Z Tanzanii do Polski. "Męża poznałam w urzędzie imigracyjnym"
Przyjechała z Tanzanii i w Polsce zaczęła pisać nowy rozdział swojego życia — dosłownie i w przenośni, bo niedawno wydała książkę o tym, jak znalazła się w naszej ojczyźnie. Aisha Johnson w rozmowie z nami opowiada o budowaniu rodziny w Polsce i mierzeniu się ze stereotypami.
Karolina Wachowicz: Opowiedz, proszę, o sobie i jak wygląda twoje życie w afro-polskiej rodzinie?
Aisha Johnson: Jestem mamą i żoną, która zawsze szuka w życiu prawdy i autentyczności. Każdego dnia napędza mnie ciekawość świata, chęć tworzenia, rozwijania siebie i inspirowanie innych swoją historią. Życie w afro-polskiej rodzinie uczy mnie codziennie miłości, bliskości rodziny, wytrwałości i radości z drobnych chwil.
Skąd dokładnie pochodzisz i jak wyglądała twoja historia w Afryce przed przyjazdem do Polski?
Pochodzę z Tanzanii, z Dar es Salaam. Moje dzieciństwo i młodość były pełne lokalnych tradycji i codziennych wyzwań. To tam nauczyłam się siły charakteru i doceniania prostych, ważnych chwil.
Stan wyjątkowy w Nowym Jorku. "Prosimy o unikanie wszelkich podróży"
Co skłoniło cię do przyjazdu do Polski i jak potoczyła się twoja decyzja o osiedleniu się tutaj na stałe?
Do Polski przyjechałam z ojcem, jako nastolatka. Na początku wszystko było nowe - inne zwyczaje, kultura, poczucie obcości. Z czasem jednak zaczęłam odnajdywać tu swoje miejsce i powoli budować życie na nowo.
W urzędzie imigracyjnym w Polsce poznałam swojego męża (przyp. red. z Afryki). Połączyły nas wyzwania życiowe w Polsce. W naszej wielokulturowej rodzinie najbardziej łączy nas: religia, trochę jedzenie, wzajemne wsparcie, dzieci i radość z bycia razem.
Nasze dzieci wychowujemy w Polsce, zachowując jednocześnie tanzańskie tradycje, w tym jedzenie, które gotujemy. Staramy się łączyć wartości, które wyniosłam z domu, z codziennym życiem tutaj. Uczymy je szacunku, radości z małych rzeczy i dumy z obu kultur, w których dorastają.
Jakie tanzańskie zwyczaje wprowadzasz w domu, żeby dzieci czuły afrykańskie korzenie?
W naszym domu pielęgnujemy tanzańskie zwyczaje, przede wszystkim w kuchni i przy świętowaniu. Gotujemy potrawy z Tanzanii, ale nie brakuje też polskich dań – tak, żeby dzieci poznawały i czuły wszystkie kultury, które tworzą naszą rodzinę.
Twoja autobiografia została opublikowana po pięciu latach. Co było największym wyzwaniem w jej pisaniu i kiedy premiera?
Największym wyzwaniem było wracanie do bardzo trudnych momentów z mojego życia i ubieranie ich w słowa. To nie było tylko pisanie książki, ale także mierzenie się z emocjami, pamięcią i samą sobą. Czasem musiałam odkładać tekst na bok, żeby złapać oddech.
Wiem, że to trudny temat, ale czy mogłabyś podzielić się jednym z takich momentów?
Wybrałam fragment z książki, którym mogę się podzielić. Opisuję w nim sylwestra z początków mojego życia w Polsce. Muszę jednak przyznać, że aby naprawdę zrozumieć, przez co przeszłam, trzeba poznać całą moją historię.
"Śnieg za oknem zdawał się tłumić każdy dźwięk, a chłód wdzierał się przez zasłony, odbijając się echem w moim sercu.
Ten wieczór odcisnął się we mnie głęboko. Po raz pierwszy doświadczyłam samotności tak przejmującej, że trudno było ją ubrać w słowa. Nie chodziło jedynie o niedotrzymaną obietnicę wspólnego świętowania. Chodziło o coś więcej – o bolesną świadomość tego, jak bardzo brakowało mi świata, który zostawiłam za sobą. Czułam się jak zagubiony element układanki – taki, o którym wszyscy zapomnieli, choć bez niego obraz był niepełny.
Nowy Rok powitałam w ciszy. Obok siedział mój brat, a wokół nas zamykały się ściany mieszkania – chłodne i obce. Nie było kolacji, rozmowy, nawet zwykłego "Szczęśliwego Nowego Roku" skierowanego w moją stronę. Tylko hałas fajerwerków za oknem i echo w mojej głowie, w której mieszały się tęsknota, zawód i smutek. Coś we mnie pękło, ale się nie rozpadłam. Właśnie wtedy podjęłam decyzję, że się podniosę. Pogodzę się z tym, co jest, i przyjmę każdy fragment tej historii jako część swojej drogi.
Dopiero nazajutrz w południe zadzwonili, jakby nic się nie stało".
Bardzo mi przykro, że musiałaś przez to przechodzić. Zmieńmy więc temat. Wiem, że zajmujesz się też sprzedażą biżuterii. Skąd taki pomysł?
Pomysł na biżuterię z napisami w języku suahili zrodził się z moich korzeni i potrzeby opowiadania historii również w inny sposób niż słowami. Takie słowa jak nguvu (siła) czy furaha (radość) niosą ze sobą emocje i znaczenie, które są mi bardzo bliskie.
Biżuterię sprzedaję na Allegro, gdzie klienci bardzo często piszą, że wybierają ją właśnie ze względu na przekaz i symbolikę. Dla wielu osób to nie jest tylko ozdoba, ale mały talizman z historią i dobrą energią.
Jak radzisz sobie z hejtem wobec imigrantów w Polsce?
Zdarzało mi się spotkać z niechęcią i niezrozumieniem, ale nie jest to cała prawda o Polsce. Staram się nie skupiać na pojedynczych negatywnych doświadczeniach, bo one nie definiują ani mnie, ani miejsca, w którym żyję.
Hejt nigdy nie jest łatwy, ale z czasem nauczyłam się, że mówi on więcej o lękach i niewiedzy innych ludzi. Skupiam się na swoim życiu, pracy, rodzinie i na tym, by być po prostu dobrym człowiekiem. Nie mam wpływu na cudze uprzedzenia, ale mam wpływ na to, jak reaguję.
Co, twoim zdaniem, najbardziej łączy, a co dzieli Polaków i ludzi z Afryki w codziennym życiu?
W codziennym życiu najbardziej łączy nas to, co uniwersalne - rodzina, praca. To są wartości wspólne niezależnie od pochodzenia. Dzieli nas głównie brak wiedzy, stereotypy i lęk przed tym, co nieznane. Kiedy pojawia się rozmowa i zwykłe ludzkie spotkanie, te różnice bardzo szybko tracą znaczenie.