Świat na raty. Bo nie zawsze można za jednym razem

Nie mógł odbyć podróży dookoła świata za jednym podejściem – nie chciał na kilkanaście miesięcy zostawiać pracy, syna, partnerki. Zdecydował więc, że będzie jeździł partiami. Robert Szulc dał sobie 5 lat na "spłatę" 100 rat. Umowną "pożyczkę" zaciągnął w swoim prywatnym banku.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Robert Szulc w trakcie realizacji projektu "Świat na raty"
Robert Szulc w trakcie realizacji projektu "Świat na raty" (Facebook.com, Fot: Świat na raty)
WP

WP: Kto daje takie fajne kredyty, które umożliwiają zwiedzanie świata na raty?

Robert Szulc: Od 20 lat zawodowo organizuję różne wyjazdy dla firm, ale jeżdżę też prywatnie, bo kocham życie, kocham poznawać ludzi, miejsca. Teraz spełniam swoje największe marzenie i realizuję podróż dookoła świata. Problem był taki, że nie mogłem zrobić tego w jednym kawałku, ponieważ musiałbym zostawić wszystko na 8, 10 czy 12 miesięcy. A poza tym nie mogłem znaleźć na tak długi wyjazd towarzystwa. Zaproponowałem podróż mojej partnerce, która pracuje w telewizji – niestety odmówiła, bo kocha swoją pracę i nie chciała jej zostawiać. Podsunąłem też pomysł mojemu synowi, który w tym roku zdaje maturę, by zrobił sobie przerwę przed studiami i wybrał się ze mną w wyprawę dookoła świata. Odpowiedział, że chce studiować. Sam nie chciałem jechać, więc wymyśliłem sobie, że będę realizował swój plan na raty. Kredyt, można powiedzieć, zaciągnąłem w swoim prywatnym banku. (śmiech)

WP

Jak wygląda plan "spłat ratalnych"?

Zamierzam odwiedzić 100 państw w ciągu 5 lat, a po drodze poznać 100 osób, które kochają swoje miejsce na ziemi. Jestem dopiero na początku realizacji projektu, wystartowałem z nim pod koniec maja ubiegłego roku, w wigilię swoich 45. urodzin. Utworzyłem na Facebooku zamkniętą grupę znajomych, by mogli na bieżąco śledzić to, co robię i gdzie jestem. Okazało się, że jest tak dużo zainteresowanych, że po ok. miesiącu uruchomiłem fanpage "Świat na raty", który w tej chwili obserwuje prawie 11 tys. osób. To, co mnie ucieszyło, to fakt, że wśród tych ludzi znaleźli się też moi klienci, którzy sami zaproponowali: dobieraj kierunki tak, żebyśmy mogli z tobą pojechać.

Zaraz, zaraz. Czyli nie dość, że spełniasz swoje marzenie, to jeszcze ci za to płacą?

WP

Łączę moją pracę z pasją podróżowania. Firmy, dla których organizuję wyjazdy, płacą za nie i właśnie tak zarabiam na realizację swojego projektu. W Argentynie byłem na zaproszenie organizacji, która skupia osoby doświadczone w branży turystycznej, a ponieważ od dwóch dekad siedzę w temacie, to zostałem rekomendowany. W takich sytuacjach kosztem jest tylko bilet lotniczy. Często dostaję pytania o możliwość wyjazdów ze mną i co jakiś czas ogłaszam na swoim fanpage’u, że można się podczepić do jakiejś wyprawy. W przyszłym roku planuję np. wyjazd do Afryki z wejściem na Kilimandżaro. Można też zgłosić się do mnie i powiedzieć: chcę pojechać na Antyle Holenderskie lub gdziekolwiek indziej. Wtedy pomyślę, jak skoordynować plany i postaram się zorganizować taką wyprawę.

Ile rat już "spłaciłeś"?

Jestem po 11. racie. Większość etapów projektu zrealizowałem do tej pory w Ameryce Południowej i Środkowej: byłem w Ekwadorze, Brazylii, Argentynie, Peru i Meksyku. Jestem zachwycony tymi miejscami, w wielu miałem okazję być już wcześniej. 6 lat temu udało mi się wejść na Aconcaguę w Argentynie, najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Co roku obchodzę rocznicę tego wydarzenia, to są takie małe urodziny. Bo wtedy doświadczyłem wielu ważnych rzeczy pod względem mentalnym, wskutek czego zdecydowałem się diametralnie zmienić swoje życie.

WP

Domyślam się, że ważne rzeczy dzieją się również teraz, podczas realizacji projektu "Świat na raty". Na Seszele wybrałeś się ze swoją partnerką Joanną Górską, prezenterką Polsatu, która jakiś czas temu podzieliła się ze swoimi widzami informacją o tym, że walczy z nowotworem.

Wierzę w terapeutyczne działanie podróży; w to, że zmiana klimatu i otoczenia pomaga nam zostawić za sobą to co złe, otworzyć się na nowe, dzięki czemu możemy zmierzyć się z codziennymi problemami. Żartuję czasem, że jestem doktorem specjalizującym się w terapii podróżami. A ponieważ jesteśmy z moją partnerką po pierwszym etapie leczenia, uznaliśmy – oczywiście w porozumieniu z panią doktor – że wyjazd może być czymś dobrym dla psychiki Asi (bo głowa jest najważniejsza, zwłaszcza w walce z chorobami). Przygotowaliśmy się do wyjazdu wszechstronnie – mieliśmy leki, wykupiliśmy lepszą polisę ubezpieczeniową, sprawdziliśmy, gdzie są szpitale, w razie gdyby coś się działo. Efekt tego wyjazdu dla mojej partnerki i – jak sądzę – dla postępów leczenia jest ogromny. Asia przestała bezustannie myśleć o chorobie. Na miejscu spotkała się też z ogromną akceptacją ludzi. To był ważny i fajny wyjazd dla nas obojga, mogliśmy sobie wszystko powiedzieć do końca. Cieszę się przy tym, że udało mi się ją zarazić podróżowaniem. Wcześniej nie jeździła dużo po świecie, było to związane m.in. z pracą, możliwościami urlopowymi. Teraz podróże to nie tylko moja, ale też jej pasja.

Gdzie jedziesz dalej?

WP

Już wkrótce wybieram się do Laponii i prawdopodobnie Tajlandii. W kwietniu będę w Kambodży, dalej chcę odwiedzić Nepal i Indie. Następnie Malta, po drodze Słowenia, Singapur, Bali… Jednym z najbardziej atrakcyjnych elementów tego projektu, który niesamowicie mnie nakręca, jest to, że plan rodzi się w trakcie i nie wiem, gdzie jeszcze pojadę w tym roku, a tym bardziej w kolejnych latach.

Intensywne to twoje podróżowanie.

WP

Tak, przy czym ja nie "zaliczam", nie "odhaczam" krajów, żeby tylko mieć stempel w paszporcie. Weźmy taki przykład: ostatnio 3 dni i 2 noce w Londynie, ale tej raty sobie nie zaliczyłem. Bo Londyn to nie jest dla mnie cała Anglia. Ze względów historycznych podzieliłem sobie Zjednoczone Królestwo na 3 mniejsze "państwa", czyli Anglię, Szkocję i Walię, które chcę odkryć osobno, w całym ich bogactwie.

Jakie warunki musisz spełnić, żeby "zaliczyć sobie ratę"?

To zależy od kraju, ale chodzi przede wszystkim o to, by możliwie dogłębnie go poznać. Przed każdym wyjazdem dużo czytam, piszę z ludźmi, siedzę na forach, szukam ciekawych osób, informacji. Bo podróżuję przez pryzmat ludzi, smaków, zapachów. Mówię czasami, że staram się i sobie, i tym, którzy ze mną jeżdżą, dostarczać kolekcji wrażeń.

Docieram w miejsca niedostępne dla zwykłych turystów. Co oczywiście nie znaczy, że pomijam punkty turystycznie atrakcyjne. Np. w Meksyku trzeba być w Teotihuacanie, świętym mieście Azteków. Trzeba być w Mexico City i zobaczyć Matkę Boską z Gwadelupy, mimo że jest tłumnie odwiedzana. Ale na tym nie poprzestaję: jadę dalej, np. do Taxco, srebrnego miasta Meksyku na południu kraju. To niesamowite miejsce, położone na wzgórzach, ze stromymi uliczkami, po których jeździ się garbusami – co dla mnie było szczególnym przeżyciem, bo moim pierwszym samochodem był garbus... Ale nie chodzi tylko o zwiedzanie. Nie chcę obserwować z zewnątrz, staram się patrzeć na świat oczami lokalsów, zawsze mocno wchodzę z nimi w interakcje. Rozmowa, wspólny posiłek czy szklaneczka tequili i mescalu – to jest niezwykła przyjemność, która jest dobrym początkiem. Później wszystko jest łatwiejsze.

W Meksyku piłeś też pejotl. Wierzę, że po nim wszystko może być łatwiejsze. (śmiech) Swoje nieziemskie wizje zawdzięczał mu przecież Witkacy.

To prawda, miałem doświadczenie z ceremonią picia pejotlu. Byliśmy wtedy pod Acapulco, na lagunie, w niesamowitym miejscu: z jednej strony otaczały nas wody słodkie stałe, z drugiej strony waliły fale oceanu. Było już ciemno, nad nami rozpościerało się rozgwieżdżone niebo. Siedzieliśmy przy ognisku (Aztekowie, Inkowie i Majowie wierzą, że nocą słońce umiera po to, by rano narodzić się ponownie, a światła w ognisku pilnuje się po to, by podtrzymać życie), szaman się modlił, my piliśmy pejotl, wszyscy przeżywali coś swojego. Każdy pił tyle, ile potrzebował, by osiągnąć szczególny stan. Choć sam pejotl w smaku jest fatalny (smakuje jak rozdrobniony aloes, niektórzy twierdzili, że jarmuż), to było wyjątkowe przeżycie. Ceremonia trwała do wschodu, kiedy szaman powitał wynurzające się zza horyzontu słońce. Widzieć, jak się modli do tego słońca, być tam, poczuć – to było coś wspaniałego. Kiedy pytałem miejscowych, także szamanów, jaki byłby świat, gdyby zabrakło pejotlu, odpowiadali: nie byłoby sensu żyć. Mogą mieć trochę racji. (śmiech)

Czyli czasem spłata raty wymaga przeżycia nowych doświadczeń. Bywa i tak, że trzeba zostać tureckim aktorem?

To było bardzo zabawne: na końcu świata, w Ushuai, w Patagonii, kierowca busa, który mnie obwoził, przywitał mnie słowami: jesteś tym tureckim aktorem! Nie miałem pojęcia, o co chodzi, dopiero później wytłumaczył mi, że ma na myśli aktora grającego rolę Sulejmana Wspaniałego w serialu "Wspaniałe stulecie", który w Argentynie jest bardzo popularny. I kiedy kierowca opowiadał innym, że wiezie tego znanego aktora, wszyscy mu wierzyli! W pewnym momencie jako turecki gwiazdor robiłem sobie zdjęcia z całymi grupami. Uwielbiam takie zabawne sytuacje i spotykają mnie one na końcu świata. Bo to jest niesamowite, że choć każdy kraj ma swoją specyfikę, to ludzie na całym świecie są niezwykle podobni. Kochają życie, swoje miejsce na ziemi, uwielbiają jeść, tańczyć, rozmawiać. Bez względu na to, czy jestem na Seszelach, czy na końcu świata, w Argentynie, w Ushuai, te elementy się nie zmieniają. Różni się tylko to, jak poszczególne kraje zostały doświadczone, co ukształtowało ich byty państwowe – weźmy np. niewolnictwo na Mauritiusie czy emigrację w Brazyli i Argentynie.

Tak naprawdę więc spłata każdej mojej raty to otwartość (na ludzi, na to, co mają w głowach, co mi chcą powiedzieć, przekazać) i wymiana energetyczna. Ja bardzo wierzę, że to co przekażesz, do ciebie wraca. W dwójnasób. Odwołując się do nomenklatury "kredytowej", powiedziałbym więc, że spłacając moje raty, to ja dostaję odsetki. Bezcenne jest spełnianie marzeń i realizacja pasji. A podróże są moją bezwzględną pasją.

Mimo tego, że wiążą się często z problemami, długimi godzinami spędzonymi w samolotach?

Latanie nie jest problemem, bo lubię latać. Za pomocą pewnej apki sporządzam sobie nawet na bieżąco statystyki – ile godzin spędziłem w samolotach, ile kilometrów pokonałem. To mnie kręci. Ale oczywiście nie wszystkie moje wyprawy to wakacje – kiedy organizowałem wyjazd na Mauritius (to była rata 7.), miałem pod opieką 60 osób. Tak duża grupa, którą trzeba okiełznać – to nie jest łatwa sprawa. Ale robię to od tylu lat, że nie mam już z tym kłopotu. A poza tym naprawdę bardzo lubię ludzi.

65-letni podróżnik wyrusza w podroż dookoła świata. Zobacz wideo

Jak dobierasz tych, którzy zostają bohaterami twoich kolejnych podróży?

Przede wszystkim muszą mieć pasję i kochać swoje miejsce na ziemi. To jest mój klucz doboru bohaterów kolejnych rat, łącznie stu osób. Np. bohaterką wyprawy na Mauritius była Marie Christine Forget, najbardziej znana szefowa kreolskiej kuchni. Kobieta z niesamowitą energią, ciepłem, pasją. Rodowita Kreolka, szkoliła się w szkole hotelarskiej w Szwajcarii, a później wróciła na Mauritius, żeby przekazywać swoją wiedzę i poprzez przygotowywanie potraw zarażać dobrą energią. Ciągle mam ją w głowie, uwielbiam i szukam takich ludzi, bo sam taki jestem.

Bohaterem 8. raty był z kolei Jerzy Mrożek, hispanista, filozof, przewodnik mieszkający już 20 lat w Meksyku. Człowiek z ogromną wiedzą, zwłaszcza o Majach, którą potrafi w niezwykły sposób przekazać. Odkrywam takich ludzi dla siebie i innych, dla tych, którzy czytają mojego bloga. Codziennie odsłaniam kolejne karty moich wyjazdów, mówią o swoich emocjach, dzielę się przemyśleniami. Dla mnie ten blog to nie jest jednorazowa relacja z podróży, czy też etapów realizacji jakiegoś planu. Chcę, żeby to było codziennie podróżowanie, żeby czytelnicy mogli ze mną wyruszyć w świat, nawet jeśli siedzą w domu.

WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP