, a jedynie piana z rozbijających się fal, rozjaśnia nieco brzeg. Nieopodal portu, przed nami, wznosi się ostro w górę szczyt wulkanu Stromboli – główny cel wizyty na wyspie.

U jego stóp rozrzucone są sześciany domków, odcinających się nieskazitelną bielą od czarnych skał i żywej zieleni. Obserwując okolice, dopiero zauważam, że nasz katamaran odpłynął, a z tłumu przyjezdnych, pozostało zaledwie parę osób. Tak kilka razy w ciągu dnia, na krótką chwilę ożywa nabrzeże. Przez resztę jest sennie i spokojnie, nie ma tu prawie nikogo. Można powiedzieć, że cisza to synonim tej wyspy i o dziwo nie jest to w sprzeczności z... czynnym wulkanem.

Ziemia Ingrid

Nasz, mały samochodzik pokonuje wąskie i kręte uliczki. Mają czasem ledwie 2-3 m szerokości i biegną pomiędzy domami i okalającymi je szczelnie murowanymi parkanami. Biały labirynt wąskich korytarzy jest jednak oznakowany dla pojazdów - siłą rzeczy uliczki są tu głównie jednokierunkowe. Niemal każdy dom ma swoją ceramiczną tabliczkę z rysunkiem i nazwą – na ogół związaną z wulkanem i morzem.

Czasem ściany pokryte są czystą, ostrą barwą – intensywnego błękitu, różu, oranżu czy turkusu. Bajecznie wyglądają na ich tle kępy fioletowych i amarantowych bugenwilli lub oleandrów w pastelowych barwach. Na ogół jednak ściany zabudowań są białe, a ostro odcinają się za to drewniane drzwi i bramy np. w intensywnie habrowym kolorze. Często w labirycie uliczek można trafić w parkanie czy murze na małą kapliczkę, której patron chroni dom i jego mieszkańców przed groźną górą. Czasem można też dostrzec w ogrodzie lub też osadzoną w murze lapillę, bombę wulkaniczną, która jakiś czas temu właśnie tu zakończyła swój szaleńczy lot z góry.

Wyspa Stromboli ma dwie osady, bo trudno nazwać je miasteczkami. Większa Stromboli liczy ponad 400 mieszkańców i tu głównie mieszkają turyści. Dwie parafie San Vincenzo i San Bartolo (patron wyspy) zajmują niemal cały, w miarę płaski teren u stóp wulkanu z północnej strony wyspy. Reszta wybrzeży kończy się w morzu urwistym spadkiem, pod kątem blisko 40 stopni.

Przed odnowioną fasadą kościoła San Vincenzo toczy się życie towarzyskie. Jest tu mały placyk z tarasem i wspaniałym widokiem z jednej strony na morze i małą wysepkę Strombolicchio, a z drugiej za kopułą i wieżą kościoła na ponury szczyt Stromboli. Jest kilka sklepów: spożywczy, apteka, pamiątki, bar i biura organizujące wejścia na szczyt wulkanu. (Robiąc zakupy trzeba pamiętać, że sklepy są zamknięte w porze sjesty, a także podczas licznych religijnych świąt, kiedy życie i handel na wyspie zamiera).

Ginostra znajduje się z kolei po drugiej stronie wyspy i można do niej dotrzeć drogą morską. Ta rybacka wioska liczy już kilkudziesięciu stałych mieszkańców. To tam przedzierała się z północy wyspy bohaterka, grana przez Ingrid Bergman w słynnym filmie Roberta Rosseliniego – „Stromboli - ziemia Boga”. Ten film, sprzed ponad pół wieku, rozsławił i ujawnił jakby światu istnienie w Europie małych wysepek, na których od tysięcy lat żyją ludzie. Dziś mieszkańcy kultywują filmowy epizod. Na ścianie domu na cetralnej uliczce, w którym mieszkała Bergman zainstalowano na amarantowej ścianie specjalną tablicę. Emocji dodaje fakt, że realizacja filmu związana była z rozwojem głośnego i skandalicznego na ówczesne czasy – romansu, pomiędzy znaną hollywoodzką gwiazdą, a włoskim reżyserem. Portrety Ingrid i sceny z filmu można znaleźć w wielu miejscach na wyspie. Czasem sąsiadują np. z figurą Matki Boskiej, co dowodzi chyba, że już dziś głośny niegdyś romas jest nieco przebrzmiały i znacznie mniej skandaliczny. Nasze
wyjazdowe koszulki ozdobił oczywiście... filmowy plakat z Ingrid i wulkanem.

U stóp groźnej góry

Spacery po labiryncie ulic są jak nałóg. Okazuje się, że za każdym zakrętem można spotkać kolejną niespodziankę. Następny dom, który ma uniklany kolor, wtopinony w bujne, kolorowe krzewy, czy też w ostre, obsypane żółtymi kwiatami opuncje. Przez bramy, czy parkany zaglądam ciekawie do wnętrza, które emanuje spokojem i jest jakby poza czasem. Tu jakby nic się nie zmienia. Trwa senne, proste życie, a stare, użytkowe przedmioty wyglądają jak teatralne rekwizyty. Jedyny gwar i emocje, to przejeżdżający wózek spalinowy ze świeżymi rybami „Pesce fresce”, kiedy trzeba czasem „przykleić” się do parkanu lub schować w najbliższej bramie. Urodę malowniczych zaułków dopełniają stare skutery i wymalowane na bramach emblematy tzw. strombolijskiego serca czy jak uważają inni - kapara.

Każdy dom okalają kolorowe krzewy i owocowe drzewa. Właśnie dojrzewają figi, a drzewka cytrynowe uginają się pod ciężarem ogromnych ok. 0,5 kg owoców. A co ciekawe, na ziemi leżą żółte giganty, których tu nikt już nie zbiera.

Małe domki, ocienione tarasiki i proste kolumny. To typowy styl architektury eoliańskich domów. Prosta, biała bryła budynku z płaskim dachem służyła jako miejsce suszenia warzyw i owoców oraz zbierania deszczówki. Do tego prosty taras zadaszony trzciną, a wsparty na 2-3 białych, pękatych kolumnach, który chronił przed palącym słońcem. Kiedy zapuszczam się w głąb brukowanej wulkanicznymi skałami uliczek, wspinających się już na stoki wulkanu, dochodzę do ostatnich zabudowań w malowniczych, opuszczonych ogrodach. Uliczka niepostrzeżenie zamienia się w kamienną ścieżkę i prowadzi gdzieś w górę na zapomniane poletko i na mały cmentarz, gdzie nie zmarnowano, ani kawałeczka w miarę płaskiego gruntu. Część domów jest opuszczona, część pozamykana i otwarta jedynie na dwa letnie miesiące w roku dla wakacyjnych gości.

Poruszam się bez planu. Kierunki są cztery: do morza i do wulkanu, do portu i w przeciwną. Kiedy zmierzam w kierunku morza docieram wąskimi przesmykami do małych, czarnych i kamiennych plaż. Nad nimi niemal wiszą białe zabudowania, a kameralna zatoczka może pomieścić ledwie 2-3 ręczniki plażowe.

Stromboli w kolorze sepii

Wśród turystów widać czasem mieszkańców. Strombolanie na ogół nie różnią się od innych z małych, włoskich miejscowości. Ale czasem spotykam ludzi o charakterystycznych i wyróżniających ich włosach. Są często długie, gęste i bardzo kręcone. Udało mi się zobaczyć ich kilku – tylko mężczyzn i wydawało mi się, że łączyło ich coś wspólnego. Może silne geny cech Kartagińczyków, Greków i Rzymian, którzy władali Liparami przez wieki?

Oglądając stare fotografie sprzed pół wieku, widzę zupełnie inny obraz Stromboli. Domki z kolumnami są mniej malownicze, są zniszczone, widać biedę. Dziś nowe, kolorowe elewacje przypominają domy pod wynajem, niż prawdziwe domy rybaków. Niesamowity urok miały parowce z wielkimi kominami z kłębami czarnego dymu. Dziś można sobie wyobrazić, jak zbliżający się statek w okolice portu dawał sygnały.

Na plaże wybiegali wówczas mieszkańcy, czekający na rodziny, wiadomości i przesyłki z lądu. Do brzegu pasażerowie docierali wiosłowymi łodziami. Plaża nie zmieniła się, zmienili się jedynie ludzie i środki transportu. Z tej samej plaży wypływamy ribbem na wysepkę Strombolicchio. Stare i współczesne zdjęcia łączy jedno - 100-letnia latarnia morska na szczycie niezmiennie tkwi w morzu w pobliżu Stromboli. Ta skała o pionowych, wysokich na ponad 40 m ścianach 200 tys. lat temu była częścią pierwszego „komina” wulkanu Stromboli. Dopiero później pojawił się właściwy krater, który z lawy i popiołów utworzył dzisiejszą wyspę.

Strombolicchio jest dziś bez latarnika, a po starych stopniach można wspiąć się na taras, z którego rozciąga się niesamowity widok na całe Stromboli. Widać plaże, porcik, obie parafie, zabudowania, a także stoki wulkanu, a nawet stalowe wiaty na szczycie. Latarnia nadal wysyła wiązkę „dobrych wiadomości” w mrok nocy, a w ciągu dnia można tam zastać jedynie wielkie morskie ptaki.

Wody wokół skalistej wysepki to świetne miejsca do nurkowania. Smolista woda tuż przy skałach nabiera niesamowitej barwy od ciemnego granatu, aż do jasnego turkusu. Spod Strombolicchio płyniemy pod zachodnie brzegi Stromboli do Sciara del Fuoco. To miejsce niedostępne z lądu. Po stromym zboczu spływają wprost do morza wulkaniczna lawa i pyły. Czarno-grafitowe połacie są martwe, bez roślinności, a nad nimi unoszą się stale obłoczki dymu i pyłu. Z tego miejsca doskonale można też obserwować nocne erupcje wulkanu, a czasem spływającą czerwoną lawę.

To nie film na Discovery

Spod kościoła San Vincenzo ruszamy w górę ok. godz. 18.00. Naszym przewodnikiem jest Mario – czarnowłosy mężczyzna o wyraźnie „miejscowych” cechach. Wyposażona w kask (wybrałam z wypaloną dziurą od kawałka lawy, zakładając, że drugi raz „nie odbierze” ciosu), zabieram wodę, coś słodkiego, cieplejsze ubrania i kije trekingowe. Ścieżka wśród krzaków i traw powoli pnie się w górę. Jest gorąco. Oglądamy się i spoglądamy na coraz mniejsze domy w osadzie i Strombolicchio. Wokół nas mnóstwo jaskrawożółtych kęp kwitnących żarnowców i kosmatych opuncji. Nasz przewodnik utrzymuje ostre tempo. Ze wspinaczki zaczynają rezygnować kolejne osoby. Dochodzi do scysji na szlaku. Przewodnik pod naporem uczestników, dostosowuje tempo do słabszych. Od tego miejsca nie ma już problemów z utrzymaniem grupy w całości. Kiedy jesteśmy na wysokości ponad 500 m n.p.m. kończy się roślinność, a ścieżka wygląda jak skalane gruzowisko. Nie zatrzymujemy się, choć kusi widok zachodzącego słońca. Wpatruję się w grupkę osób powyżej nas na
krawędzi i marzę, żeby się tam już znaleźć.

Kiedy mijamy krawędź, w końcu udaje się zobaczyć otwartą i w miarę poziomą przestrzeń. Jesteśmy w punkcie Pizzo Sopra la Fossa na wysokości 918 m n. p.m. Na grani sterczą panele słoneczne, czujniki sejsmiczne i dwie stalowe wiaty, chroniące przed wulkanicznymi pociskami, gdzie zakładamy kaski. Wpatruję się w ukryty za kolejną granią krater. W szarości wieczoru widać jeszcze żółtawe naloty na krawędziach i sączący się dym. Nagle ciszę przerywa huk, przypominający grzmot z metalicznym pogłosem. A w górze krateru widać rozpryskujące się rozgrzane do czerwoności kamienie. Spektakl z jaskrawo jasnopomarańczowymi fontannami lawy powtarza się kilkakrotnie. Oszołomiona bliskością zjawiska, patrzę i czekam na kolejne „kichnięcia” wielkiej góry. Przewodnik Mario wręcza mi mały, czarny kamień i tłumaczy, że to kryształ z wnętrza ziemi. Zastanawiam się, czy to obsydian, szkło wulkaniczne czy też piroksen? Kiedy zrobiło się już prawie zupełnie ciemno, podchodzimy blisko krateru. Wiatr wieje w plecy i przeraźliwie
gwiżdże. Myślę sobie: jak zawsze, gdy dzieje się coś ważnego!

Stoję o metr od krawędzi krateru. W ciemności można jednak odróżnić kontury pobocznych stożków. W dole, pod stopami czarna czeluść, w której widoczne są cztery gorejące dziury. Co kilka minut z jednej z nich wystrzeliwuje z rykiem i świstem w powietrze lawa i rozpryskuje się wokół. Czerwone kawałki rozpalonych do czerwoności skał opadają dziwnie, jakby w zwolnionym tempie i z plaskaniem uderzają o czarne wnętrze krateru. Słychać i widać, że skały są miękkie i plastyczne. Trwa to kilka sekund i znów w czarnej czeluści jarzą się cztery ogniki. Zastanawiam się, który wystrzeli następny. Próbuję dostrzec symptomy zbliżającej się kolejnej erupcji. A tu niespodzianka. Kolejny raz wystrzelił w górę tan sam otwór. Znów euforia. Ludzie krzyczą, cieszą się, filmują i robią zdjęcia. I to wszystko dzieje się naprawdę, to nie... film na Discovery. Przewodnik składa gratulacje, a ja wciąż wpatruję się w ten pierwotny i straszny, ale niezmiernie ważny spektakl natury.

Na morzu przy zachodnich stokach Stromboli, gdzie spływa gorąca lawa do morza – Sciara del Fuoco, widać światełka łodzi z pasażerami, którzy przypłynęli, aby oglądać nocne widowisko. W ciągu dnia dymy z kraterów mieszają się z chmurami, dlatego wieczorem widok na czerwone fontanny lawy jest ekscytujący. Stąd też pewnie nazwa wyspy nadana przez żeglarzy – „latarnia Morza Tyrreńskiego”.

Długa droga do domu

Radość z przebywania w tak niesamowitym miejscu, usprawiedliwia wszelkie trudy. Nagroda jest wielka. I pomimo zapowiedzi spektaklu, jest dużym zaskoczeniem. Wracając przechodzimy przez Dolinę Księżycową i patrzymy na pierwotny, główny krater. Nie słychać już wiatru, a nogi zapadają się w miękkim pyle. Zakładamy maski przeciwpyłowe, sprawdzamy i zapalamy latarki i ruszamy w dół. - Nie można zatrzymywać się po drodze, nawet jeśli nasypie się piach czy kamienie do butów – ostrzega Mario. Schodzimy szybkim, jakby płynącym marszem - jak po wydmach, uważając aby nie strącić ze ścieżki kawałków lawy na schodzących niższym trawersem. Kurz wzbija się niemiłosiernie. Idziemy zaznaczając światłem „czołówki” tylko małą plamę przed własnymi krokami. W końcu krótka przerwa. Jest czas, aby zdjąć polary, kurtki i spłukać pył łykiem wody. I znów ruszamy w drogę i schodzimy do wysokości 400 m.n.p. m. W końcu zaczyna pojawiać się roślinność i trafiamy do głębokiego żlebu o szerokości ok. 1-1,5 m i podobnej głębokości. Nad nami
wysokie trawy i krzewy, a my brniemy w pyle i piachu, który unosi się tak, że snopy światła z latarek można prawie dotknąć.

Wglądamy jak górnicy. Idziemy niemal po omacku, wciąż w dół i w dół. Droga wije się i zakręca, przypominając labirynt, z którego nie ma wyjścia. Kolana bolą, ale niedawne silne przeżycia są jakby znieczuleniem. W końcu dochodzimy do twardej ścieżki, i zaczynamy dostrzegać pierwsze, najwyżej położone zabudowania parafii San Vincenzo. Docieramy do kościoła, spod którego rozpoczęliśmy wyprawę. Dochodzi północ, oprócz nas, powracających ze wspinaczki – nie ma tu nikogo. Oddajemy kaski, robimy ostatnie zdjęcia z przewodnikiem i idziemy wznieść zwycięski toast w jedynym chyba czynnym barze w nocy.

_ Ewa Cichocka, przewodniczka wypraw dla kobiet, organizowanych przez Fundację Marka Kamińskiego Na Mauritius oraz czynne wulkany Wysp Liparyjskich i Sycylii. _

STROMBOLI:

Wulkan wyspowy, czynny od ponad 2 tys. lat zajmuje wysepkę Stromboli, jedną z siedmiu w archipelagu Wysp Liparyjskich koło Sycylii na Morzu Tyrreńskim. Lipary nazywane też Wyspami Eolskimi, to legendarna kraina króla Eola, od którego Odyseusz otrzymał worek z wiatrami, które wypuszczone przez marynarzy zawróciły go z drogi do rodzinnej Itaki.

Stromboli jest jednym z nielicznych, stale aktywnych wulkanów na ziemi. Jego podstawa znajduje się ok. 2300 m pod poziomem morza, nad wodę wznosi się stożek o wysokości 924 m, a wyspa zajmuje blisko 13 km kw. W ciągu godziny pojawia się nawet kilkanaście erupcji. Na szczyt organizowane są wycieczki z przewodnikiem. Eskapada na wulkan zajmuje 5-6 godzin. Najbardziej spektakularne jest wejście wieczorne, kiedy można po zmroku oglądać fontanny lawy, które wystrzeliwują na wysokość 50-100 m w górę.

Ostatnia poważna erupcja z ofiarami (5 osób) i znacznymi stratami materialnymi miała miejsce w 1930 roku. W ciągu ostatnich 15 lat zginęły 2 osoby, a kilkanaście zostało rannych. Niebezpieczne dla wyspiarzy sa także lokalne tsunami, spowodowane osunięciami do morza lawy i popiołów. Od gwałtownej erupcji w 2003 roku na wyspie znajduje się system stałego monitorowania i ostrzegania. Na wyspę Stromboli, oddaloną o 70 km od brzegów Sycylii, można dopłynąć wodolotem np. z Milazzo (2,5 godz.).

Fundacja Marka Kamińskiego organizuje aktywne wyjazdy „Tylko dla kobiet”. Mogą w nich uczestniczyć panie spokrewnione, zaprzyjaźnione, jak i singielki. Wiek, ani zawód nie mają znaczenia. Liczy się za to poczucie humoru, nastawienie na wspólne przeżywanie przygody i chęć działania w grupie.

Podczas wyprawy na Mauritius pt. „Robinson Crusoe była kobietą” poznają różnorodną wyspę i jej mieszkańców, spełniając kobiece marzenia o egzotycznej podróży.

Same kobiety zdobywają też trzy czynne wulkany Europy podczas wyprawy na Wyspy Liparyjskie i Sycylię pt. „Wyspy z ognia”.

Wybrane dla Ciebie
Nowa kolej gondolowa. Będzie najdłuższą w Polsce
Nowa kolej gondolowa. Będzie najdłuższą w Polsce
Najtańszy kraj na lato 2026. Dolecisz w 2,5 godz. "Bezpieczny kierunek całoroczny"
Najtańszy kraj na lato 2026. Dolecisz w 2,5 godz. "Bezpieczny kierunek całoroczny"
Miała być klapa, a będzie szaleństwo? Kilka dni przed majówką zaskakujący zwrot
Miała być klapa, a będzie szaleństwo? Kilka dni przed majówką zaskakujący zwrot
Gigantyczna akcja kamperów. Pół tysiąca samochodów blokowało drogi
Gigantyczna akcja kamperów. Pół tysiąca samochodów blokowało drogi
Nowość na trasie Baltic Express. Turyści jadący do Trójmiasta będą zachwyceni
Nowość na trasie Baltic Express. Turyści jadący do Trójmiasta będą zachwyceni
Sezon trwa w najlepsze. Pomyłka może mieć śmiertelne konsekwencje
Sezon trwa w najlepsze. Pomyłka może mieć śmiertelne konsekwencje
Polskie miasto reaguje za zbiórkę dla Cancer Fighters. Będzie krasnal z Łatwogangiem
Polskie miasto reaguje za zbiórkę dla Cancer Fighters. Będzie krasnal z Łatwogangiem
"Funkcjonariusze znaleźli dwie lufy". Turystce grozi do 8 lat więzienia
"Funkcjonariusze znaleźli dwie lufy". Turystce grozi do 8 lat więzienia
Koszmar na Majorce. Niemiecki turysta nie żyje
Koszmar na Majorce. Niemiecki turysta nie żyje
Uprawiali seks w samolocie. Załodze powiedzieli, że się modlą
Uprawiali seks w samolocie. Załodze powiedzieli, że się modlą
Więcej lotów do ulubionego kraju Polaków. Kurort przyciąga plażami i hotelami
Więcej lotów do ulubionego kraju Polaków. Kurort przyciąga plażami i hotelami
Nowy mieszkaniec wrocławskiego zoo. Przyjechał z Czech
Nowy mieszkaniec wrocławskiego zoo. Przyjechał z Czech
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI! 👇