Jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, to podczas mojej szkolnej edukacji lekcje historii starożytnej, obejmującej jakże rozległą przestrzeń dziejów, ograniczały się do dość pobieżnego omówienia dziejów Mezopotamii, Egiptu, Grecji i Rzymu. Przy okazji ważniejszych wojen podręczniki wspominały jeszcze o Persji oraz o Kartaginie.
Z oczywistych przyczyn program nauczania musiał się ograniczyć do kilku antycznych cywilizacji, pomijając pozostałe. Pozwoliło mi to na znajdowanie przyjemności w samodzielnym „odkrywaniu” ludów i kultur, o których nie wyniosłem ze szkoły żadnej wiedzy. W swoim czasie szczególnie zafascynował mnie przypadek państwa Hetytów – imperium, które potrafiło z powodzeniem konkurować z Egiptem.
Hetyckie mocarstwo powstało na terenie dzisiejszej Anatolii. Między trzecim, a drugim tysiącleciem przed naszą erą znajdowała się tam kraina historyczna Hatti, zamieszkana przez osiadły lud noszący tę samą nazwę. Około 2000 r. p.n.e. Hatti (znani również jako Protohetyci) zostali wyparci lub wchłonięci przez przybyłe zza Kaukazu koczownicze plemiona. Nomadzi ulegli głębokim wpływom zastanej kultury. Przyswoili sobie hatyckie wierzenia wraz z językiem hattili (którego używali jedynie w celach religijnych, na co dzień posługując się językiem nesyckim – nasili/nesumnili), a także przejęli nazwę Hatti, pod którą występują we współczesnych sobie źródłach pisanych. W rezultacie również dzisiaj określa się ich mianem Hetytów, chociaż chyba bardziej uzasadnione byłoby używanie tej nazwy w odniesieniu do ich poprzedników.
Początkowo na terenie nowych ziem Hetyci stworzyli jedynie małe autonomiczne miasta-państwa. Pierwsze próby poddania ich wspólnemu panowaniu nastąpiły na przełomie XVIII i XVII w. p.n.e. Zostało wtedy podbite m.in. Hattusas, wzniesione jeszcze przez Protohetytów. Najeźdźcy nie tylko je zniszczyli, ale również przeklęli, przestrzegając swoich następców przed próbami odbudowy. Pomimo klątwy około połowy XVII w. p.n.e. spustoszone miasto zostało ponownie zamieszkane i podźwignięte z ruin. Nowy władca na cześć tego wydarzenia zmienił wcześniejsze imię na Hattusilis, a Hattusas (znane również jako Hattusza) ogłosił swoją stolicą, z której rządząc, skonsolidował hetyckie państwo, stając się założycielem królestwa i jego pierwszym monarchą.
Hattusilis I i jego następcy ze zmiennym szczęściem władali różnymi obszarami Azji Mniejszej przez blisko 500 lat. Początkiem ich podbojów było obalenie silnej Syrii. Następnie Hetyci uderzyli na Babilonię i zdobyli jej stolicę, co napawało dumą kolejne hetyckie pokolenia. Wkrótce jednak karta się odwróciła – atak Hurytów i pałacowe intrygi osłabiły królestwo do tego stopnia, że nie było ono w stanie utrzymać swoich zdobyczy. Nastąpił okres przeplatających się klęsk i sukcesów, aż w końcu państwo znalazło się o krok od całkowitej zagłady. Od katastrofy ocaliło je wstąpienie na tron Suppiluliumasa I (około 1380 r. p.n.e.), genialnego władcy, który zapoczątkował działania prowadzące do powstania potężnego imperium.
Około 1285 r. p.n.e. doszło pod Kadeszem do zbrojnej konfrontacji z Egiptem. Bitwa prawdopodobnie nie została rozstrzygnięta, umocniła jednak panowanie Hetytów nad Syrią i wprowadziła stan równowagi między obiema potęgami. Później zapanowały pomiędzy nimi przyjazne stosunki, a porozumienie zostało przypieczętowane, gdy faraon Ramzes II pojął za żonę hetycką księżniczkę. Stan pokoju i pomyślności utrzymywał się jeszcze przez niecałe 100 lat, po czym około 1190 r. p.n.e. mocarstwo runęło pod naporem tzw. ludów morza. Ostatnie państewka późnohetyckie zostały podbite przez Asyrię w latach 711–708 p.n.e. Potem Hetyci odeszli w zapomnienie, jeśli nie liczyć nieprecyzyjnej wzmianki w Starym Testamencie.
W 1834 r. n.e. w pobliżu tureckiego miasteczka Boğazkale odkryto starożytne ruiny. Pojawiły się domniemania, że może to być pozostałość po biblijnych Hetytach. Badania archeologiczne w 1906 r. dostarczyły dowodów, że znaleziono Hattusas – najważniejsze miasto potężnego niegdyś imperium. W trakcie prac natrafiono na królewskie archiwum, zawierające znaczną liczbę glinianych tabliczek zapisanych pismem klinowym. Po ich odczytaniu na poły mityczne królestwo nabrało bardzo rzeczywistych kształtów.
Podróżując po Turcji, wiedziałem, że muszę zawitać również do Hattuszy. Opierając się na danych zawartych w przewodniku, wraz z moją towarzyszką wsiadłem w Ankarze do autobusu, który miał nas zawieźć do Sungurlu. Dalej, do Boğazkale, miały kursować jedynie dolmusze (odpowiednik naszych busów) i taksówki. Próbowałem potwierdzić tę informację u autokarowej stewardessy. Niestety, moje zagajenie: „Do you speak English?”, natrafiło na gardłowo szczekniętą kontrującą odpowiedź: „Nein!”. Przez jakiś czas miałem wrażenie, że jesteśmy niemile widzianymi pasażerami. Głupie uczucie prysło, gdy prosząc o dodatkową ciepłą herbatę, wspomniałem, że moja kompanka jest hasta. To jedno z zaledwie kilku znanych przeze mnie tureckich słów sprawiło, że chorą Polkę otoczono troskliwą opieką.
Bariera językowa została przełamana w Sungurlu, gdzie wśród ludzi oczekujących na inne połączenia obsługa autokaru znalazła osobę władającą angielskim. Niestety, nikt nic nie wiedział o dolmuszach, więc sugerowano nam wzięcie taksówki, czym akurat nie byliśmy zainteresowani. Ostatecznie stanęło na tym, że zostaniemy podwiezieni jeszcze parę kilometrów, do skrzyżowania z drogą na Boğazkale. Chcieliśmy tam spróbować szczęścia w autostopie, ale zaledwie w kilka minut po odjeździe autobusu pojawił się właściwy dolmusz, który jakoby miał nie kursować.
Busik kluczył po bocznych drogach, rozwożąc pasażerów po wioseczkach zagubionych wśród anatolijskich wzgórz. Wysiadająca w jednej z nich stareńka Turczynka gorąco zachęcała nas, byśmy zatrzymali się u niej na dzień lub dwa. Grzecznie odmówiliśmy, spieszno nam było do hetyckich ruin. I do dzisiaj trochę żałuję, że nie pozwoliliśmy sobie wtedy na odrobinę improwizacji i nie zakosztowaliśmy gościnności tureckiej wsi.
Sporo kilometrów dzieliło nas jeszcze od pożądanego przez nas końca trasy, kiedy dolmusz się opróżnił. Kierowca uznał, że dalsza jazda jedynie z dwójką pasażerów jest dla niego nieopłacalna. Na jednym z kolejnych skrzyżowań zwrócił nam całą opłatę za przejazd, po czym... zaczął łapać dla nas stopa. Po kilkunastu minutach zatrzymała się furgonetka, która dowiozła nas już do celu.
Do Boğazkale dotarliśmy późnym popołudniem, zbyt późno, żeby tego samego dnia wybrać się na zwiedzanie. Niemal w centrum miasteczka, na niewielkim trawniku przed głównym wejściem do pustawego hotelu, rozbiliśmy nasz namiot. Bynajmniej nie była to z naszej strony jakaś ekstrawagancja czy bezczelność – właściciel hotelu zapytany o kamping wskazał nam to właśnie miejsce. Dobrze, że było ono choć trochę osłonięte drzewami, dawało nam to poczucie minimum kameralności.
Nazajutrz weszliśmy wreszcie na teren starożytnego miasta. W pierwszej chwili Hattusas trochę mnie rozczarowało, jednak w miarę zwiedzania coraz mocniej oddziaływał na mnie nastrój tego miejsca. Podejrzewam jednak, że lągł się on przede wszystkim w mojej głowie, kiedy próbowałem sobie wyobrazić tętniącą życiem metropolię sprzed ponad 3000 lat. W gruncie rzeczy dla laika jest to rozległy obszar monotonnych ruin, pomiędzy którymi może on jednak znaleźć kilka ciekawostek.
Pierwszym zabytkiem, do którego trafia się po minięciu kasy biletowej, jest Büyük Mabed, czyli Wielka Świątynia Boga Burzy Teszupa i Bogini Słońca Hepat – najważniejszych postaci z nader rozległego panteonu bóstw (w tekstach hetyckich są wzmianki o tysiącu bogów Hatti). Teszup i Hepat były bóstwami huryckimi, które zostały zaadaptowane przez religię Hetytów i utożsamione z wcześniejszymi Tarhu i Wurusemu.
Büyük Mabed to rozległy kompleks, prawie samodzielne miasto z własnym systemem kanalizacyjnym i magazynowym. Szarzyznę starych murów ubarwiają ceglastego koloru stągwie eksponowane w pozostałościach jednego ze spichrzów i zielony sześcian kamiennego ołtarza. Wkrótce po opuszczeniu Wielkiej Świątyni ułatwiająca zwiedzanie dróżka rozwidla się, tworząc pętlę opasującą skłon wzgórza, na którym leży Hattusas. Po około kilometrze prawa odnoga doprowadza do Bramy Lwów – resztek masywnego portalu z rzeźbami lwów, które miały strzec miasta i odstraszać napastników.
W Hattusas są trzy bramy. Moim zdaniem, najlepiej prezentuje się wspomniana Brama Lwów. Oprócz niej można jeszcze zobaczyć Bramę Sfinksów i Bramę Królewską. Swoje nazwy zawdzięczają one zdobiącym je postaciom, nietrudno więc domyślić się, jakie stworzenia wyrzeźbiono na Bramie Sfinksów. Niestety, obecnie znajdują się one w muzeach w Stambule i w Berlinie. Podobny los spotkał majestatyczną postać z reliefu Bramy Królewskiej; oryginalną płaskorzeźbę, która trafiła do Muzeum Hetyckiego w Ankarze, zastąpiono kopią.
Obok Bramy Sfinksów zachował się 75-metrowy tunel pod murami miasta, niegdyś zapewne tajne wyjście, pozwalające na zbrojne wypady w razie oblężenia lub na ucieczkę w przypadku klęski. Jest to o tyle ciekawy obiekt, że powstał jeszcze przed wynalezieniem sklepienia łukowego. Hetyccy budowniczowie zastosowali ukośne kamienne mury, wsparte o siebie w szczycie. Powstało sklepienie, które choć prymitywne, to jednak potrafiło przetrwać tysiąclecia.
Według przewodnika, na zwiedzanie Hattusas trzeba poświęcić około trzech godzin. My, kontemplując Historię, spędziliśmy ich znacznie więcej i omal nie brakło nam czasu na odwiedzenie Yazılıkaya – hetyckiego sanktuarium oddalonego o około trzy kilometry od niegdysiejszej stolicy.
Ocknęliśmy się dość późno, więc próbowaliśmy zyskać trochę czasu pospiesznym marszem i ścinaniem niektórych zakrętów drogi. Podczas jednego z takich skrótów ujrzeliśmy dwóch mężczyzn biegnących w naszą stronę. Spodziewaliśmy się awantury, a tymczasem okazało się, że właśnie omijaliśmy pełen zalet hotel, na co chcieli zwrócić naszą uwagę jego właściciele. Dowiedziawszy się, że jesteśmy już zakwaterowani gdzie indziej, byli niepocieszeni. Zaproponowali, żebyśmy przynajmniej spróbowali ich kuchni, co obiecaliśmy uczynić po zakończeniu zwiedzania.
Słowo „Yazılıkaya” pochodzi z języka tureckiego i znaczy tyle, co skała z inskrypcją. Nazwano tak kompleks dwóch niewielkich wapiennych wąwozów, których ściany pokrywają płaskorzeźby przedstawiające hetyckie bóstwa i króla Tuthalijasa IV. Przez długi czas te naturalne skalne galerie pełniły funkcję sanktuarium pod gołym niebem. Dopiero pod koniec panowania Hetytów, w tym najświętszym miejscu ich imperium wzniesiono bramy i świątynie, których fundamenty zachowały się do dzisiaj.
Chociaż Yazılıkaya jest znacznie mniejsze niż Hattusas, to jednak również i tu można się zasiedzieć i spędzić dużo czasu. Powiedziałbym nawet, że jego tchnąca tajemniczością i dostojeństwem sceneria jeszcze bardziej oddziałuje na wyobraźnię niż ruiny pobliskiego miasta. Odprawiane w takiej oprawie rytuały musiały nadzwyczaj silnie poruszać ich uczestników – taka jest rola każdej świątyni. Yazılıkaya jest jednak czymś o tyle nadzwyczajnym, że zostało stworzone przez naturę. Człowiek otrzymał gotowe sanktuarium, do którego musiał jedynie wprowadzić elementy sacrum.
W Boğazkale spędziliśmy zaledwie półtora dnia. To był dopiero początek września, bardzo dobra pora na zwiedzanie Turcji – a jednak innych turystów widzieliśmy niewielu. Być może hetyckie pozostałości nie są tak popularne, jak inne atrakcje tego rozległego kraju. Jeśli tak, to nie pierwszy raz przekonałem się, że warto odwiedzać również miejsca leżące w bok od najbardziej uczęszczanych szlaków. A może przede wszystkim warto odwiedzać właśnie takie miejsca?
_ Tekst i zdjęcia: Piotr Reguła _
_ Źródło: Globtroter _