Trwa ładowanie...
08-03-2012 16:06

Sen o Oriencie w opcji all inclusive

Dotarliśmy do pięknego hotelu. Całego miasta hoteli. Nie ma bazarów i meczetów. Oboje mamy te same myśli. Wielka kurortowa nuda. Nie ma co, idziemy szukać Orientu!

Share
Sen o Oriencie w opcji all inclusiveŹródło: Agata Panas, Leszek Świerszcz
d2daq2o

Dotarliśmy do pięknego hotelu. Całego miasta hoteli. Nie ma bazarów i meczetów. Oboje mamy te same myśli. Wielka kurortowa nuda. Nie ma co, idziemy szukać Orientu!

Dzisiaj wylot. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na newsy w Internecie. "W tureckim kurorcie wybuchła bomba ukryta w piasku. Kilku turystów trafiło do szpitala. O zamach oskarża się kurdyjskich separatystów". Wiadomość psuje humor Agacie, ale ja się nie przejmuje. Dla mnie to podróż marzeń. Turcja to dawno wyczekiwane spotkanie z Orientem i fascynującym mnie od lat islamem. Dość już książek, czas dotknąć i poczuć inną kulturę. Zwłaszcza, że na miejscu czeka na nas pięciogwiazdkowy hotel i opcja all inclusive ultra. I tu na wstępie, chcielibyśmy uspokoić obruszonych globtroterów, którzy z zasady gardzą hotelami, a do tego z odrazą patrzą na żarówiaste kartki przylepione na witrynach biur podróży. Otóż jak większości podróżników, marzą nam się pełne przygód, dzikie wypady w przeróżne zakątki świata. Rzeczywistość bywa jednak okrutna i wymaga pójścia na pewne kompromisy. Nasza rzeczywistość to pełnowymiarowa praca w wariackich medialnych branżach i z trudem wywalczone osiem dni urlopu, o którym dowiadujemy się na
parę dni przed… Wówczas jednym wyjściem dla podobnych do nas entuzjastów wszelkich wyjazdów w świat, jest lokalny agent biura podróży, który niczym św. Piotr otwiera przed nami bramę do marzeń. No dobrze, niech będzie - nie robi tego za darmo…

Hotelowe miasto
W trakcie lotu studiujemy „rozmówki polsko-tureckie”. Przydają się. Na lotnisku wita nas zgrabna Turczynka i z uśmiechem wręcza nam mapę Antalyi. Chwaląc się jednym z nauczonych w samolocie słów, odpowiadam dziękuję. Chyba jestem jedyny, który podjął się tego wysiłku, bo Turczynka patrzy na mnie z nie lada zdumieniem. Dotarliśmy do pięknego hotelu. Całego miasta hoteli. Gdzie ten Orient? Nie ma bazarów i meczetów. Oboje mamy te same myśli. Wielka kurortowa nuda. Zamiast smażyć ciała na leżakach przy basenie idziemy szukać plaży. Nasze all inclusive ultra zadbało, żeby plaża była blisko. Właściwie wszystko jest blisko – sklep z pocztówkami, sklep z pamiątkami, ba nawet lokalna dyskoteka Disco Dream! Wygodny turysta ma wszystko pod nosem. Sprawdzimy, czy za pasiastą tasiemką oddzielającą nasz „hotelowy kawałek plaży” kryje się prawdziwa Turcja.

d2daq2o

Na złotym piasku wylegują się całe tureckie rodzinny, świętując w ten sposób trzydniowe Święto Słodyczy - Şeker Bayramı. To czas, który następuje bezpośrednio po Ramadanie. W tym dniu dziękuje się Bogu za przetrwanie postu i przebaczenie wszystkich grzechów. Ważnym elementem jest wspólna, uroczysta modlitwa w meczecie i odwiedzanie krewnych oraz przyjaciół. Rzeczywiście, mimo, że środek tygodnia tego dnia na plaży jest bardzo dużo ludzi. Radośnie ze sobą rozmawiają, robią sobie wzajemnie zdjęcia. Islamskie kobiety zgodnie z tutejszą modą, mienią się różnymi kolorami dresów kąpielowych, szczelnie zakrywających każdy element ciała. Zamiast bikini - burkini.

Zaczepia nas turecka rodzina. Proszą o wspólne zdjęcie, bo odwiedził ich kuzyn, który na stałe mieszka w Szwecji. Spełniamy dobry uczynek i przyrzekamy przesłać je rodzinie mejlem. Pierwszy dzień za nami.

Miasto piratów
Ruszamy do Alanyi. Zostawiamy darmowe drinki i pana z obsługi hotelowej oferującego zdjęcie z żywą papugą. Może w Alanyi zobaczymy dziką papugę.... Póki co ładujemy się w wesoły autobus zwany dolmuszem. Kursują, co 15 min i trąbią na każdego na drodze. Sygnał jest jasny. Uwaga jadę! Jeśli chcesz się zabrać, machnij mi ręką. Cena przystępna, a wyrwanie się z kurortu bezcenne.

Mijamy malownicze plantacje bananów. Jedziemy do miasta, w którym dawno temu istniał potężny seldżucki zamek, obecnie pozostały już tylko mury obronne z Czerwoną Wieżą. Wkrótce wjeżdżamy do centrum. Wita nas gwarne, nowoczesne, pełne turystów miasto. Zamiast plantacji bananów, plantacje dolce gabbanów i armanich. Całe morze podróbek. Następuję atak nagabywaczy. Wiedzieliśmy, że Turcy lubią i umieją się targować. Nie wiedzieliśmy, że nie znają słowa "nie". Chociaż mówiłem to nawet po turecku. Uciekamy w kierunku liman, czyli portu. Ominęły nas promocje na skarpetki, ale trafiliśmy na bajkowe widoki. Po prawej majestatyczne skały z twierdzą na szczycie. U dołu zabytkowa czerwona wieża Kizil Kule - symbol miasta.

d2daq2o

Przed nami błękitna woda, kołyszące się statki i….nagabywacze. Zaciągają nas na pokład i oferują rejs wzdłuż wybrzeża. I tak chcieliśmy płynąć. Bo tylko z wody można zobaczyć miejscowe atrakcje, czyli trzy jaskinie. (Jaskinia Piratów, Jaskinia Zakochanych i Jaskinia Fosforyzująca). Zaskakuje mnie, że prawie wszystkie statki dla turystów nazywają się Czarna Perła. Nawet w Gdańsku mamy taki. W końcu wsiadamy na łajbę, której kapitanem jest dziadek Turek. Jak rasowy model z dumą pozuje do zdjęć. W rytmach disco bujamy się wzdłuż skał. Przyglądamy się cudownym widokom, a przygrywa nam „Baby don’t hurt me”. Podpływamy naprawdę blisko jaskiń. Przy tej największej - Jaskini Zakochanych, miły Turek robi nam zdjęcie. Potem tylko mały bakszysz w postaci chleba dla miejscowych ryb, pokazówka jak licznie i ochoczo przypływają po obiadek i wracamy do brzegu.

Zwiedzamy miasto. Zadbane parki, pomnik Ataturka i sklepy. Niestety pełno tu też nocnych klubów i dyskotek. Zamiast zwiedzić najsławniejsza dyskotekę w mieście o mało tureckiej nazwie -James Dean- decydujemy się na wejście do wnętrza meczetu. Kolejne wyzwanie to zamek na górskim szczycie, zwany Kale. Upieram się, że damy radę tam wejść, choć wszystkie przewodniki radzą nam skorzystać z dolmusza. W połowie drogi żar lejący się z nieba zaczyna nas dobijać. Jak wygłodniałe sępy otaczają nas taksówkarze. "Wsiadajcie! Nie dacie rady piechotą! To aż 4 kilometry!" Odganiamy ich i z pełnym entuzjazmem mówimy, że uwielbiamy wdrapywać się pod strome zbocza w upalny dzień, a ten lejący się z nas pot o niczym nie świadczy. Wysiłek się opłaca. Warto zatrzymywać się po drodze, by np. spotkać miejscowego artystę (jak sam powiedział "patrzcie mam ogonek z włosów, jestem artystą"), który nawet Boba Marleya na lampie z tykwy wydłubie. Widzimy też niezwykle zadbanego cadillaca i miejscowe babcie ugniatające placki na
sprzedaż. Wkoło rosną kaktusy, na których tureckie pary wyznawały, a raczej wyrysowywały sobie miłość. To taki egzotyczny odpowiednik polskich dębów. Wtórują nam śródziemnomorskie cykady. Za nami stary bizantyjski kościółek i średniowieczne mury. W dole klify i słynna plaża Kleopatry, która jest bodaj najczęściej wykorzystywanym motywem w broszurach i folderach reklamowych o Alanyi. Nic dziwnego, rzekomo piękna królowa egipska Kleopatra flirtowała tu z Markiem Antoniuszem, a plaże dostała w prezencie. Po przejedzeniu się cudownymi widokami, wracamy do miasta i udajemy się do ostatniej słynnej jaskini, która pozostała nam do zwiedzenia, do Jaskini Damlatas - Jaskini kapiącego kamienia. Dużo stalaktytów i stalagmitów. Przyjemny chłodek. No i powietrze mocno wilgotne, co podobno zdrowe. Tak, teraz już na pewno nie żałujemy, że ominął nas smakowity obiad i urocze zdjęcie z papugą na ramieniu.

Walka z samym sobą na arenie gladiatorów
Następny dzień miał przynieść jeszcze więcej wrażeń. Dolmuszem udaliśmy się do miejscowości Perge, oddalonej o 114 km od hotelu. Chcieliśmy zobaczyć antyczne ruiny i arenę, na, której walczyli kiedyś gladiatorzy. Ja również walczyłem, ale z nudnościami i bólem brzucha. Nieco naiwnie uwierzyłem Agacie, która twierdziła, że to od słońca i przejdzie. A moja determinacja była zbyt duża, by ulec samemu sobie i stracić jeden, cenny dzień z wymarzonej podróży. Droga z przystanku nie była łatwa, zero cienia. Na arenie poczułem, że czas na najgorszy bój. Dopadł mnie bezwzględny przeciwnik - egzotyczna biegunka. To cud, że na tym odludziu znalazłem jakąś toaletę. Resztę drogi powrotnej mało pamiętam. Jedno jest pewne całe to all inclusive ultra wyszło ze mnie górą i dołem. Wieczorem dobrnąłem do apteki i zdołałem tylko wybełkotać: „Ishal! Ishal!” (wolne tłumaczenie: biegunka…). Potem noc i gorączkowe wizje. Śnił mi się jakiś hindus, który oprowadzał mnie po slumsach. To, że zupełnie nie zwariowałem i nie uschnąłem
w jakiejś tureckiej wiosce zawdzięczam dzielnej Agacie. Choć chciała, żebym ubrał damskie japonki, bo na domiar złego jej się w drodze zepsuły i wzięła moje buty… to i tak dała radę! Ludzie bierzcie ze sobą leki i florę bakteryjną. Unikajcie obżarstwa i lodu w kostkach…A ostatecznie naprawdę przydają się rozmówki i to w najmniej oczekiwanych chwilach!

Przymusowy dzień all inclusive ultra
Następnego dnia, z wymienionego powyżej przymusu, mogliśmy do woli obserwować uroki naszego all inclusiv ultra. Dla niewtajemniczonych, dodam, że dodatek „ultra” to właściwie to samo co all inclusive, tylko troszkę lepiej np. z restauracją z obsługą kelnerską, albo z markowymi alkoholami do woli. Okazało się, że jesteśmy jednymi z nielicznych, a może jedynymi(??), turystami, którym chce się opuszczać hotel i szukać prawdziwej Turcji poza nim!! Właściwie to naiwniacy z nas, bo w hotelu jest ogromny basen, są leżaki, gratisowe alkohole całego świata i pysznego jedzenia do woli. Do tego animatorzy, dbają o to, by się nadmiernie nie ponudzić. Codziennie o 11stej wygimnastykowana, Rosjanka Oksana zaprasza panie do gimnastyki wodnej, a o 15stej można pograć w bingo. Wieczorami następuje kulminacja animacji, czyli tzw. SHOW TIME. Jest mini disco dla dzieciaków, które skaczą w rytm melodii „if you happy on vacations, clap your hands”(wolne tłumaczenie: jeśli jesteś szczęśliwy na wakacjach klaśnij w ręce) i pokaz
fakira chodzącego po szkle! A i nie można zapomnieć o pokazie mody wyrobów ze skóry – po wszystkim można, oczywiście… rzeczy nabyć.

d2daq2o

Jedziemy dalej *
Nie możemy dłużej leżeć w hotelu – nie dla nas takie rozrywki. Za ostatnie pieniądze wypożyczamy samochód i jedziemy do największego miasta w okolicy, do *
Antalyi
. Choć odradzano nam jazdę samochodem, nie było tak źle. Można przywyknąć do nieustannego trąbienia, jazdy na czerwonych światłach i generalnego braku zasad jazdy. Gorzej z oznakowaniem... Brakuje drogowskazów do atrakcji dla turystów. Cale szczęście, że mieliśmy mapy i w miarę sprawne ręce, by porozumiewać się mową ciała. W Antalyi piękna zatoka zapiera nam dech w piersiach.

Jednym z najstarszych zachowanych zabytków w mieście jest Wieża Hıdırlık, będąca fragmentem murów miejskich z I wieku naszej ery. Kiedyś pełniła ona rolę fortyfikacji i latarni morskiej. Otacza ją cudowny park, w którym amator fotografii może dostać zawrotów głowy. W cieniu drzew flirtują młode tureckie pary i puszczają muzykę z komórek. Następny punkt wycieczki to wodospad Düden Dolny (istnieje też wodospad Düden Górny). Woda z tego wodospadu wpada bezpośrednio do Morza Śródziemnego. Nic dziwnego, że wspaniały widok skalistych klifów i spienionej wody stał się jedną z atrakcji turystycznych tego miasta. Wracamy.

Po drodze zatrzymujemy się w Aspendos, gdzie znajduje się najlepiej zachowany rzymski amfiteatr na świecie. Niestety, ceny wejść do obiektów wartych zwiedzenia w Turcji to koszt ok. 10 euro od osoby…Przy naszym budżecie, nie było mowy o kolejnym zwiedzaniu, zatem musi nam starczyć zdjęcie sprzed teatru. Ceny i kupowanie to oddzielny temat. Ten, kto był w krajach islamskich, wie, a właściwie nie wie o co chodzi. W Turcji można operować trzema walutami – euro, dolary i liry tureckie. Przelicznik jest zależny od wielu czynników, nam Europejczykom – bliżej nieznany. Podobnie jak wszędzie na całym świecie, sprzedawcy chcą sprzedać i …zarobić. Pewnie i tak w większości przepłacamy, ale co tam – piękny kraj, warto zainwestować. Lepiej szukać rękodzieła w małych wioseczkach to i czasem oprócz rabatu dostaniemy garść fig prosto z drzewa.

Szkoda tylko, że przyzwyczajeni do turystów, mieszkańcy tzw. Riwery Tureckiej, zatracili umiejętność niesienia bezinteresownej pomocy. Na każdym kroku, za każdą przysługę należy się bakszysz. Nie ma kasy, nie ma usługi. Jedna z takich przygód przytrafiła się Agacie, po tym jak bankomat wciął jej kartę. Lokalni sprzedawcy widzieli nasze poirytowanie i bezradność. Jeden podszedł i pyta:„Co się stało?”. Agata: „Kartę mi wcięło”. Sprzedawca: „A pieniądze wydało?”. Agata: „Tak, ale to bez znaczenia, bo co teraz z tą kartą…”. Sprzedawca urywa w połowie zdania– „Aaa to zapraszam do mnie do sklepu!!”.

d2daq2o

Na miły koniec *
Na szczęście, jak wszędzie na świecie, ludzie są różni. Potem i ten sprzedawca, widząc naszą nietęgą minę, zaprosił mnie na herbatę i przy mnie zadzwonił do owego banku, by z całym impetem nawrzeszczeć na ich pracownika za zepsutą maszynę.
*
Turcja
to piękny i dumny kraj. W szczególności kiedy usłyszymy Muezzina nawołującego na modlitwę, spróbujemy gry w tryktraka, a w ostateczności docenimy wielką flagę Turcji, wyrzeźbioną z lukru, galaretki i bitej śmietany, którą lokalny cukiernik dostarczył do skosztowania turystom All Inclusive.

Ostatni nasz wypad poza hotel nastąpił o czwartej nad ranem. Jechaliśmy przed siebie na wschód od Alanyi. Nagle widzę jakiś drogowskaz, który symbolizuję ruiny. Odbijam w lewo, koło malutkiego meczetu. Jest po piątej. Muezzin śpiewa rozmodlonym głosem, a my wijemy się autem po szutrowej drodze. Mijamy małą wioseczkę, plantacje bananowców i chilli. Ruin ani śladu. Zaczynam wątpić, ale jadę dalej pod coraz bardziej stromą górę. Nagle oślepia mnie wychodzące zza gór słońce i pojawiają się kawałek starodawnego muru. Muezzin dokańcza swój śpiew, a my witamy się z tureckim porankiem i widokiem, którego nie zapewni nawet najlepszy hotelowy balkon.

Tekst: Agata Panas, Leszek Świerszcz

d2daq2o
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2daq2o
d2daq2o