Trwa ładowanie...
d1o1m1p

Jak polski górnik przysłużył się boliwijskiemu diabłu

Był już generałem w podróży po Indiach, budowniczym krematorium
w Singapurze, a podczas podróży po Ameryce Południowej brano go
za księdza-misjonarza. W swojej najnowszej książce „Hajer na andyjskim szlaku”, emerytowany górnik (Hajer) z Katowic – urodzony gawędziarz, opowiada, m.in. jak przechytrzył złego Latynosa, o karnawale w boliwijskiej Tupizie, rytualnym piciu legendarnego napoju ayahuasca i świętowaniu urodzin gitarzysty U2.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jak polski górnik przysłużył się boliwijskiemu diabłu
(Mieczysław Bieniek)
d1o1m1p

Był już generałem w podróży po Indiach, budowniczym krematorium w Singapurze, a podczas podróży po Ameryce Południowej brano go za księdza-misjonarza. W swojej najnowszej książce „Hajer na andyjskim szlaku”, emerytowany górnik (hajer) z Katowic – urodzony gawędziarz, opowiada, m.in. jak przechytrzył złego Latynosa, o karnawale w boliwijskiej Tupizie, rytualnym piciu legendarnego napoju ayahuasca i świętowaniu urodzin gitarzysty U2.

Gdy kilka lat temu sięgałem po książkę Mieczysława Bieńka „Hajer jedzie do Dalajlamy” (2010), przekonał mnie do niej gawędziarski styl opowiadania, niewymuszona szczerość, ale i obrazowość języka podróżnika. Ujmujące było to, jak Bieniek opowiadał o swojej rodzinie i dzieciństwie na Śląsku. A już jego spontaniczna decyzja o wyprawie do Indii była czymś, co można porównać do szalonej jazdy rollercoasterem. Bo pomyślmy tylko, ledwie wychodzi człowiek z życiem z poważnego wypadku w kopalni. Długo się leczy i jako rekonwalescent mówi żonie, że dobrze zrobiłoby mu odwiedzenie kolegi w Szczyrku. Do kolegi jednak nie dociera, bo wcześniej kupił w tajemnicy bilet lotniczy do Delhi. Gdy otrząśnie się po pierwszym przerażeniu nowym miejscem, zanurza się na kilka miesięcy w indyjskim tyglu.

Pomiędzy turystyką a włóczęgą

Bieniek nie jest zwykłym wojażerem, turystą – choć takim każdy z nas w życiu przynajmniej jeden raz był, jest i pewnie pozostanie. Nasz bohater złapał bowiem bakcyla prawdziwej przygody, która nierozerwalnie wiąże się z włóczęgą. Ma przy tym w sobie coś z sowizdrzała, wesołka, który potrafi śmiać się z siebie, ze swej niefrasobliwości, a nawet głupoty, której skutki mogłyby okazać się tragiczne. Tak jak choćby podczas incydentu na granicy indyjsko-pakistańskiej, gdy podczas rewizji samowolnie rozebrał się „do rosołu”, chcąc udowodnić, że nic nie szmugluje. Podobnie jest, gdy nieodpowiednio ubrany wchodzi na ekwadorski *wulkan Cotopaxi *(5897 m n.p.m.) i odmraża nogi. A gdy dodajmy do tego jeszcze jazdę autobusem po boliwijskich górach z pijanym kierowcą oraz dramatyczne chwile, kiedy na jednym z postojów podróżnik traci czucie od pasa w dół, to mamy próbkę emocji, jakich dostarczają jego podróże. O tych i wielu innych podobnych przypadkach w trakcie podróży sugestywnie pisze w książce „Hajer na
andyjskim szlaku”.

d1o1m1p

W podróży do *Dalajlamy *pewnym rodzajem legitymacji, która otwierała różne furtki, okazywało się zdjęcie w galowym mundurze górniczym z orderami. Po prostu sugerował bezczelnie, że jest VIP-em. Innym gadżetem przez niego wykorzystywanym w awaryjnych sytuacjach były stare banknoty ze Świerczewskim i Waryńskim. W razie potrzeby znakomicie się sprawdzają, gdy ktoś przykłada mu spluwę do brzucha i woła: Gringo, Money! Wtedy plik Świerczewskich prosto z drukarni robi swoje.

*Latynoski temperament: od strajku, po karnawał *

Przylot Bieńka do Bogoty zbiegł się z kilkudniowym strajkiem studentów przeciwko wprowadzaniu opłat za studia. Widzi, jak w zwarty szereg policji leci, wyrzucany przez studentów, grad kolorowych pocisków z farbą. Potem na pierwszą linię wychodzą dziewczyny z obnażonymi piersiami, skutecznie zmiękczając rozdrażnionych mundurowych. Takie scenki prosto życia Bieniek wspaniale uwiecznia na swoich fotografiach.

Karnawał w boliwijskiej Tupizie był kolejną okazją, aby zatopić się w kolorowym tłumie i przyjrzeć się szalonym miejscowym zwyczajom. Wcześniej od polskiego misjonarza dostaje pouczenie: „Idź i baw się, ale po zmroku lepiej grzecznie wracaj do łóżka, bo jak będziesz miał pecha, to cię mogą nawet zgwałcić…”. Okazało się, że misjonarze na czas karnawału dają Indianom dyspensę. Ci ostatni uważają bowiem, że w dniu ukrzyżowania Chrystusa Pan Bóg w niebie płacze, a pod krzyżem zalewa się łzami Matka Boska, czyli nikt niczego nie widzi. Można wtedy robić co się chce, bo władzy na świecie nie ma. Podobno nawet dla sądów jest to okoliczność łagodząca. Czyli panuje jedna wielka rozpusta w rytmie latynoskich melodii.

Ciągnie Hajera pod ziemię

W kopalni „Wieczorek” Bieniek przepracował 27 lat. Na koniec omal nie stracił tam życia. A jednak sentyment do tego, co dzieje się pod ziemią, pozostał, bo górnikiem zostaje się na całe życie. Gdy przyjechał do Potosi, miasta słynnego z kopalni srebra, usłyszał: „Musisz kupić jedynie sto gram spirytusu, paczkę papierosów eukaliptusowych, rękawiczki i dwie laski dynamitu”. Taka była cena wejścia do kopalnianego szybu.

d1o1m1p

Tamtejsi Indianie wierzą bowiem, że dla zapewnienia bezpieczeństwa, trzeba diabłu Tio złożyć wspomniane dary. Karnawałowo wystrojony diabeł Tio puścił dymka, a po łyknięciu gorzały zaświecił oczami. Okazało się, że pomimo tylu lat pracy pod ziemią, rodzimego Skarbnika, czyli dobrego ducha kopalni, Bieniek nigdy nie widział. Tu natomiast diabłu nawet się przysłużył.

Nasz podróżnik miał też okazję poznać tragiczne warunki pracy tamtejszych górników. Porównuje je do siedzenia na beczce prochu. W takiej chwili budzi się w nim refleksja: „Boże jak to dobrze, że urodziłem się górnikiem w Polsce, a nie w Boliwii”. Trudno się zatem dziwić, że góra Cerro Rico, w której znajdują się kopalnie srebra, pochłonęła przez kilka wieków tysiące, a według niektórych źródeł nawet miliony ofiar.

Od koki do ayahuaski

Postkolonialne Cuzco, Machu Picchu, plaże Santa Marty, Arequipa, wyspy na jeziorze Titicaca… w tych miejscach przecinają się ścieżki uprawiających turystykę i włóczęgę. Trafia tu także Bieniek, ale on do tych miejsc dociera albo autostopem, albo korzystając ze sprawdzonych patentów. Ważne też, że nie zaspokaja się garścią egzotyki przygotowaną dla turystów, ale próbuje podejrzeć choćby codzienne życie tamtejszych mieszkańców, które niejednokrotnie ma podwójne oblicze. Tak dzieje się choćby na wyspach na jeziorze Titicaca, gdy prymitywni zdawałoby się mieszkańcy po odjechaniu fali turystów wyciągają z kątów telewizory i inne nowoczesne gadżety. Ważniejsze w podróżowaniu Bieńka jest jednak to, co wydarza się poza utartymi szlakami. Po poszukiwaniu złota z dziećmi indiańskiego przewodnika otrzymuje ostrzeżenie: „Gdy zdradzisz miejsce, gdzie jest nasze złoto, to wyślemy dusze tych węży, by cię udusiły”. Pojawia się u Bieńka też głębsza refleksja: „oni chcą chronić to miejsce i czerpać
każdego dnia tyle złota, ile jest niezbędne do przeżycia, a nam ludziom Zachodu ciągle mało i mało”. Bieniek włącza się aktywnie w życie tamtejszych społeczności, je to samo, co napotkani ludzie. Nie zawsze przychodzi to łatwo. Na początku ma na przykład skrupuły przed żuciem liści koki, „świętego zioła” Indian. Gdy jednak wokół siebie widzi ludzi, włącznie z policjantem, którzy nieustannie coś żują, i gdy słyszy o walorach koki, obawy te ustępują. A wtedy już łatwiej jest wziąć udział w rytualnym piciu legendarnego napoju _ ayahuasca _ (w języku keczua „pnącze dusz”) otrzymywanego z liści chacrumy. Niezwykłymi doznaniami, jakie temu towarzyszyły, w sposób otwarty dzieli się z czytelnikami.

Na urodzinach gitarzysty U2

Bieniek chętnie nawiązuje kontakty z innymi podróżnikami. Przez kilka dni przemieszcza się na przykład z grupą muzyków. Już pod koniec tej tury dowiaduje się, że wśród nich jest gitarzysta U2. Co więcej, muzyk ten, wiedząc, że nasz podróżnik wcześniej został okradziony, ofiarowuje mu znaczącą pomoc finansową.

fot. abc7 - Shutterstock

d1o1m1p

Wspólnie odwiedzają między innymi największe na świecie solnisko, Salar de Uyuni, będąc świadkami niecodziennego zjawiska, które daje się zaobserwować raz na kilka lat. Po ulewnych deszczach woda spływająca z gór na rozległy płaskowyż tworzy gładkie jak tafla lodu rozległe jezioro. - Trudno było znaleźć punkt odniesienia, gdzie kończą się chmury, a zaczyna niebo. Odnosiliśmy wrażenie unoszenia się w powietrzu – tak to komentuje Bieniek. Dla niego ten andyjski świat, te przestrzenie były niczym wyspa, gdzie odnosiło się wrażenie, że czas tu się zatrzymał. Spotykał tam ludzi, którzy żyli wedle starych zwyczajów i zasad. Półroczna podroż pozwoliła mu stać się bardziej wrażliwym. Tą intensywnością różnorakich przeżyć, w sobie tylko właściwy, bezpośredni sposób dzieli się z czytelnikami, co niekiedy wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu, a nie rzadko także i zadumę nad przewrotnością ludzkiego losu.

Tekst: Sławomir Kwiecień

FRAGMENT KSIĄŻKI „HAJER NA ANDYJSKIM SZLAKU”

Przechodząc przez slumsy stolicy Ekwadoru, Quito, Bieniek bagatelizuje ostrzeżenie starszej kobiety, która mijając go przeciągnęła ręką po gardle, i trochę na własne życzenie wpada w tarapaty, które tak opisuje:

„Uszedłem może z dwieście metrów, gdy nagle jedna z furtek uchyliła się i zobaczyłem tajemniczą rękę. Ręka chwyciła mnie za ramię i wciągnęła do środka. Nim zdążyłem pomyśleć, co się właściwie dzieje, poczułem coś chłodnego na brzuchu. Patrzę, a tam najprawdziwsza spluwa przyciśnięta do mojego żołądka.
- Gringo, Money! – usłyszałem hasło.
Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem porządnie spanikować. Miałem przy sobie jedynie kilkadziesiąt centów, dolary zostawiłem w hotelu. Przypomniałem sobie jednak, że w piterku trzymam tradycyjnie stare polskie banknoty ze Świerczewskim i Waryńskim. Wziąłem głęboki oddech.
- I’m sorry, my dollars finished – zaczynam grzecznie. – I have only Europe money- tłumaczę. Twarz gościa z pistoletem rozjaśniła się - OK., give me euro.
- Nie mam euro, jestem Polakiem. A w Polsce mamy złotówki, dobry pieniądz, mocny tak jak dolar – przekonuję i wyciągam stary polski banknot – czyli pięćdziesiątkę ze Świerczewskim, który przez swoją zieloną tonację prezentował się nie gorzej niż dolar. Zwłaszcza że był nowiusieńki, „prosto z banku”.
- Ile to warte?
- Twenty dollars – rzuciłem, bo przypomniała mi się cena, jaką zaśpiewał mi taksówkarz.

Facet wziął banknot, powąchał, zerknął pod słońce na znak wodny i schował Świerczewskiego do kieszeni, po czym machnął pistoletem, pokazując, że jestem wolny. Doszedłem do furtki i już miałem wychodzić, gdy nagle ogarnęła mnie wściekłość, że jakiś cholerny zbir, grożąc mi bronią, wydusił ode mnie kasę. No przecież tak tego, kurwa, nie zostawię! Odwróciłem się, podszedłem do niego i mówię tak:

- Nie mam teraz żadnych pieniędzy. Gdy ktoś inny będzie chciał ode mnie forsę, to mnie zastrzeli – i pokazałem pustą kieszeń. Facet roześmiał się i wręczył mi dwie dolarówki.
- Go, go! – krzyknął i pokazał mi, bym sobie poszedł.

Włożyłem więc twardą walutę do kieszeni, trzasnąłem furtką i dopiero wtedy obleciał mnie strach. Jeśli gość pójdzie do kantoru i dowie się, że dostał ode mnie jedynie pamiątkowy banknot z peerelowskich czasów, mogę popaść w poważne tarapaty.”

Mieczysław Bieniek, Hajer na andyjskim szlaku, Annapurna, Warszawa 2015, s. 352

d1o1m1p

Podziel się opinią

Share

d1o1m1p

d1o1m1p