Trwa ładowanie...
d1os33p

Atrakcje w klatce - ciemna strona turystyki

Gdybyśmy wiedzieli, jaką traumę przeżywają egzotyczne zwierzęta, zmuszane do życia w nienaturalnym środowisku, być może nie pragnęlibyśmy tak bardzo spotkać się z nimi oko w oko?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Atrakcje w klatce - ciemna strona turystyki
(paintings Shutterstock)
d1os33p

Gdybyśmy wiedzieli, jaką traumę przeżywają egzotyczne zwierzęta, zmuszane do życia w nienaturalnym środowisku, być może nie pragnęlibyśmy tak bardzo spotkać się z nimi oko w oko.

Zamarłam. Do wyjścia na scenę na podróżniczym festiwalu przygotowywał się kolejny prelegent. Wyciągał z plecaka atrybuty do pokazania publiczności. Wśród nich: alkohol z wężem w środku. – No i co z tego, że nielegalne? W tamtej wiosce wszyscy to sprzedają, a celnicy nie znaleźli, więc z czym masz problem? Problem mam, i to od dłuższego czasu. Właściwie od chwili, gdy znalazłam te liczby: w latach 50. turystycznie podróżowało 25 milionów osób, w roku 2000 był to już prawie miliard, prognozy na rok 2020 mówią o półtora miliarda. Gigantyczna armia na wakacjach.

Dlaczego człowiek w podróży tak bardzo pragnie spotkać się oko w oko z egzotycznym zwierzęciem? Bo to wręcz kwintesencja przygody, zaszczepiona nam już w dzieciństwie. Kto z nas nie chciał, by dzikie, wolne zwierzę obdarzyło go swą przyjaźnią? By wzorem Stasia i Nel spojrzeć na świat z grzbietu słonia albo, tak jak bohater filmu „Flipper”, pływać z delfinem? Na przyjaźń dzikiego zwierzęcia w czasie dwutygodniowego urlopu szans nie mamy, ale od czego jest przemysł turystyczny? Płacisz i masz. Internet pełen jest zdjęć zwykłych ludzi i reporterów pozujących z dzikimi zwierzętami. Co w tym złego? To, że zbyt rzadko zastanawiamy się, jaką cenę płacą zwierzęta za naszą rozrywkę.

Zabójcza miłość
Być może widzieliście ten filmik: pieszczoch małpiatka podnosi łapki podczas głaskania po brzuchu. Wygląda to uroczo i zabawnie. Tyle, że dla niego zabawne to nie jest. My ludzie mamy naturalną skłonność do przypisywania zwierzętom ludzkich zachowań. Więc mało komu z oglądających ten filmik przychodzi do głowy, że w rzeczywistości małpiatka lori pokazuje tym gestem, że jest przerażona. Ma do tego powody. Na pewno została złapana na wolności (bo w niewoli te zwierzęta się nie rozmnażają), przed sprzedaniem wyrwano jej zęby (najpewniej bez znieczulenia), przeżyła traumatyczny transport (stłoczona z innymi, często martwymi małpiatkami), a światło sprawia jej ból (bo to zwierze nocne). Jedyne, co się zgadza, to fakt, że lori wyglądają słodko. I że wiele dzieci po obejrzeniu filmiku chciałoby mieć je w domu. Efekt? Lori stały się gatunkiem zagrożonym, ale popyt na nie wcale nie maleje. To nie jedyny przypadek, gdy ludzka miłość okazuje się zabójcza dla zwierząt.

fot. A_Lesik / Shutterstock.com

Delfinom sławę przyniósł serial „Flipper”. Są piękne, a przy tym wyglądają, jakby się stale uśmiechały. Nic dziwnego, że ludzie ulegają złudzeniom, jakoby delfiny świetnie się bawiły, skacząc przez obręcze. Kulisy działalności morskich parków rozrywki pokazały filmy „Blackfish” i „Zatoka delfinów”. Większość zwierząt pochodzi z krwawych odłowów – szacuje się, że na jednego żywego delfina w delfinarium przypada śmierć nawet dziesięciu innych osobników. Więzienie jest dla nich torturą: te niezwykle inteligentne stworzenia cierpią wskutek utraty stada (będącego odpowiednikiem naszej rodziny), do tego dochodzi zbyt głośna muzyka (mają doskonały słuch). Tresura polega na głodzeniu nazywanym „procesem adaptacyjnym”. Połowa zwierząt go nie przeżywa. By zrozumieć dramat delfinów w niewoli, trzeba sobie też uświadomić, że nawet największy basen jest dla nich rozpaczliwie małą klatką. Na wolności przepływają ponad sto kilometrów dziennie i potrafią nurkować na głębokość do trzystu metrów. Do tego woda często jest
dla nich zbyt gorąca, a chlor powoduje choroby skóry i oczu. Problem w tym, że ludzie, dopóki nie znają niewygodnej prawdy, chcą delfiny oglądać, a to sprawia, że z kolejnych polowań odławia się osobniki do zastąpienia tych, które padły. Bo informacje, że wszystkie urodziły się w niewoli w delfinarium, od razu włóżcie między bajki.

fot. Benny Marty / Shutterstock.com

Żywe maskotki
Być w Azji i nie przejechać się na słoniu? Też to zrobiłam, gdy wiele lat temu po raz pierwszy dotarłam do Indii. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, skąd bierze się słonie do wożenia turystów. Że maluchom zabija się ich matkę, a je same bije, głodzi i torturuje, aż poddadzą się woli człowieka. W sieci bez trudu znajdziesz zdjęcia i filmy pokazujące, jak to wygląda. Wystarczy wpisać „elephant” i „pajaan” (po tajsku oznacza to proces łamania słonia). Nikt, kto je obejrzał, nie chce na słonia wsiadać. Ani fotografować kolosa wędrującego po ulicy, bo datki za zdjęcia także wspierają ten proceder. Problem w tym, że widząc fotografię znanego podróżnika czy reporterki na słoniu, uznajemy, że to etyczna rozrywka. Cierpienie zwierząt trwa dalej. Popyt kreuje podaż - tak dzieje się w Tiger Temple Sanctuary. Nagromadzenie „świętości” w nazwie sugeruje, że w miejscu prowadzonym przez mnichów naprawdę chodzi o dobro tygrysów, a nie o pieniądze. Jak do tej pory, dzięki hojności odwiedzających, udało się zbudować
okazałą świątynię, jednak byt zwierząt nie poprawił się ani na jotę. Kiedy małe tygryski mają dwa tygodnie, zabiera się je matce (na wolności żyją z nią dwa lata) i daje ludziom jako żywe maskotki. Gdy dorosną, mają dwie ścieżki „kariery”: otumanione lekami będą pozować do zdjęć na łańcuchu lub zostaną sprzedane na potrzeby wyrobów „tradycyjnej medycyny azjatyckiej”. Kupując bilet do świątyni, płacąc za zdjęcia z tygrysem i karmienie maluchów, utrzymujesz lukratywny biznes, który z dobrem zwierząt nie ma nic wspólnego.

Tekst: Anna Olej-Kobus, www.podroze.pl

d1os33p

Podziel się opinią

Share

d1os33p

d1os33p