Kultowy kurort. Sprawdziłam, czy uzdrowisko świeci wciąż dawnym blaskiem
Krynica-Zdrój przez lata funkcjonowała w zbiorowej wyobraźni jako miejsce "od wód". Nie jako miasto na weekend, nie jako zimowy kurort, tylko jako uzdrowisko. Przyjeżdżało się tu na kurację, spacery po deptaku i kubek w pijalni, najlepiej wypity zgodnie z zaleceniami lekarza. Ten obraz był powtarzalny i przez dekady właściwie niepodważalny. Postanowiłam sprawdzić, czy coś się zmieniło.
Krynica zaistniała też w świadomości ludzi dzięki Nikiforowi, który utrwalił ją w swoich obrazach trochę prowincjonalną, bardzo codzienną, pozbawioną teatralności. Bywał tu i Jan Kiepura, który rozkochiwał tutejsze kuracjuszki i ściągnął do miasteczka artystyczną bohemę.
Przyjeżdżając tu dziś zimą, zastanawiam się, czy nadal jest tu dawny klimat zdrojowy. Czy miasteczko faktycznie żyje, czy raczej trwa siłą rozpędu, dokładając do starego schematu kolejne atrakcje? Na pierwszy rzut oka panuje tu mały chaos: na deptaku mijam kuracjuszy z kubkami, rodziny z dziećmi w kombinezonach, narciarzy wracających ze stoków i ludzi, którzy przyjechali tu po prostu na kilka dni, bez planu leczenia.
Wody, rytuały i ceny zdrowia
Jeśli Krynica ma jeszcze jakiś trwały fundament, to są nim wody. Nie marketing, nie nowe atrakcje, tylko konkretny rytuał, który od dekad wygląda niemal tak samo. Rano deptak powoli się zaludnia, a kubki pojawiają się w dłoniach. Tu nikt się nie spieszy. W Krynicy pośpiech zawsze był oznaką, że jest się w złym miejscu.
Krynica-Zdrój nie stała się uzdrowiskiem przypadkiem. Jej historia lecznicza sięga początku XIX w. i od samego początku opierała się na źródłach oraz działaniu wód mineralnych. To one zbudowały miasto: sanatoria, deptak, domy zdrojowe, pijalnie i całą infrastrukturę, która do dziś wyznacza jego charakter. Bez wód Krynica nie miałaby sensu ani tożsamości.
Dziś działa tu ponad 30 sanatoriów, szpitali uzdrowiskowych i obiektów leczniczych. Krynica rosła jako miejsce długiego pobytu, rekonwalescencji i leczenia. Spacery między zabiegami, regularne wizyty w pijalniach i cisza wieczorem były normą przez większą część XX w. Uzdrowiskowy rodowód Krynicy widać także w architekturze. Obok eleganckich XIX-wiecznych willi i pensjonatów stoją masywne, modernistyczne budynki z lat 60. i 70., podporządkowane jednemu celowi: przyjęciu jak największej liczby pacjentów w czasach PRL-u. Pijalnia Główna, Nowy Dom Zdrojowy, dawne sanatoria i pensjonaty tworzą krajobraz miasta, które narastało warstwami, choć nie zawsze harmonijnie.
Uzdrowiskowe serce miasta bije w pijalniach wód. Najważniejsza pozostaje Pijalnia Główna, gdzie dostępne są najbardziej znane krynickie źródła: Kryniczanka, Jan, Zuber i Słotwinka. Każda z tych wód ma inny skład i inne przeznaczenie. Kryniczanka jest najłagodniejsza i najczęściej wybierana do codziennego picia. Jan, woda chlorkowo-sodowa, polecana jest przy schorzeniach przewodu pokarmowego i zaburzeniach przemiany materii. Słotwinka bywa zalecana m.in. przy problemach z układem moczowym.
Zuber to osobna kategoria. Jedna z najsilniejszych wód leczniczych w Europie, o bardzo wysokiej mineralizacji, stosowana przy chorobach żołądka i zaburzeniach metabolicznych. I jednocześnie ta, która wzbudza najwięcej emocji. Intensywny zapach i słono-metaliczny smak sprawiają, że to doświadczenie bardziej fizjologiczne niż przyjemne.
Spróbowałam kilku wód z czystej ciekawości. I warto powiedzieć to wprost: choć wody krynickie są zdrowe i mają potwierdzone działanie lecznicze, ich smak i zapach bywają kontrowersyjne. Zuber wymaga odwagi, Jan przyzwyczajenia, a nawet Kryniczanka nie ma nic wspólnego z neutralnymi wodami butelkowanymi. Picie wód w Krynicy to rytuał, nie przyjemność, nie degustacja.
Hawana. Miejsce, gdzie kuracja traci rygor
O Hawanie w Krynicy słyszy się szybciej niż o składzie Zubera. Jeszcze zanim ktoś zdąży powiedzieć, w którym sanatorium mieszka, pada zdanie: "A byłeś w Hawanie?". To pytanie ma w sobie coś z porozumiewawczego uśmiechu. Bo Hawana nie jest zwykłym lokalem. To miejsce z własną mitologią, w której od lat krążą opowieści o sanatoryjnych miłościach, przelotnych znajomościach i wieczorach, po których poranne picie wód staje się wyraźnie trudniejsze.
Wchodzę tam późnym wieczorem. Kilkadziesiąt metrów od pijalni, kilka minut spacerem od sanatoriów, które o tej porze już dawno powinny spać. W środku jest głośno, gra muzyka na żywo, rozmowy toczą się ponad normą uzdrowiskowej ciszy, a parkiet zapełnia się bardzo szybko.
Przy organach siedzi DJ Bogdan. To on spina ten wieczorny chaos w jedną całość. Gra, śpiewa, reaguje na salę, zaczepia publiczność. Ktoś krzyczy tytuł, ktoś inny dopowiada refren. Tu nie ma dystansu ani podziału na scenę i widownię.
Na parkiecie tańczą osoby, które jeszcze kilka godzin wcześniej spotkały się w kolejce po wodę. Wiek przestaje mieć znaczenie. Gołym okiem widać, że są tu pary, które znają się od lat, i takie, które poznały się pół godziny temu. Sanatoryjne legendy mówią, że wiele z tych znajomości kończy się razem z turnusem, ale niektóre trwają dłużej niż niejedna wakacyjna miłość.
Zaglądam do menu. Jest krótkie i bardzo lokalne w charakterze. Drinki kosztują zazwyczaj od 25 do 35 zł. Nazwy mówią same za siebie: Sanatorium Miłości, Krynicki Kuracjusz, Krynicki Mocarz, Król Parkietu. Nikt nie dopytuje o skład ani o proporcje. Te drinki nie są po to, żeby je analizować. One mają działać szybko i skutecznie, dokładnie tak, jak oczekuje się tego od uzdrowiska, choć w zupełnie innym sensie.
Hawana to swoisty wentyl bezpieczeństwa dla miasta, które przez dekady uczyło swoich gości dyscypliny, regularności i cierpliwości. Wieczorem ta dyscyplina czasem się luzuje. I dobrze. Bo trudno uwierzyć w dawny blask uzdrowiska, jeśli nie ma w nim miejsca na śmiech, plotkę i historie, które opowiada się szeptem następnego dnia przy śniadaniu.
Deptak i Góra Parkowa
Deptak w Krynicy to wizytówka miasta. Po obu jego stronach stoją stare wille i pensjonaty z przełomu XIX i XX w. Drewniane balkony, werandy, zdobione detale, nazwy zapisane dawną typografią. Jest naprawdę pięknie.
Deptak prowadzi w stronę Góry Parkowej. Kolej linowo-terenowa ruszyła tu już w 1937 r. Trasa jest krótka, ale nachylenie czuć od razu, szczególnie gdy ktoś siedzi tyłem do kierunku jazdy. Na dolnej stacji, w poczekalni, na ekranach umieszczonych w starych oknach, wyświetlany jest film z zabawnymi scenkami z życia dawnej Krynicy. Kuracjusze na spacerach, eleganckie stroje, deptak sprzed lat. Bez komentarza, bez sentymentalnych podpisów. Wszyscy oglądają materiał mimochodem, stojąc w kolejce. W trakcie przejazdu słychać lektora. Mówi dawną polszczyzną, opowiada o wzgórzu, o spacerach, o znaczeniu Góry Parkowej w uzdrowiskowym rytmie miasta. Kto chce, słucha.
Przejazd trwa krótko, ale wystarczająco długo, by wyhamować po deptaku. Bilet kosztuje 15 zł w jedną stronę i 22 zł w obie. Na górze są alejki, ławki, kawiarnia i od stycznia nowa wieża widokowa, z której widać miasto, sanatoria, zabudowę, granice uzdrowiska, a przy dobrej pogodzie Tatry.
Krynica dla narciarzy
W Krynicy z roku na rok zmieniają się proporcje turystów i coraz częściej obok kuracjuszy, widać narciarzy i snowboardzistów. Słotwiny Arena to dziś chyba najważniejszy zimowy adres miasta. Ośrodek jest kompaktowy i zaprojektowany głównie dla rodzin z dziećmi i średnio zaawansowanych narciarzy, chociaż jest tu także trasa FIS.
Do dyspozycji narciarzy jest około 8 km tras zjazdowych o zróżnicowanym nachyleniu. Dominują trasy niebieskie i czerwone, przygotowane pod jazdę rekreacyjną.
Wszystkie są regularnie ratrakowane i w całości dośnieżane, co w ostatnich zimach ma kluczowe znaczenie. Ośrodek obsługuje nowoczesna kolej krzesełkowa oraz wyciągi talerzykowe i taśmy dla początkujących. Dzięki temu ruch rozkłada się dość równomiernie i nie tworzą się długie kolejki, co w polskich ośrodkach jest ostatnio rzadkością.
Powstał tu także snowpark dla narciarzy szukających mocniejszych wrażeń, ale obok jest szkółka oraz wypożyczalnia sprzętu zlokalizowana przy dolnej stacji dla rozpoczynających przygodę z narciarstwem. Wypożyczenie kompletu nart to koszt rzędu 80–120 zł, w zależności od klasy sprzętu. Dzienny skipass w sezonie zimowym kosztuje zwykle 150–170 zł (w cenie jest także skibus z centrum miasta).
Poza nartami Słotwiny Arena oferują coś, co w Krynicy stało się już znakiem rozpoznawczym nowej strategii miasta. Nad trasami powstała wieża widokowa prowadząca ponad korony drzew. Wejście nie wymaga karnetu ani sprzętu narciarskiego. Bilet kosztuje od 99 zł (ulgowy od 79 zł). To atrakcja dostępna także dla osób, które na narty nie przyjechały wcale. Zimą, przy oszronionych drzewach, widok jest wręcz bajkowy.
Tuż obok działają tężnie solankowe. To jedno z nielicznych miejsc w tej części Krynicy, gdzie wyraźnie wraca uzdrowiskowy kontekst. Po wysiłku można po prostu usiąść i pooddychać, bez zaleceń i bez zegarka. I po prostu się zrelaksować w oddali od uzdrowiskowego zamieszania - za jedyne 29 zł.