Trwa ładowanie...
d1o1m1p

Cezary Wyszyński - Polak wśród łowców głów

Rekonstruktor historyczny, rzemieślnik, wreszcie fotograf i podróżnik – pasjami Cezarego Wyszyńskiego by można obdzielić kilka osób. Jego najnowszym osiągnięciem jest nagroda fotograficzna przyznana przez publiczność na tegorocznych Kolosach – ogólnopolskich spotkaniach podróżników. W ekskluzywnym wywiadzie dla Wirtualnej Polski opowiedział o wyprawie do Indii, łowcach głów i o tym, co można kupić za 60 groszy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Cezary Wyszyński - Polak wśród łowców głów
(Desiree van Thiel)
d1o1m1p

Rekonstruktor historyczny, rzemieślnik, wreszcie fotograf i podróżnik – pasjami Cezarego Wyszyńskiego można by obdzielić kilka osób. Jego najnowszym osiągnięciem jest nagroda fotograficzna przyznana przez publiczność na tegorocznych Kolosach – ogólnopolskich spotkaniach podróżników. W ekskluzywnym wywiadzie dla Wirtualnej Polski opowiedział o wyprawie do Indii, łowcach głów i o tym, co można kupić za 60 groszy.

WP: Skąd się wziął pomysł wyjazdu do Indii?

Chciałem tam pojechać głównie dla fotografii. Wszystko zaczęło się dwa lata temu – najpierw była Tajlandia, potem Kambodża, później Wietnam. Do dwóch pierwszych krajów pojechałem z pożyczonym aparatem. Wieczorami uczyłem się przez internet, co to jest ISO, poznawałem tajniki fotografii, bo kompletnie nie wiedziałem jak go obsługiwać. Codziennie wychodziłem na zewnątrz, robiłem zdjęcia, wracałem do hotelu niezadowolony, czytałem poradniki i dalej pstrykałem. W kolejnym roku był Wietnam, tam już świadomie jechałem jako fotograf, kupiłem też dobry sprzęt. Udałem się tam z nastawieniem, żeby właśnie artystycznie obserwować świat przez obiektyw. A dlaczego same Indie? Strasznie interesuje mnie Azja – ze względu na jedzenie, ludzi i cały koloryt. Fascynuje mnie dzika Azja – nie np. Japonia, ale dzicy ludzie. Z tego samego powodu chciałbym też pojechać do Afryki. Nie interesuje mnie współczesna cywilizacja – ciekawi mnie to, jak ludzie sobie radzą w trudnych warunkach, jak się ubierają i żyją. To właśnie
tam jest niesamowita liczba kultur, diametralnie różnych od naszej. Chcieliśmy z Desiree (partnerka Cezarego - przyp. red.) odnaleźć kultury plemienne, dlatego zaczęliśmy naszą podróż od Nagaland, stanu w północno-wschodnich Indiach. Gdy ludzie pytali mnie gdzie byłem, a ja mówiłem, że w Nagaland, to spotykałem się z ogromnym zdziwieniem. Niewiele osób tam jeździ, to nie jest typowy turystyczny kierunek w tym kraju, może jeden promil odwiedzających Indie tam dociera. To także spowodowało, że chcieliśmy tam jechać.

d1o1m1p

WP: Mieliście jasno sprecyzowany plan wyjazdu, co chcecie zobaczyć czy raczej pomysły pojawiały się po drodze?

Z grubsza mieliśmy plan, bo przygotowania zacząłem od sprawdzenia, gdzie w grudniu będą odbywały się ciekawe wydarzenia i pod to dopasowaliśmy nasz wyjazd. W Nagaland na początku grudnia odbywa się Hornbill - festiwal 17 plemion, nazywany "festiwalem festiwali". Chcieliśmy odwiedzić parki narodowe i plemiona, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, ile czasu tam spędzimy. Plan podróży cały czas ewoluował – myśleliśmy, że w danym miejscu zostaniemy jeden dzień, a zostaliśmy cztery i rezygnowaliśmy z innego miejsca. Tak na przykład było w Ziro, stanie Arunachal Pradesh w północnych Indiach, gdzie chcieliśmy odwiedzić kobiety z plemienia Apatani, które umieszczały sobie rogowe zatyczki w nosach. Zależało mi, żeby odwiedzić miejsca i poznać zwyczaje, które być może za 10, 20 lat nie będą już istnieć. Tak samo było z ostatnimi łowcami głów z plemienia Konyak, których pozostało może ze 100-200.

Fot. Cezary Wyszyński

d1o1m1p

WP: Jak udało ci się spotkać łowców głów?

Cała historia Nagaland jest związana ze zwyczajem pozbawiania wrogów głów. 17 żyjących tam plemion non stop prowadziło wojny podjazdowe i nawzajem się wyżynało. Nie prowadzili regularnych bitew czy wojen, jakie znamy z historii Europy, bardziej przypominało to partyzantkę. Dlatego wiele wiosek w Nagaland wciąż jest położonych na szczytach gór czy niedostępnych zboczach - prowadziło do nich tylko jedno, silnie strzeżone wejście. Integralną częścią ich kultury było obcinanie głów wrogom i przynoszenie ich do wioski. Czaszki układano w stosy, a w każdej wiosce było ich nawet kilka tysięcy, bo zbierano je przez pokolenia. Obecnie jedno z takich miejsc ma status muzeum, gdzie można te czaszki oglądać. Niegdyś było możliwe to w każdej wiosce. Jednak w II poł. XX w. pojawił się człowiek cywilizowany i przyniósł religię chrześcijańską. Zwyczaj obcinania głów i ich gromadzenia uznano za zły, a tradycja wystawiania czaszek na widok publiczny zaczęła zanikać. Na początku lat 70. XX w. zakazano oficjalnie procederu
obcinania głów, a czaszki zakopano. Ostatni łowcy głów to starzy ludzie – z wyglądu mają po 70, 80 lat, zresztą oni sami nie wiedzą kiedy się urodzili. Są wytatuowani na twarzach, klatce piersiowej i plecach. Tatuaż był wykonywany, gdy chłopak zabił po raz pierwszy i obciął głowę - był to swoisty rytuał inicjacji. Nie musiało się to odbyć w bitwie. W pojedynku mógł po prostu obciąć głowę osobie z wrogiego plemienia, mogła należeć do kobiety czy dziecka – ważny był sam akt. Dzięki temu stawał się mężczyzną i zyskiwał prestiż. Wojownicy noszą na szyjach wisiory z miniaturkami głów – to znak, że obcięli przynajmniej jedną. Są wciąż dumni z tej tradycji, a niektórzy mają po pięć takich główek. Jeden z łowców tłumaczył mi, że jeśli on obciął trzy głowy, a jego ojciec dwie, to on ma prawo do noszenia wisiorka z pięcioma główkami. W ciągu czterech dni udało mi się spotkać ponad 20 takich wojowników. Dowiedziałem się m.in., że króla wioski w Nagaland można rozpoznać nie po ilości biżuterii czy wisiorach z
główkami, a po niebieskich koralikach zawiązanych... pod kolanem. Najwięcej łowców głów zostało w plemieniu Konyak i oni najdłużej celebrowali tę makabryczną tradycję. Niestety – z racji tego, że zwyczaj został zakazany wiele lat temu, obecnie dawni wojownicy musieli sobie znaleźć nowe miejsce w społeczeństwie, w którym ich umiejętności już nie są dłużej potrzebne. Są zmuszeni do prowadzenia gospodarstw czy zajmowania się handlem, np. sprzedawania bananów przy drodze.

WP: Jak doszło do zrobienia zdjęcia, które dostało nagrodę na Kolosach?

Już dzień wcześniej zauważyłem tę kobietę, gdy żebrała na stopniach świątyni w Udajpur. Miała foliowy worek na głowie i wydawała się być kompletną wariatką. Zachowywała się naturalnie, cały czas gadała, śmiała się, robiła miny, dopóki nie zobaczyła, że ją fotografuję. Żeby zrobić to zdjęcie musiałem zapłacić jej 10 rupii (ok. 60 groszy). To standardowy datek dla żebraka – za to może sobie kupić ciapaty, indyjskie chlebki. Kolejnego dnia cały dzień byłem w Udajpur, kręciłem się po mieście i ok. 17:00 już szedłem do naszego hotelu. Przechodziłem koło świątyni i patrzę, a ona tam jest! Podszedłem bliżej, grzebała w torbie, szukała papierosa, całkowicie zajęta sobą. W ogóle mnie nie widziała. Gdy zaczęła odpalać skręta i wypuszczać dym, puściłem serię z aparatu. Moment, w którym zrobiłem jej zwycięskie zdjęcie to właśnie ta chwila, kiedy kątem oka mnie przyuważyła. Zrobiłem w sumie kilkanaście ujęć, jak się zaciąga i wypuszcza dym. Cała sesja trwała może z pięć sekund.

Fot. NAGRODA PUBLICZNOŚCI Najlepsze zdjęcie wystawy FotoGlob 2015, Cezary Wyszyński, "Wyrocznia z Udaipur. Ona już wie"

d1o1m1p

WP: Miejsca, po których podróżowaliście, są rzadko odwiedzane przez turystów. Jaki jest tam stosunek do białych ludzi? Czy jest tam bezpiecznie?

Przez 3 tygodnie mieliśmy wynajętego przewodnika, bez którego w ogóle byśmy nie mogli podróżować. Znał lokalne narzecza i języki, pomagał nam docierać do ciekawych miejsc. Bez niego dotarcie do pewnych ludzi zajęłoby nam ze cztery razy więcej czasu, gdybyśmy to robili na własną rękę. Mieliśmy tylko trzy tygodnie na cały region północno-wschodni, by zmieścić się z kilkoma tematami, m.in. z festiwalem Hornbill, szukaniem łowców głów na północy Nagaland czy parkami narodowymi w stanie Assam. Do tego chcieliśmy jeszcze odwiedzić Arunachal Pradesh i kobiety, które jeszcze do lat 70. XX w. umieszczały w nosach rogowe zatyczki i tatuowały twarze. W Indiach jest bezpiecznie dla turysty, który przede wszystkim sam w sobie jest egzotyką – jesteśmy od nich wyżsi, silniejsi, nikt nie próbował nas atakować. W dużych aglomeracjach są dzielnice, gdzie może być niebezpiecznie, ale to jak w każdym dużym mieście na naszym globie, natomiast w dziczy, po której się poruszaliśmy, jest całkowicie bezpiecznie. Przewodnik był
nam potrzebny raczej by dotrzeć do ciekawych zakątków, porozumieć się z ludźmi. Mimo, że Indie z reguły są bardzo tanie – można się najeść do syta już za 3 zł, a ceny noclegów zaczynają się od 20 zł - to w Nagaland płaciliśmy 40 euro za dobę (ok. 160 zł) za dwuosobowy pokój z betonowych ścian i podłóg, bez dywanów i ogrzewania, bez gorącej wody w toalecie, gdzie w nocy było ok. zero stopni.

WP: Gdzie macie zamiar wybrać się w kolejną podróż?

Afryka. Chcemy pojechać do Etiopii i odwiedzić plemiona Hamer i Mursi.

Rozmawiała Agnieszka Tarasiuk

Więcej zdjęć z wypraw Cezarego Wyszyńskiego znajdziecie w serwisie Facebook

d1o1m1p

Podziel się opinią

Share

d1o1m1p

d1o1m1p