Trwa ładowanie...
dpy16xe

Kobiety biorą Afrykę

Są silne. Urządzają swój kontynent na nowo. Po swojemu
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kobiety biorą Afrykę
(Kontynenty)
dpy16xe

Noblistka Leymah
Liberia, Monrovia, ponad milion mieszkańców w stolicy, w kraju – ponad trzy i pół miliona.
KIEDYŚ
Ma trzydzieści jeden lat, kiedy wraz z ponad setką innych kobiet zasiada przed wejściem do ekskluzywnego hotelu w stolicy Ghany, Akrze, i czeka na postęp w pokojowych rozmowach wszystkich stron konfliktu wojny domowej w Liberii. Kiedy negocjacje przeciągają się z początku czerwca na koniec lipca, a w kraju dzieci-żołnierze wciąż rabują, niszczą i zabijają rodaków, i siebie nawzajem, Leymah Gbowee prowadzi kobiety wprost przed szklane drzwi sali, w której trwają rozmowy. W dłoniach trzymają transparenty z napisami: „Rzeźnikom i mordercom Liberyjczyków STOP!”. Gbowee przekazuje wiadomość głównemu negocjatorowi, byłemu prezydentowi Nigerii, generałowi Abdulsalami A. Abubakarowi, znanemu z zamiłowania do płci żeńskiej, że kobiety splotą ramiona i nie pozwolą dyskutującym wyjść z sali, dopóki nie podpiszą rozejmu.
– Staniecie się naszymi zakładnikami! – mówi.
Na co Abubakar miał przekazać pozostałym: „Hall został zajęty przez panią generał Leymah i jej żołnierzy”.
Budzi to śmiech zgromadzonych.
Gbowee nie pozostaje mu dłużna i obiecuje, że jeśli ktokolwiek będzie chciał opuścić salę, wszystkie kobiety zedrą z siebie ubrania. W Afryce widok rozebranej do naga zamężnej lub starszej kobiety obciąża klątwą całe dalsze życie. I żarty się skończyły, umowa pokojowa pomiędzy stronami zostaje podpisana 18 sierpnia 2003 roku.
W wywiadzie dla „Los Angeles Times” w 2008 roku Leymah Gbowee mówi:
– Kiedy człowiek się łamie, może zrobić dwie rzeczy – albo tę najgorszą, albo najlepszą. Dla mnie w tym właśnie momencie najgorsze było rozebrać się do naga i pozwolić im zrozumieć, że nie ma większego poniżenia, większego odczłowieczenia, które może odczuwać kobieta z Liberii. Nie było większego bólu, który mogłybyśmy czuć za nasze dzieci.
Leymah Gbowee ma siedemnaście lat, kiedy wybucha wojna domowa w Liberii, kraju, który w 1847 roku powstał z urodzonych w Stanach Zjednoczonych wyzwolonych niewolników. Wolność jednak nie wystarcza. W czasie rządów Charlesa Taylora Liberia z jednego z najbogatszych krajów Afryki staje się państwem bezprawia, chaosu i biedy. Kilka miesięcy przed podpisaniem rozejmu w Ghanie Leymah Gbowee, wspólnie z dwoma tysiącami kobiet z ruchu Women of Liberia Mass Action for Peace ubranych w białe T-shirty, zagradza drogę prezydentowi Taylorowi na Tubman Boulevard w Monrovii, domagając się rozmowy. Chce jednak, żeby odbyła się w obecności kobiety, przewodniczącej senatu, Grace Minor. Wierzy, że kobieta kobietę zrozumie najlepiej. Mówi: – Jesteśmy zmęczone wojną. Jesteśmy zmęczone uciekaniem. Jesteśmy zmęczone błaganiem o każde ziarno pszenicy. Jesteśmy zmęczone gwałtem na naszych dzieciach. Walczymy o przyszłość naszych dzieci. Ponieważ wierzymy, jako matki i opiekunki, że jutro nasze dzieci spytają: „Mamo, a jaka była twoja rola podczas konfliktu?”.
Wie, o czym mówi, od kilku lat jako wolontariuszka i jedna z założycielek organizacji pomagającej dzieciom-żołnierzom poznaje koszmar ich życia. Rozumie, że wiele z nich można uznać za bestialskich katów, ale widzi też, że są ofiarą wojny, tak jak ona. Sama jest już matką czwórki dzieci, które na okrągło pytają ją, dlaczego muszą mieszkać z ciotką w Ghanie, dlaczego nie mogą żyć z nią w Liberii. Dlaczego tyle nie ma jej w domu. Tłumaczy, że miała wybór: albo typowo po afrykańsku załamać ręce nad głową i zacząć płakać, albo nie zgadzać się na to, co się dzieje i działać. – To jak puzzle – wyjaśnia dzieciom. – Z tą różnicą, że moje puzzle tworzone są ze złości. Pierwsza złość rodzi się w niej, kiedy z pierworodnym synem leży na podłodze w szpitalnym korytarzu, ponieważ wszystkie miejsca są zajęte przez mężczyzn. Druga złość budzi się, gdy mąż kolejny raz kopie ją w brzuch. Trzeci, kiedy słyszy, że dziesięcioletni syn znajomej wypala do niej serią z kałacha i zaczyna rechotać.
Z kobietami z organizacji Women In Peacebuilding Network chodzi co piątek pod meczet, w soboty pod duże sklepy, a w niedziele pod kościoły i rozdaje ulotki. Kobietom, które nie potrafią czytać, przekazuje rysunki przedstawiające rozerwane pęta na kobiecych rękach.
– Obudźcie się! Wy również macie głos – powtarza, dopóki nie zachrypnie. Doprowadza do spotkania tysięcy muzułmanek z chrześcijankami, które wspólnie modlą się o pokój. Wierzy, że kobiety mają siłę działać na każdym polu, szczególnie gdy sprawa rani ich serca.
TERAZ
Dziś Leymah Gbowee ma 45 lat. Jest laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. Dostała ją razem z Ellen Johnson-Sirleaf, prezydentem Liberii, pierwszą kobietą na takim stanowisku w Afryce, i Tawakel Karman z Jemenu – dziennikarką i działaczką na rzecz praw człowieka.

Pionierka Folorunso
Nigeria, Lagos, osiem milionów mieszkańców w stolicy, w kraju – sto sześćdziesiąt dwa miliony.

Folorunsho Alakija Kontynenty
Folorunsho Alakija

KIEDYŚ
Dwunastoletnia Folorunso po powrocie z prywatnej szkoły w Anglii idzie do domu swojego ojca z listem od matki. Ojciec, wódz L. A. Ogbara z Ikorodu, ma osiem żon i pięćdziesięcioro dwoje dzieci. Śpi pod ogromną moskitierą. Dziewczynka nie chce go budzić. Już ma wyjść, gdy słyszy szept ojca: „Włóż mi ten list do ust”. Robi to, a wtedy ojciec zrywa się z łóżka i zaczyna ją łajać, że jest głupia i nie potrafi samodzielnie myśleć. Folorunso z płaczem biegnie do matki. Ta, zamiast utulić dziecko, zgadza się z jej ojcem i mówi: „Pamiętaj, że nie zawsze trzeba robić to, co każą ci inni. Masz swój rozum”.
To dla niej nauka na całe życie: trzeba myśleć i samemu podejmować decyzje.
Nauka w szkole w Anglii to w Nigerii lat 60. niespotykana ekstrawagancja. Mało kogo stać na wysłanie dziecka za granicę. A Folorunso jedzie z siostrą Doyin. Dobrze pamięta pierwsze podejście samolotu do lądowania – wysokie budynki, jakich w swoim kraju nie widziała, mnóstwo samochodów i białych twarzy, pochmurne niebo i akcent, który trudno zrozumieć. Jest jej zimno. Nie cierpi fasoli, selera, kapusty i kalafiora. Ale uczy się, że każdy człowiek jest inny i że dla niektórych ważne jest żyć według sloganu „spraw swój biznes”.
Pierwszą pracę dostaje w Lagosie, w Nigerii. Jest sekretarką w prestiżowym Sijuade Enterprises Western House, a następnie w First National Bank of Chicago, gdzie zajmuje się głównie organizowaniem małych przyjęć i lunchów dla personelu banku i jego współpracowników. Musi wykazać się kreatywnością i zdolnościami organizacyjnymi. Przełożeni są z niej tak zadowoleni, że przenoszą ją do działu finansowego. Folorunso obserwuje kolegów i inwestuje pensję w akcje, obligacje, potem w drobne nieruchomości. Przed ukończeniem trzydziestki stawia swój pierwszy dom na kredyt i znów wyjeżdża do Anglii. Studiuje projektowanie ubiorów. Jest już mężatką z czworgiem dzieci, gdy - trzy tygodnie po rejestracji swojej marki Supreme Stitches - zdobywa nigeryjską prestiżową nagrodę Projektant Mody 1986 roku. Od tamtej pory Nigeryjki ubierają się tylko u niej, a jej firma jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych afrykańskich marek związanych z modą. Nazwano ją „pionierką nigeryjskiej mody”. Jej stroje, bogato niebieskie, zielone i złote, przypominają obrazy szalonego artysty, który nie wie, w którą stronę poprowadzić pędzel. Jej głowę spowija fantazyjnie zawiązana chusta.
Cztery lata później przyjaciel, dla którego Folorunso projektuje, podpowiada, że pieniądze pochodzące z mody warto zainwestować w złoża ropy, których w Nigerii nie brakuje. Udaje się kupić tereny, których nikt inny nie chciał. Złoża są zbyt głęboko osadzone, ponad tysiąc pięćset metrów pod ziemią, ale Texaco podpisuje z nią umowę. Tak rodzi się Famfa Oil, w którą zaangażowana jest cała rodzina – Folorunso Alakija, jej mąż i ich czterech synów.
*TERAZ *
Folorunso ma 66 lat. Jej majątek szacuje się na około 600 milionów dolarów. Kobieta daje stypendia i granty na rozwój nawet małych, ale samodzielnych kobiecych biznesów. Swoim podopiecznym w fundacji, która zajmuje się przede wszystkim wspieraniem wdów i sierot nigeryjskich, przekazuje naukę, którą dostała pięćdziesiąt lat wcześniej od rodziców: „Pamiętaj, że nie zawsze trzeba robić to, co każą ci inni. Masz swój rozum”.

Potentatka Bridgette
Republika Południowej Afryki, Johannesburg, cztery i pół miliona mieszkańców, w kraju – pięćdziesiąt milionów.

Bridgette Radebe Kontynenty
Bridgette Radebe

TERAZ
Bridgette Radebe w każdej rozmowie z dziennikarzami przekonuje, że nacjonalizacja kopalni w Republice Południowej Afryki jest niezbędna. – Gdy rodziła się nowa RPA, 83 procent wszystkich złóż mineralnych było w rękach białych, chociaż byli mniejszością. Teraz 91 procent jest w rękach monopoli. Zamiast iść do przodu, cofamy się.
Sama jest właścicielką Mmakau Mining, kopalni złota, chromu, uranu i platyny. Jej firma chlubi się mottem „Kopalnia z sumieniem” – promuje dobre praktyki górnicze i angażuje lokalne społeczności do wspólnej pracy na wspólny zysk. Republika Południowej Afryki to ponad milion dwieście tysięcy kilometrów kwadratowych, Radebe wciąż szuka nowych złóż, dzięki którym najbiedniejsze regiony kraju mogłyby stanąć na nogi. Oferując swoim pracownikom akcje firmy, pozwala rozwinąć się kolejnym pokoleniom przedsiębiorców. Edukuje ich i wspiera stypendiami dla dzieci.
– Problemem jest kapitalistyczny model kopalni, w którym właściciel zabiera kawał ziemi, eksploruje ją do cna, wyzyskuje, eksportuje minerały i zostawia za sobą miasto duchów, opuszczając na zawsze mój kraj.
A Bridgette chce, żeby z ziemi czerpali korzyści jej rodacy.
KIEDYŚ
Ma szesnaście lat, kiedy bez wiedzy ojca wraz z młodszym o dwa lata bratem, Patrice’em, i innymi członkami plemienia wyruszają do kopalni stojącej na terytorium należącym przed laty do nich, by odzyskać prawa do bogatych złóż mineralnych. Kanadyjscy pracownicy odpowiadają gazem łzawiącym, szczują psami, policjanci mierzą z karabinów. Jest krótko po powstaniu uczniów i studentów w Soweto, getcie Johannesburga dla czarnoskórych mieszkańców, którzy nie zgadzają się na naukę języka afrikaans. Bridgette już wie, że biali nie wahają się użyć broni. Liczba ofiar z Soweto waha się – według różnych szacunków - od 176 do 700.
Bridgette postanawia zostać prawnikiem. Chce egzekwować prawa do ziemi należne jej ludziom. Ojciec, Augustine Motsepe, nauczyciel i właściciel maleńkiego sklepu z podstawowym sprzętem dla górników, popularnym wśród czarnych mieszkańców Spaza shop, decyzję popiera. Całe życie zbierał pieniądze na edukację dzieci. Z maleńkiej rodzinnej miejscowości Mmakau Bridgette wyrusza do Johannesburga na egzaminy do University of the Witwatersrand. Gdy staje przed komisją, mówią jej: – Nawet jeśli zdasz, wiesz, że czarnym nie wolno tu studiować?
Bridgette zdaje egzaminy jako jedna z najlepszych. Ale odsyłają ją do University of the North pod Pretorią, rasistowskiej instytucji dla czarnoskórych studentów, nazywanej przez białych pogardliwie „Bantu edukacją”. Gdy wdaje się w protesty przeciwko apartheidowi, zostaje wydalona z uczelni. I z adwokatury nici. Edukację udaje jej się dokończyć na Uniwersytecie w Botswanie – kierunek nauki polityczne i socjologia. Jej brat, Patrice Motsepe, ma więcej szczęścia – jako pierwszy czarny ukończy prawo na Wits University w Johannesburgu. Po wielu latach stanie się pierwszym czarnoskórym miliarderem w RPA, zasiądzie w zarządzie African Rainbow Minerals, będzie właścicielem klubu piłkarskiego Premiere Soccer League – Mamelodi Sundowns.
Bridgette nie zostaje prawnikiem, ale ma inny pomysł. Przegląda przepisy prawne i się uśmiecha. Nie cieszy jej to, że kobietom nie wolno piastować żadnego eksponowanego stanowiska, a do kopalni nie mogą nawet zajrzeć. Cieszy ją luka. W przepisach nie ma mowy o tym, że kobieta nie może współpracować z przedsiębiorstwami wydobywczymi. W 1980 roku z pomocą pieniędzy od całej rodziny i przyjaciół zakłada firmę, która będzie wydzierżawiać niezbędny sprzęt wydobywczy, podpisuje umowę na współpracę z przedsiębiorstwem prowadzonym przez dwóch Afrykanerów i tym samym staje się pierwszą czarnoskórą kobietą w przemyśle wydobywczym. W ten sposób rodzi się Mmakau Mining, niedługo po niej Shaft Sinkers, która specjalizuje się w szybach wydobywczych i konstrukcjach górniczych.
TERAZ
Bridgette Radebe ma 57 lat, jest żoną Jeffa Radebe, obecnego ministra sprawiedliwości i konstytucyjnego rozwoju, weterana ANC (African National Congress – Afrykańskiego Kongresu Narodowego – przyp. red.), partii, która od lat 70. walczyła z rządami apartheidu. Jej bratowa, Precious Moloi-Motsepe, jest znaną projektantką i promotorką południowoafrykańskiej mody oraz lekarzem edukującym kobiety z najbiedniejszych regionów RPA.

Ekolożka Lorna
Kenia, Nairobi, trzy miliony mieszkańców w stolicy, w kraju – czterdzieści jeden milionów.
KIEDYŚ
Slumsy Kaptembwa w Nakuru, 140 kilometrów na północ od stolicy Kenii, Nairobi, wyglądają jak Kibera, znane między innymi z filmu „Wierny ogrodnik” Fernando Meirellesa. Hektary niskich, kwadratowych, przeważnie jednoizbowych domków pokrytych blachą falistą, jedne od drugich oddalone o niecałe pół metra, przeważnie bez okien, z rzadka z drzwiami. W jednym z takich domków dwunastoletnia Lorna tworzy kolczyki z zebranych w drodze ze szkoły plastikowych elementów. Butelki, reklamówki, pojemniki po jedzeniu, kółeczka, woreczki, patyczki – widzi je dosłownie na każdym kroku. Niektóre wyroby udaje jej się sprzedać i tym samym pomaga rodzicom, którzy co chwila muszą szukać nowej pracy. Mama trochę się złości, że zamiast śmieci z domu wynosić, Lorna je znosi i składuje. Ale córka nie może patrzeć na fruwające wszędzie odpadki i już myśli, co jeszcze może z nimi zrobić. Rodzice mówią: – Dziecko, najważniejsze, żebyś skończyła szkołę. Nie zawracaj sobie głowy innymi sprawami. Lorna dostaje stypendium, dzięki któremu udaje jej się zdobyć dyplom z reklamy i księgowości na Africa Nazarene University w Nairobi. Dostaje pracę w banku – całe osiedle Kaptembwa jest z niej dumne, jest jedną z nielicznych dziewcząt, którym udało się uciec ze slumsów.
Chodząc codziennie tą samą drogą do pracy, Lorna wciąż – jak déjà vu – widzi obrazek: stosy śmieci, nawet w centrum finansowym stolicy. Dowiaduje się, że dziennie gromadzi się w Nairobi około trzech tysięcy ton odpadów, z czego 20 procent to plastiki, które zalegają przeważnie w okolicach slumsów – Kibera i Dandora. I nikt z nimi nic nie robi. Leżą, śmierdzą i zanieczyszczają środowisko. Lorna próbuje rozmawiać o tym z kolegami z banku, ale większość macha ręką. Nie ich problem. A ona nie czuje się z tym dobrze.
Czasem odruchowo schyla się i podnosi małe plastikowe kawałki i chowa je do kieszeni garsonki. Ludzie mijają ją, patrząc zdziwieni – elegancka kobieta zbiera śmieci? Tylko jeden człowiek się do niej uśmiecha. To jej przyszły biznespartner, wówczas jeszcze bezrobotny inżynier biochemii Charles Kalama. Idą do kawiarni, gdzie pijąc kawę z plastikowych kubków, Lorna zwierza mu się z marzeń o czystej Kenii. Kalama podaje fakty: w Kenii jest tylko 2 procent zdrowych lasów, większość, głównie unikatowy czerwony cedr, została wycięta do zbudowania ogrodzeń farm, przedsiębiorstw i osiedli. W 2007 roku prezydent Kenii wydał dekret zakazujący wycinki rzadkich gatunków drzew, ale mało kto się do niego stosuje. Kalama wie, co i jak można zrobić z plastiku. Klamka zapada – będą produkować ogrodzenia z materiału uzyskanego z przerobionego tworzywa sztucznego zebranego na wysypiskach śmieci i zalegającego na ulicach.
Po pięciu latach pracy w banku Lorna odchodzi i zakładają firmę EcoPost. Przez pierwsze osiem miesięcy udaje im się usunąć z miasta ponad trzysta ton odpadów i przerobić je na około pięć tysięcy siatek ogrodzeniowych. Szacują, że ochronili w ten sposób przed wycinką pięćset drzew. Śmieci zbierają dla nich kobiety mieszkające głównie z slumsach na obrzeżach Nairobi. Lorna stawia sobie za punkt honoru, że jeśli komuś ma dać pracę, da ją osobom najbardziej dotkniętym nędzą. Najpierw do skupu zgłasza się setka kobiet, po kilku miesiącach trzysta, potem czterysta, pięćset, w ciągu najbliższych piętnastu lat powinno ich być już ponad sto tysięcy. Za każdy kilogram plastiku kobiety dostają pół dolara. Miesięcznie dostarczają około trzydziestu – czterdziestu ton.
TERAZ
Po czterech latach działalności firmy to już w sumie ponad tysiąc ton zebranych odpadów i dwieście pięćdziesiąt akrów ochronionych lasów. Na efekt nie trzeba czekać – w 2010 roku Lorna Rutto otrzymuje prestiżową nagrodę Big Network Nature Challenge, a dwa lata później World Wildlife Fund Award. „Forbes” uznaje ją za jedną z „20 najbardziej wpływowych młodych kobiet w Afryce”. Ma 31 lat.

Księżniczka Isabel
Angola, Luanda, trzy miliony mieszkańców w stolicy, w kraju – niecałe dwadzieścia milionów.

Isabel dos Santos Kontynenty
Isabel dos Santos

Chociaż mówi kilkoma językami, najchętniej porozumiewa się po portugalsku. I Portugalczycy się jej boją, bo od kilku lat namiętnie wykupuje udziały w ich przedsiębiorstwach – m.in. Banco de Portugal, Banco BIC Portuguese, ZON Multimedia, Galp Energia, Portuguese Telecom. W portugalskich mediach pojawiła się nawet informacja o odwrotnej kolonizacji dokonywanej drobnymi dłońmi dos Santos. Ale lista jej przedsiębiorstw jest jeszcze dłuższa: Unitel International Holdings BV, Esperanza, Santoro Finance, Condis, Nova Cimangola. Jej majątek szacuje się na ponad trzy miliardy dolarów.
KIEDYŚ
Kiedy Isabel dos Santos rodzi się w Baku w 1973 roku, Angola pogrążona jest jeszcze w wojnie kolonialnej z Portugalią. Ojciec, Jose Eduardo dos Santos, bojownik MPLA (Movimento Popular de Libertacão de Angola – Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli – przyp. red.), organizacji wspieranej przez radzieckich komunistów, po kilkuletnich studiach inżynierskich w republice ZSRR powraca do ojczyzny i walczy z Portugalczykami. Ona wraz z matką, Rosjanką, Tatianą Kukanową, zostaje w Azerbejdżanie jeszcze kilka lat; czekają, aż Angola uzyska niepodległość. W 1977 roku Portugalczyków już nie ma, ale wciąż jest niespokojnie. Mimo to wracają. Dziewczynka słyszy rozmowę rodziców. – Nie chcę, żeby Isabel coś się stało – mówi matka. Ojciec odpowiada: – Wojna domowa jest potrzebna, by zbudować nową Angolę. Kłócą się. Dziewczynka, idąc do szkoły podstawowej, mija zburzone budynki, spalone samochody, zabite psy. Jest nieśmiała, rzadko się odzywa, nie ma koleżanek. Ale w wieku sześciu lat umie sprzedać jajka najdrożej w okolicy. Gdy ojciec zostaje prezydentem kraju na kolejne trzydzieści trzy lata, sytuacja się zmienia – rodzice rozwodzą się, a ona wraz z matką wyjeżdża do Londynu. Uczy się najpierw w prywatnej szkole St. Paul’s, potem studiuje m.in. zarządzanie i inżynierię elektroniczną w prestiżowym King’s College. Ma wrażenie, że nad książkami spędza dwadzieścia trzy godziny na dobę. Anglii nie polubi i do Angoli wraca od razu po skończeniu szkoły, w wieku osiemnastu lat. Wojna domowa jeszcze trwa.
TERAZ
Dziś Luanda liczy trzy miliony mieszkańców i uznawana jest za najdroższe miasto świata. W średniej jakości hotelu za nocleg trzeba wydać ponad 400 dolarów, a za obiad 100. Gdy Isabel dos Santos przeciska się przez korek na jednej z głównych ulic, Avenida dos Combatantes, by dostać się do ulubionej restauracji serwującej owoce morza, przypomina sobie, jak jeszcze niedawno po ulicach jeździło trzysta tysięcy aut. W niecałe pięć lat liczba ta podwoiła się, by zapchać stolicę Angoli ponad milionem samochodów. Ma udziały w firmie wydobywającej ropę, więc dla niej to raj. Choć na wzgórzach Luandy jej rodacy żyją w favelach za niecałe dwa dolary dziennie.
W wywiadzie dla „Financial Times” mówi: – Pracuję cały dzień, siedem dni w tygodniu. Nie mam bliskich relacji z rodzeństwem z innych małżeństw ojca. Nie mam na to czasu. Brat, José Filomeno, odziedziczy spory majątek ojca, ale dla niego zamiast pracy liczy się zabawa. Na świecie jest mnóstwo ludzi, którzy mają powiązania rodzinne, ale nie wszyscy odnoszą sukces. Ten jest pisany jedynie pracowitym i zdeterminowanym.
Wielu nazywa Isabel dos Santos „księżniczką” i zarzuca, że łatwo jest zdobyć majątek, jeśli ma się ojca prezydenta, który nie tylko w kraju postrzegany jest jak autokrata, i może ułatwić załatwienie wszelkich niezbędnych pozwoleń. Za każdym razem tłumaczy, że pierwszą pracę zdobyła sama w niemieckiej firmie recyklingowej. A ponieważ na lata 90. przypada czas rozwoju sieci telefonii mobilnej, sprzedaje swój samochód i lokuje wszystkie pieniądze w niepewny jeszcze biznes. Szukając terenów w Angoli, które nieobjęte są jeszcze żadną siecią komórkową, dociera do regionu kontrolowanego przez rebeliantów, przeciwników polityki jej ojca. José Eduardo dos Santos nic o tym nie wie. Isabel dogaduje się z rebeliantami, wygrywa konkurs i tak powstaje jej pierwsza firma.
– Trudno jest odróżnić córkę od ojca – mówi w wywiadzie. – Być może problemem jest to, że ja robię swoje, a mój ojciec jest ważną osobistością w kraju, i to od wielu lat. Cokolwiek robię, od razu mam nad głową ten ojcowski cień. Nie zajmuję się polityką, jestem przedsiębiorcą.
Isabel dos Santos jest mężatką. Mąż Sindika Dokolo to znany marchand i kolekcjoner sztuki. Mają troje dzieci. Córka komunisty stała się symbolem afrykańskiego kapitalizmu. Ma 43 lata.

Więcej czytaj w najnowszym numerze magazynu Kontynety

dpy16xe

Podziel się opinią

Share

dpy16xe

dpy16xe