Trwa ładowanie...
17-04-2015 13:14

Azja oczami Maćka Roszkowskiego

Maciej Roszkowski, zapalony podróżnik po Azji, przemierzył ten różnorodny kontynent wzdłuż i wszerz. Wciąż odczuwa jednak niedosyt. Swoje wspomnienia z podróży opisał w książce "Pisane słońcem". Wirtualnej Polsce zdradził, czy Azja jest bezpiecznym kierunkiem turystycznym i czym potrafi zaskoczyć.

Share
Azja oczami Maćka RoszkowskiegoŹródło: Maciek Roszkowski
d4b3bqq

WP: Który kraj był dla Ciebie największą niespodzianką?

Każdy po trochu, bo tak naprawdę każdy w bezpośrednim kontakcie okazywał się być inny od tego, jak go sobie wyobrażałem. Jadąc gdzieś już mamy w głowie obraz tego, co tam zastaniemy. Media, książki, relacje osób, które tam były, tworzą nasze wyobrażenie. I często udając się gdzieś, widzimy to, co chcieliśmy zobaczyć – nasze stereotypowe wyobrażenia. Jednak gdy się tylko skręci w boczną uliczkę, odejdzie od szlaku turystycznego, dane miejsce zaczyna nam pokazywać coś, czego się nie spodziewaliśmy odkryć. Czasem smutną rzeczywistość, czasem zwyczajnie zabawną, ale zawsze, przynajmniej dla mnie, zaskakującą.

Jeśli jednak miałbym wybrać jakiś kraj, to byłby to Tajwan. Udając się do niego pierwszy raz, nic o nim nie wiedziałem. A odkryłem niesamowitych, gościnnych, ciepłych ludzi, wspaniałe krajobrazy, chińską kulturę, jakiej już nie ma w kontynentalnych Chinach, nocne bazary pełne życia i cudownego jedzenia (w ciągu pierwszej podróży przez dwa tygodnie przytyłem aż pięć kilo!). Zostałem tam między innymi zaproszony na lokalne, szalone wesele, a mieszkańcy dbali o mnie jak o najlepszego przyjaciela. Naprawdę mam stamtąd co wspominać.

d4b3bqq

WP: Opowiedz o najciekawszej osobie, jaką poznałeś na szlaku

Multum ich było. Każdy człowiek to osobna historia. A nierzadko w podróży mieszkałem bezpośrednio u ludzi w domach i spędzałem wieczory na rozmowach przy herbacie, wódce czy sałatce z bakłażana.

Jedną z ciekawszych postaci, jaką spotkałem w trakcie moich wędrówek, była Miyu z Yokohamy w Japonii. Nocowałem u niej parę nocy w naprawdę mikruśkim mieszkaniu (pierwsze dni zaliczyłem bólem karku od ciągłego schylania się), gotowaliśmy polsko-japońskie jedzenie, sporo rozmawialiśmy między innymi o duchach. Miyu to bardzo ciekawa postać. Rodowita młoda Japonka, która przepodróżowała wiele krajów. Była między innymi w takich krajach jak Afganistan, Mali, Mauretania czy północna Nigeria. W trakcie swoich podróży zmieniła wiarę na... islam. Była po prostu zachwycona serdecznością i gościnnością ludzi w krajach muzułmańskich i zmieniła wiarę na mauretańskiej części Sahary.

WP: Czy przytrafiły Ci się jakieś niebezpieczne sytuacje? W którym kraju czułeś się najbezpieczniej, a w którym najmniej bezpiecznie?

d4b3bqq

Azja, poza paroma wyjątkami (np. Afganistan), to generalnie bardzo bezpieczne miejsce na podróż. W rankingach aż 6 krajów z tego kontynentu plasuje się w pierwszej dziesiątce najbezpieczniejszych krajów świata. Nie byłem tam w żadnym niebezpiecznym kraju, choć na pewno byłem w krajach i miejscach, które uważa się za niebezpieczne.

Takim krajem jest na pewno Iran, chyba najniesprawiedliwiej potraktowany medialnie kraj kontynentu. Ludzie kojarzą zazwyczaj to miejsce z terroryzmem, bombą atomową, radykalnym, w domyśle niebezpiecznym islamem. Samo zagrożenie dla naszego świata. Nie jest dziwne więc, że turyści omijają to miejsce z daleka.

Jednak rzeczywistość na miejscu okazuje się diametralnie przeciwna. Ludzie są tak gościnni, że zamykają sklepy, aby pójść z tobą na obiad, oprowadzają po mieście, zapraszają do domów. Nawet policjanci, wojskowi, straż graniczna, robi co w mocy, aby przybysz poczuł się komfortowo. To niewątpliwie jeden z najbezpieczniejszych krajów na świecie do odbycia podróży. Kraj, który otworzy oczy i nauczy, aby nie słuchać za bardzo tego, co przedstawia się o świecie w mediach. Świat jest o niebo bezpieczniejszym miejscem niż nam się wydaje.

WP: *Rzeczywiście, pokazujesz w książce zupełnie inne oblicze Iranu niż to, które kreowane jest w mediach. Opowiedz, jak wygląda tam życie kobiet i młodych ludzi. *

d4b3bqq

Iran ma dwie twarze. Jedna to twarz Islamskiej Republiki Iranu, rządowa, z prawem szariatu. Opresyjna i ciemniejsza. Jednak z drugiej strony Iran, o czym już mówiłem, to kraj bardzo przyjaznych i gościnnych ludzi.

Młodzi Irańczycy i Iranki *próbują nierzadko ominąć system. Jest zabronione grać czy śpiewać w miejscu publicznym, na tzw. ulicy, ale zdarzało mi się zawędrować pod most czy na podwórko domu, gdzie bardzo radośnie grano na gitarze i śpiewano. Istnieje prohibicja, ale ludzie radzą sobie produkując przepyszne wino z rodzynek w domach. *Młodzi piją także alkohol na nielegalnych przyjęciach. Dziewczyny zrzucają tam oficjalne chusty (zresztą i w miejscach publicznych prowadzą z nią niezłe gry), ubierają się w mini, malują, tańczą. Ryzykują w ten sposób poważnymi konsekwencjami – zwolnieniem ze studiów czy nawet więzieniem. Jednak to są nadal młodzi ludzie, a dla nich zabawa i kontakt z rówieśnikami są bardzo ważne. No i nie tylko dla polskiej młodzieży zakazany owoc ma w sobie coś ekscytującego.

Nawet w tradycyjnych rodzinach kobiety wcale nie mają tak źle, jak sobie myślimy. Oczywiście nasze media pokazują tylko uciemiężone, biedne kobiety w krajach muzułmańskich. Ale to typowy skrzywiony obraz jednej kultury patrzącej na coś diametralnie odmiennego w drugiej. Zresztą druga strona też ma skrzywiony obraz naszej kultury. Oczywiście zdarzają się w krajach muzułmańskich sytuacje patologiczne, jednak generalnie życie kobiety w tradycyjnej rodzinie nie jest zbyt smutne. Tak naprawdę często bardziej należy się współczucie mężczyźnie, który całe dnie spędza zalatany, zestresowany próbujący zdobyć środki na życie dla rodziny, którą zazwyczaj, tak jak u nas, bardzo kocha. To na jego barkach spoczywa cała odpowiedzialność. Kobiety z kolei, spędzają czas ze sobą gotując, piorąc i wykonując inne domowe czynności. Śmieją się, plotkują, często bardzo dobrze bawią. No i to też one decydują o tym, na co wydać zarobki męża, czyli w gruncie rzeczy mają sporo władzy. I jak opowiadała mi niejedna
podróżniczka, która miała przyjemność przebywać w części kobiecej domu (ja tam, jako mężczyzna, zazwyczaj nie mam wstępu), to wśród tych zadowolonych kobiet budzi przerażenie wizja naszej rzeczywistości, gdzie kobieta ma tyle na głowie i musi prowadzić tak stresujące, niezależne życie. One wychowały się w tym systemie i jest on dla nich oczywisty. My z kolei wychowaliśmy się w innym i nasz system jest dla nas oczywisty.

fot. Maciek Roszkowski

d4b3bqq

WP: W książce wspominasz o dwóch niebezpiecznych chorobach. W Tajlandii wręcz otarłeś się o śmierć. Jak to się stało? Na co należy uważać?

No właśnie choroby, to chyba jedyne realne niebezpieczeństwo, jakie może nas spotkać w trakcie podróży po Azji. Ja kilka razy chorowałem na tropikalne choroby, dwa razy poważnie.

W Tajlandii, a konkretnie na południu, miałem to nieszczęście, że ugryzł mnie komar, który przenosił wirusa dengi. Po paru dniach, nagle, dostałem wysokiej gorączki, potwornych mdłości i bólu głowy, bólu mięśni. Spędziłem w szpitalu tydzień, pod kroplówką, nic nie mogłem przełknąć, temperatura ciała przekraczała czterdzieści stopni Celsjusza. Najgorsze w tej chorobie jest to, że brak na nią zarówno szczepionki jak i lekarstwa. Zabezpieczyć się można tylko za pomocą repelentu czy moskitiery, czyli chroniąc przed ugryzieniem komara. W Tajlandii tak naprawdę malaria, inna choroba przenoszona przez komary, nie jest aż tak niebezpieczna, bo na jej większość odmian są lekarstwa.

W sprawie chorób, zwłaszcza w krajach tropikalnych zwracam uwagę na to, aby kupić przed podróżą ubezpieczenie podróżne. To nam naprawdę może ocalić życie. Ja mam takie ubezpieczenie zawsze i w Tajlandii, to właśnie dzięki dobrej opiece ubezpieczyciela, trafiłem do dobrego szpitala i pod opiekę dobrych lekarzy i pielęgniarek.

d4b3bqq

WP: Laos nazywasz miejscem jak z "innego wymiaru czasu". Co Cię tam urzekło?

Laos to miejsce, gdzie żyje bardzo mało ludzi. Nawet stolica Vientian, przywodzi na myśl najspokojniejsze miejsce na ziemi. Zwłaszcza jak się tam trafia prosto z przeludnionych południowych Chin czy Wietnamu albo dwunastomilionowego Bangkoku w Tajlandii.

Jednak to co najciekawsze według mnie w tym kraju, to oddalone od dróg wioski, gdzie czas jakby się zatrzymał. Za pomocą pewnej organizacji, dbającej o ekologiczną i wspierającą lokalnych mieszkańców turystykę, wynająłem z dwoma innymi podróżnikami przewodnika. Zaprowadził nas on wąskimi górskimi ścieżkami do kilku wiosek oddalonych kilometry od jakichkolwiek dróg. Odkryłem tam, że ludzie żyją kompletnie inaczej niż wszędzie, gdzie dotarła cywilizacja. Nie mają prądu, co najwyżej jedna osoba w wiosce ma generator. Nie mają bieżącej wody, kopią się za to w strumieniu. Oczywiście nie mają też zegarków, co powoduje inne podejście do czasu. Czas przestaje być wtedy kawałkowany na godziny, minuty czy sekundy, a po prosu naturalnie, nieskrępowanie płynie. Rytm wyznaczają słońce, deszcz i… duchy.

Mnie najbardziej urzekły w tych wioskach dzieci. Kreatywne w wymyślaniu zabaw, niezwykle ufne, radośnie bawiące się ze sobą i włóczące się po okolicy. Przypomniały mi moje własne dzieciństwo spędzone na wsi u babci. Przeniosły w dziecięcy wymiar czasu.

d4b3bqq

WP: Pobyt w Chinach porównujesz za to do podróży na inną planetę. Co Cię tam zaskoczyło?

Nie tylko pobyt w Chinach, ale generalnie wszelkie przekraczanie granic jest podróżą na inną planetę. Choć chińskiej w szczególności. Zaskoczyli mnie tam przede wszystkim emeryci tańczący namiętnie w parkach. O tym jest rozdział „Kipiąca zupa”. Jak i głośne rozmawianie przez komórkę, bekanie przy stole czy wiele innych zachowań, które my byśmy określili jako niekulturalne. No i ich potrawy, które wielu z nas zaliczyłoby do niezjadliwych…

WP: Co najdziwniejszego jadłeś? I czego nietypowego nie odważyłeś się zjeść?

W Korei zjadłem raz surowego kraba. Wszedłem do restauracji z napisem Traditional Korean Seafood Restaurant. Patrzę ceny dość duże, więc zamówiłem jedną z tańszych opcji. Przyniesiono mi surowego całego kraba w sosie sojowym. Próbowałem go rozgryźć, dostać się do środka. Ktoś mi jednak podpowiedział, że należy go wyssać. Więc wyssałem surowy mózg, wątrobę, układ trawienny, oddechowy itp. Później parę dni mi się odbijał. Najbardziej to włoski, którymi pokryte były nogi tego kraba. Tak się kończy odważne wybieranie na chybił trafił potrawy.

Jadłem jeszcze np. śmierdzące tofu (na Tajwanie i w Chinach to przysmak, śmierdziało, ale pyszne), ale już nie odważyłem się zjeść żywej ośmiornicy (w Korei, oblepia mackami twarz przy konsumpcji) czy mięsa psa, dostępnego w wielu krajach Azji Wschodniej.

WP: Na Tajwanie miałeś okazję uczestniczyć w weselu. Jak bardzo różniło się od polskich zabaw?

Na takie wesele zostałem zaproszony przez mojego znajomego z Hualien – Dylana. Należy on do jednej z rdzennych grup Tajwanu – Taroko. Są oni w dzisiejszych czasach katolikami. Czyli można myśleć, że polskie wesele i to katolickie na Tajwanie powinny być podobne. Jednak różnica byłą diametralna. Przede wszystkim nikt się nie bawił w garnitury czy piękne stroje. Pan młody był w niebieskim podkoszulku! Śpiewano, pito, jedzono, wchodzono na stoły i tańczono, to już jak u nas bywa. Ale jednak. W pewnym momencie do tańca wkroczył zaproszony specjalnie na tę okazję… transwestyta. I zaczął tańczyć seksualny taniec wokół pana młodego. Panna młoda piszczała w tym momencie z radości, a publiczność klaskała z zachwytu.

WP: Jak w Azji postrzega się transwestytów?

Różnie w zależności od kraju, ale w wielu miejscach Azji *mają całkiem inny status niż u nas. *Są uznawani za ludzi przynoszących pomyślność i szczęście. Stąd bez problemu można ich spotkać na ulicach bardzo konserwatywnych Indii, a same Indie uznały ostatnio trzecią płeć, a burmistrzem jednego z miast został transseksualista. W Tajlandii z kolei niejednokrotnie prowadzą knajpy czy zabawiają ludzi pomiędzy rundami tajskiego kick boxingu – muay thai. W Japonii, Korei czy Tajwanie w ogóle ciężko wśród chłopców czy młodych mężczyzn szukać cech typowo męskich w rozumieniu naszej kultury. Bardzo często dziewczyny wolą chłopców, którzy swoim wyglądem i zachowaniem są gdzieś pośrodku kobiecości i męskości, z lekkim nawet przechyłem w stronę kobiecości. Zniewieściali? Nie, po prostu japońscy, koreańscy czy tajwańscy.

WP: Skąd się wzięła Twoja fascynacja Azją?

Azja to moja wielka miłość. Odbyłem do niej już pięć kilkumiesięcznych podróży (najdłuższa trwała ponad dziesięć miesięcy) i kilka krótszych. W kilku krajach byłem wielokrotnie (Japonia, Indie, Tajwan, Wietnam, Tajlandia, Malezja, Singapur, Brunei), a w innych raz (Korea Południowa, Chiny, Kambodża, Laos, Indonezja, Filipiny, Kirgistan, Kazachstan, Iran, Turcja). Jeśli spojrzy się na mapę Azji zauważy się bardzo łatwo, że wszystkie odwiedzone przeze mnie kraje rozsiane są na ogromnym obszarze. Różni je znacząco klimat, nękające kataklizmy, historia, dominująca religia czy filozofia życiowa, architektura czy poziom rozwoju ekonomicznego. Mamy świat Bliskiego Wschodu z dominującym islamem. Fascynujące Indie *pełne kolorytu z dominującym *hinduizmem, choć mało kto zdaje sobie sprawę, że żyje tam też 200 milionów muzułmanów, a sam hinduizm, jako religia nie ograniczająca się tylko do jednej czy dwóch ksiąg ma tysiące różnych oblicz. Jest też buddyjski, tropikalny Półwysep Indochiński.
Olbrzymie Chiny, przez wieki mieszające taoizm, konfucjanizm z buddyzmem, a w ciągu ostatnich 80 lat najpierw przeobrażone diametralnie przez komunizm na czele z rewolucją kulturalną, a od trzydziestu lat przez brutalny kapitalizm. Filipiny to z kolei kraj katolicki. Hipernowoczesna, kolektywistyczna Japonia *z czterema, pięknie celebrowanymi porami roku. No i jest też osobny świat *Azji Centralnej, republik poradzieckich, gdzie mieszka dużo muzułman, ale którzy nie stronią za bardzo od wódki, a kobiety często nawet nie noszą chusty. Taki posowiecki świat muzułmański.

Jak więc widać Azja to niezwykle zróżnicowany kontynent, o którego różnorodności inne kontynenty mogą tylko pomarzyć. I właśnie to mnie w niej fascynuje. Mogę tam podpatrzeć tyle różnych filozofii życia i z każdej coś wyciągnąć dla siebie. Dzięki nim moje życie staje się bogatsze, głębsze i piękniejsze.

Inna rzecz, która mnie tam przyciąga to bogactwo duchowe. To tam urodziły się tak mądre postacie jak Jezus, Mahomet, Rumi, Budda, Bodhidarma, Parśwa, Maharishi czy Basho. Już od czasów liceum zadawałem sobie masę pytań natury filozoficznej, a wszystkie wymienione postacie pomogły mi albo znaleźć odpowiedzi albo zadać właściwsze pytania.

fot. Maciek Roszkowski

WP: Czym dla Ciebie są podróże?

Moje podróże odbywają się na dwóch poziomach. Po pierwsze przemieszczam się w przestrzeni zewnętrznej - zwiedzam kraje, przemierzam dżungle, włóczę się po bazarach, zaglądam do mniej i bardziej znanych zakątków. Poznaję ludzi i rozmawiam z nimi. Uczę się od wszystkiego, co mi się przytrafia, a zwłaszcza od ludzi, bo oni są ważni w moich podróżach. Poszukuję odpowiedzi na pytania, jakie w sobie noszę lub odkrywam nowe ważne pytania. I tutaj przechodzimy do drugiej płaszczyzny. Do podróży odkrywczej, w głąb siebie.

Podróż to doskonała okazja, aby pogłębić zrozumienie samego siebie. To wtedy, w konfrontacji z innością, możemy zobaczyć, kim sami jesteśmy. Gdy wszyscy wokół zachowują się inaczej niż my, na zasadzie kontrastu widzimy dokładnie nasze własne przekonania, emocje, zachowania. Ja odkrywam też coś jeszcze, głębszą, duchową warstwę samego siebie. Czym niejednokrotnie dzielę się z czytelnikiem w swojej książce.

WP: Jakie plany na przyszłość? Dokąd następna podróż?

Póki co właśnie wróciłem z czteromiesięcznej podróży po Azji, więc chwilowo się nigdzie nie wybieram. Ale marzy mi się odwiedzenie, tak na dłużej Azji Centralnej, bo tylko raz ją liznąłem przez parę tygodni. Podejrzewam, że tam wyruszę w następnej kolejności.

Rozmawiała Iwona Kołczańska.

d4b3bqq
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4b3bqq
d4b3bqq