Po silnych sztormach na plażach Mierzei Wiślanej rozpoczęło się bursztynowe szaleństwo. Nie potrzeba latarek, woderów i specjalistycznej wiedzy, by znaleźć skarby. Wystarczy pogrzebać patykiem w tym, co wyrzuciło morze i można zabrać do domu sporą garść "bałtyckiego złota".
Bursztynów w Stegnie i Jantarze szukają nie tylko turyści, ale na plaże ruszyli także zaprawieni w bojach zawodowcy.
Poszukiwania pokaźnych okazów wymagają dużego poświęcenia i specjalistycznego sprzętu. Na liście niezbędnego wyposażenia znajdują się wodery, dzięki którym można wejść do zimnej wody i nie zamoczyć ubrania. Trzeba mieć też w podbierak do bursztynu, nazywany z kaszubskiego kaszorem, którym poszukiwacze wynoszą na brzeg mieszankę patyków, roślin, glonów i piasku, wybieranych z dna. Najbardziej zagorzali poszukiwacze "złota Bałtyku" ruszają na poszukiwania nocą i wspomagają się latarkami UV, w których promieniach bursztyn świeci jasnym światłem i wyraźnie odznacza się na piasku lub płyciznach.
- Wróciłem o 4 rano - mówi Tomasz Ołdziejewski, bursztynnik ze Sztutowa, który wśród bursztynów znalazł także lufkę. - Nigdy nie znalazłem całej. Jest to bardzo rzadki wyrób i bardzo stary.
Najlepsza pora na poszukiwania bursztynu to sztormowe miesiące od połowy jesieni, do końca marca. Morze wypłukuje wówczas w piasku głębsze niecki, w których wprawni bursztyniarze znajdują najpiękniejsze okazy. Amatorzy bez specjalistycznego sprzętu najwięcej drobinek znajdą w wyrzuconych na brzeg połaciach drobnych kawałków drewna, wodorostów i mniejszych lub większych kamyków. Wystarczy długi patyk do przegrzebywania wyrzuconych przez morze skarbów.
Ekspert twierdzi, że obecny wysyp jest tylko zapowiedzią prawdziwych połowów. Najwięcej bursztynu wciąż zalega w wodzie nieopodal brzegu i czeka na kolejne silne fale.