"Babski" wypad na narty. Pojechały przetestować atrakcje w słynnej dolinie
Zillertal to jeden z tych alpejskich kierunków, które Polacy znają dobrze i do których regularnie wracają. Nie dlatego, że jest "modny", ale dlatego, że hasło "dla każdego" nie jest tu jedynie marketingowym sloganem. To dolina, w której można jeździć przez kilka dni bez nudy, a przy okazji zejść pod lodowiec, zjeść porządny obiad i wieczorem trafić na koncert z prawdziwego zdarzenia w górskiej knajpie.
Do Zillertalu wciąż najwięcej osób przyjeżdża samochodem i trudno się temu dziwić. Dolina ma dobre drogi, a przy dłuższych wyjazdach auto daje pełną swobodę. Są też loty do Innsbrucka, ale to Monachium pozostaje najczęściej wybieraną opcją lotniczą - bardziej budżetową i z większą liczbą połączeń. My właśnie tak zrobiłyśmy. Poranny lot z Warszawy, transfer z lotniska (jest wiele lokalnych firm świadczących tego typu usługi, także z punktami na samym lotnisku) i jeszcze tego samego popołudnia byłyśmy na austriackim stoku.
Wyjazd miał babski charakter: cztery dziewczyny głodne narciarskich wrażeń, jasny plan i brak potrzeby "odhaczania wszystkiego". Zillertal właśnie temu sprzyja. Odległości między ośrodkami są niewielkie, a cała dolina funkcjonuje jak jeden organizm. Nocowałyśmy w środkowej części doliny, w Ried im Zillertal, co pozwalało codziennie zmieniać teren jazdy bez długich dojazdów.
Zimą ceny noclegów w tej części Tyrolu zaczynają się od około 120-150 euro za pokój dwuosobowy ze śniadaniem, a w hotelach o wyższym standardzie sięgają 200-250 euro. Co za to dostaniemy? Solidny standard, konkretne śniadania, skibus w cenie, a czasami także obiadokolację.
Pokochali Polskę. "Za takie pieniądze nie możemy pojechać nigdzie indziej"
Narty bez nerwów i kolejek
Zaczęłyśmy od Hochzillertal-Kaltenbach. To ośrodek, który pozwala wejść w rytm jazdy bez presji i bez nerwów, a jednocześnie od razu pokazuje jakość Zillertalu. Gondole są szybkie, przepustowość duża, a co najważniejsze, nawet w środku sezonu nie ustawiały się kolejki. Przy dolnej stacji działa wypożyczalnia sprzętu, szkółka narciarska i punkt sprzedaży skipassów, wszystko w jednym miejscu. Plusem jest także to, że dzieci i początkujący mają swoje wydzielone strefy.
Hochzillertal jest dobrym przykładem tego, jak w Zillertalu rozwijało się narciarstwo. Pierwsze wyciągi powstawały tu już w latach 50. XX w., w czasach, gdy narty były przede wszystkim środkiem transportu i narzędziem pracy, a nie turystyczną atrakcją. Z biegiem lat infrastruktura była konsekwentnie rozbudowywana, ale bez dużej ingerencji w wygląd terenu. Dzięki temu dziś trasy są długie, naturalnie poprowadzone i bardzo czytelne. Nie ma tu przypadkowych skrzyżowań ani wąskich gardeł, które potrafią zepsuć dzień w popularnych ośrodkach.
Jazda w Hochzillertal daje dużą elastyczność. Można wybrać spokojniejsze, szerokie czerwone i niebieskie trasy albo zapuścić się wyżej, w kierunku Hochfügen, gdzie teren robi się bardziej surowy i alpejski. Wszystko jest dobrze oznaczone, a odległości między poszczególnymi sektorami pozwalają na długie przejazdy bez konieczności ciągłego korzystania z wyciągów. To jeden z tych ośrodków, w których "się jeździ", a nie przemieszcza od kolejki do kolejki.
W trakcie dnia łatwo było zaplanować przerwę w jednej z restauracji na stoku (jest ich naprawdę sporo), bez walki o wolny stolik. Kuchnia w Hochzillertal jest klasyczna: knedle, gulasze, sery z okolicznych hal, dobrze znane austriackie smaki bez eksperymentów. Obiad to wydatek rzędu 15-20 euro (ok. 63-84 zł).
Pod lodowcem i powierzchnią Alp
Wyjazd w stronę Hintertuxer Gletscher już od rana zapowiadał się inaczej niż pozostałe dni. Droga w górę doliny Tuxertal szybko odcina od cywilizacji. Domów jest coraz mniej, krajobraz staje się surowy, a śnieg leży tu niezależnie od kaprysów zimy w dolinie. Hintertux to jedyny lodowiec w Austrii czynny niemal przez cały rok i miejsce, w którym narciarze mogą pojeździć nawet latem.
Tego dnia temperatura spadła do -18 st. C. Teoretycznie to warunki, w których rozsądek podpowiada skrócenie jazdy. W praktyce było dokładnie odwrotnie. Trasy były przygotowane tak dobrze, że szkoda było z nich rezygnować. Co kilka zjazdów szybkie sprawdzanie, czy czucie w nosie nadal jest, poprawianie buffa, przerwa na gorącą herbatę i kolejny wjazd na górę. Lodowiec wynagradzał ten upór szerokimi trasami i poczuciem jazdy w prawdziwie wysokogórskim terenie.
System kolejek Gletscherbus działa tu etapami. Im wyżej, tym bardziej krajobraz przypomina arktyczną pustkę niż klasyczny kurort narciarski. Trasy prowadzone są naturalnymi nieckami lodowca, bez sztucznego "upiększania" terenu.
Jednak narty nie były tego dnia najważniejsze. Kluczowym punktem programu było zejście do Spannagelhöhle, największej jaskini marmurowej w Alpach Środkowych. Dojście prowadzi od górnej stacji kolejek w stronę schroniska Spannagelhaus. Już na tym etapie zakłada się kaski i ochronne płaszcze. Skała jest wilgotna, temperatura bliska zeru, a warunki wyraźnie różnią się od tych na stoku.
Spannagelhöhle nie jest zdecydowanie miejscem dla osób z silną klaustrofobią. Korytarze bywają bardzo ciasne, miejscami trzeba się schylać, a czasem przechodzić bokiem, z ciałem niemal przyklejonym do marmurowej ściany. Zwiedzanie odbywa się wyłącznie z przewodnikiem, a na trasie znajdują się szybkie wyjścia ewakuacyjne. Osoby, które w trakcie poczują, że to nie jest przestrzeń dla nich, mogą w każdej chwili zrezygnować. Dla tych, którzy chcą spróbować swoich sił, jaskinia jest dostępna także po dniu na nartach, nie wymaga specjalnego przygotowania poza podstawową sprawnością i gotowością na ekstremalne wrażenia.
W środku jaskinia zmienia się z metra na metr. Marmurowe ściany, lodowe nacieki, naturalne tunele i niewielkie komory tworzą przestrzeń, która powstawała przez miliony lat. Słychać kapanie wody spod lodowca, czasem głuchy trzask, echo kroków, które przypominają, że masa lodu nad głową cały czas pracuje.
W jednej z większych komór znajdują się niewielkie jeziorka z lodowatą wodą. Nie są one elementem standardowego zwiedzania, ale wykorzystywane są podczas specjalnych, rzadko organizowanych programów. W takich momentach w jaskini rozwieszane są hamaki, a przestrzeń wypełniają niskie dźwięki gongów i instrumentów wibracyjnych. Odbywają się tu kameralne sesje muzyczne i medytacyjne.
Jaskinia ma również duże znaczenie naukowe. To jedno z ważniejszych miejsc badań geologicznych w regionie, pozwalające śledzić historię formowania się Alp i ruchy lodowca. Warstwy skał, ślady nacisku lodu i układ marmuru są czytelnym zapisem procesów, które trwały tu długo przed pojawieniem się człowieka.
Po nartach słynne austriackie apres ski: głośne, bezpośrednie i bez dystansu. Gra DJ, publiczność szybko wchodzi w rytm, ludzie śpiewają razem refreny i tańczą jeszcze w narciarskich butach. To ta bardziej dzika, energetyczna strona Zillertalu, idealna po całym dniu jazdy, gdy zamiast ciszy chce się jeszcze trochę hałasu i adrenaliny.
Zillertal Arena, czyli kilometry z widokiem
Zillertal Arena to największy ośrodek w dolinie i miejsce, w którym najlepiej widać, czym w praktyce jest jeden skipass na całą dolinę. Arena łączy kilka miejscowości: Zell am Ziller, Gerlos, Königsleiten i Wald, a jazda polega tu na przemieszczaniu się po olbrzymiej przestrzeni z widokami na Alpy, które zapierają dech w piersiach (czasami także ze strachu).
W Arenie szczególnie dobrze czuć różnorodność Zillertalu. Są fragmenty bardzo otwarte, z panoramicznymi widokami, ale są też odcinki prowadzone przez las, osłonięte od wiatru, idealne na chłodniejsze dni.
Chillout w Spieljoch
Spieljoch to jeden z tych ośrodków w Zillertalu, który często umyka uwadze przy pierwszym wyjeździe, a szkoda. My zostawiłyśmy go na ostatnie narty, tuz przed lotem do Warszawy. Położony nad Fügen, jest wyraźnie mniejszy niż Hochzillertal czy Zillertal Arena, ale ma swój sens i charakter. Trasy są krótsze, bardziej kompaktowe, dobrze przygotowane i czytelne, dzięki czemu Spieljoch sprawdza się na spokojniejszy dzień albo jako miejsce na rozjeżdżenie nóg bez presji "robienia kilometrów".
To także ośrodek chętnie wybierany przez rodziny i osoby, które cenią mniej zatłoczone stoki. Kolejki praktycznie się tu nie pojawiają, a cała infrastruktura jest skupiona blisko siebie. Spieljoch pokazuje inną twarz Zillertalu, bardziej lokalną, mniej spektakularną, ale bardzo funkcjonalną. Dobrze wpisuje się w rytm doliny jako miejsce na oddech pomiędzy większymi ośrodkami. I potwierdza, że cały Zillertal to miejsce dla każdego.