Trwa ładowanie...
d45ou4c

Wyspa w cieniu smoka. "Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę?"

Tajwan leży na zachodnim krańcu Pacyfiku, w sąsiedztwie Korei, Filipin, Japonii i Chin. Państwo, którego autonomii nie uznaje część świata, raz po raz zalewane obfitym monsunowym deszczem, nękane groźnymi tajfunami i tropikalnymi burzami, stało się moim domem na dwa miesiące.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Nad miastem góruje drapacz chmur Taipei 101
Nad miastem góruje drapacz chmur Taipei 101 (Shutterstock.com)
d45ou4c

Minął ponad tydzień, odkąd jestem na wyspie. Jest gorąco, 35 st. C w ciągu dnia, 29 st. C w nocy. Wilgotny, zwrotnikowy klimat sprawia, że ciało potrzebuje czasu, by przystosować się do nowych warunków. Chociaż od lipca do sierpnia temperatura wzrośnie jeszcze o kilka stopni, a gazety będą się rozpisywać o najgorętszym lecie od ponad dwunastu lat, zawroty głowy, nudności i senność mijają po pierwszych dwóch tygodniach pobytu.

Czy jeszcze nie umarłam?

Mieszkam nad rzeką Danshui He, w dzielnicy Wenshan, w południowej części Tajpej. Ze wszystkich miejsc, których człowiek dotąd nie zalał betonem, wyrasta soczysta, bujna zieleń. Mieszkańcy stolicy budzą się późno. Nie biegną, ale suną w stronę metra, potem dalej, do swoich miejsc pracy. Czerwona herbata z mlekiem, jajko gotowane w aromatycznej słodkiej zupie, gorący batat czy ciepła bułka na parze z mięsnym farszem – to śniadanie spożywane w drodze lub przy wspólnym stoliku w jednym ze sklepów typu convenience store.

d45ou4c

Rano miasto jest ciche, nikt nie ma ochoty na głośne rozmowy, nie słychać też nawoływania z restauracji czy kawiarni. Wszystko powoli budzi się do życia, zupełnie tak, jakby cała energia mieszkańców skupiała się wokół wysiłku zdyscyplinowania ciała i umysłu, by mogły poradzić sobie z żarem lejącym się z nieba. Chociaż wieczorem ulice przemieniają się w potok ciemnowłosych szczupłych ludzi, również wtedy prywatne przestrzenie rzadko kiedy się krzyżują.

   Anna Gryszkiewicz

Dzielnica, w której mieszkam, znajduje się zaledwie cztery przystanki metrem od bogatego centrum z wysokimi szklanymi domami, wśród których najwyższy to duma miasta, drapacz chmur Taipei 101. To architektoniczna fuzja tradycyjnego chińskiego budownictwa i sztuki projektowania feng shui z kapitalistycznymi ambicjami tajwańskiego rządu, które za sprawą architekta Li Zuyuana przybrały formę wysokiej na sto jeden pięter postmodernistycznej bryły z najszybszymi windami świata. Patrzę na Taipei 101, samotny wieżowiec wyrastający z niskiej zabudowy miasta, i zastanawiam się, ile miesięcy zajmuje ekipie wysokościowej umycie tych szklanych ścian.

Gdy wracam do Wenshan, codziennie mijam przynajmniej kilka znajomych twarzy. Jest rodzina, która sprzedaje gotowane w wielkich wiklinowych koszach bułeczki baozi z kapustą. Jest sprzedawca kasków motocyklowych o przeróżnych wzorach, chuda jak szkapa kwiaciarka, rencista, który otworzył wypożyczalnię mangi, fryzjerka, która dość niedokładnie podcięła mi włosy.

Codziennie o godz. 20.50 na osiedlu rozbrzmiewa wesoła melodia. Brzmi znajomo, przypomina tę, którą kilkanaście lat temu, w Łodzi, puszczał przez megafon sprzedawca lodów podjeżdżający raz w tygodniu w okolice kościoła. Przyciągnięta wspomnieniem z dzieciństwa, wychodzę na ulicę. Obok sklepu gromadzi się około dwudziestu osób. Każdy trzyma kilka worków ze śmieciami, wszystkie starannie posegregowane. Osobno plastik, papier, kompost i cała reszta. Mieszkańcy Tajwanu spędzają mnóstwo czasu na segregacji odpadów. Na ulicach jest czysto, ale nie ma koszy na śmieci. Kubek po wypitym soku wraca z właścicielem do domu. Śmieci nie są niczyje, śmieci mają nazwiska i adresy, a od każdego worka płaci się podatki.

   Anna Gryszkiewicz

Kobiety i mężczyźni są ładnie ubrani. Lubią pić kawę i długo ją parzyć. Jednak w gorące południe najlepiej smakuje czerwona herbata z mlekiem i tapioką. Na ulicach kramy z napojami kuszą najróżniejszymi egzotycznymi mieszankami dla spragnionych. Jest owoc pasji z lodem i brązowym cukrem, jest mleko sojowe z czarną fasolą i miodem, jest w końcu japońska matcha o gorzkim smaku i ciemnozielonym kolorze, ze śliwką i tutejszymi ziołami.

d45ou4c

Do poruszania się po mieście służy jedna karta, taksówki są tanie, a w odległości pół kilometra można znaleźć parking z rowerami użytku publicznego. Na poczcie można otworzyć konto bankowe. Cztery pary okularów o różnym stopniu korekcji, przykute łańcuchem do stołu, leżą obok formularzy. Druk jest drobny, więc trzeba czytać uważnie. W razie wątpliwości starsza elegancka pani w informacji, zaraz po głośnym odbeknięciu, wszystko z uśmiechem wyjaśni.

Z nowo wyrobioną kartą bankową idę do restauracji. Siadam przy stoliku z ramenem, a znajomi Tajwańczycy pytają, czy jeszcze nie umarłam. To tradycyjne południowe przywitanie, po którym zwykle rozbrzmiewa głośny, przyjazny śmiech. Patrzę na spocone twarze przyjaciół i ich przylepione do ciała ubrania. Odpowiadam, że żyję i mam się dobrze.

Rytm południowca

Po trzech tygodniach w Tajpej powoli zaczynam rozumieć, czym jest życie południowca. Ważny jest rytm. Dzień spędzam w domu, na uczelni lub w restauracji ze śniadaniami. Podobnie jak inni przemykam wąskimi ulicami, zawsze pod ścianą, okryta jej cieniem lub cieniem wysokich na kilka pięter oleandrów i bambusów. Przechodzę z domu do kawiarni, z kawiarni do sklepu, ze sklepu do drogerii, a potem oglądam buty. Udaję, że chcę coś kupić, żeby na moment wejść do klimatyzowanego pomieszczenia.

   Anna Gryszkiewicz

Około trzynastej Tajpej zasypia. Srebrne rolety spuszczane z hukiem na ziemię zasłaniają warsztaty samochodowe i ich gołobrzuchych właścicieli. Promienie słońca odbijają się od stalowych elementów zabudowań i świecą mi prosto w oczy. Ulice są opustoszałe, wszystko dzieje się powoli. Gorące, wilgotne powietrze przylepia się do płuc i nie ma czym oddychać, zupełnie jakby jakiś spocony olbrzym stał nad miastem i sapał nad głowami mieszkańców.

d45ou4c

Pod wieczór robi się gwarno. W małych przydomowych świątyniach najedzone posążki bożków podświetlone na różowo wysłuchują próśb o bogatego, wysokiego chłopaka, o zdrowy poród i zgodę mamy na poślubienie Alilang, smukłej i bladej niczym porcelana przybyszki z Korei Południowej.

Na skrzyżowaniu ulic w dzielnicy Maokong, niedaleko upraw herbaty, jest klub miłośników gry w szachy. Ciągle walczę ze sobą, aby w końcu wejść i spróbować swoich sił, jednak onieśmiela mnie doświadczenie starszych ode mnie o kilka dekad graczy.

Na placu Pamięci Czang Kaj-szeka raz do roku zbierają się tłumy, by obejrzeć najnowszy spektakl teatru tańca Yun Men. Dziś tancerze grają za darmo. Przyszła rodzina z dziećmi. Z plecaków wyjmują kilka pudełek z jedzeniem. Zapach smażonego boczku unosi się nad trojgiem schludnie ubranego rodzeństwa o ciemnej skórze, niezwykle długich rękach i lśniących, pięknych włosach. Najmłodsza córka śpi na kolanach taty. Nie można robić zdjęć, nikt nie rozmawia. Wszyscy oglądamy, czasem nie wiemy co, ale wciąż ten świat nas interesuje.

   Anna Gryszkiewicz

W Muzeum Sztuki Współczesnej jest wystawa rzeźb Li Zhena. Przed wejściem gruba stalowa "chmura-słoń" o dwudziestu ludzkich twarzach liczy zwiedzających. W pierwszym pokoju stoi masywna, dwa razy większa ode mnie kamienna postać buddyjskiej strażniczki Mahakali z wylewającym się poza podstawę rzeźby maminym brzuchem. Patrzę na ciężkie, toporne postacie wykute w białym kamieniu i mam nieodparte wrażenie, że Li Zhen był kiedyś moim bliskim krewnym i stąd nasze spojrzenia na niektóre sprawy są bardzo podobne. Wystaw takich jak ta jest w Tajpej mnóstwo. Lato, jak w każdej większej stolicy, obfituje w propozycje kulturalne i rozrywkowe. Kluby z muzyką na żywo, festiwale filmowe, wystawy fotografii, pokazy teatrów tańca – to wszystko sprawia, że wokół Tajpej skupia się życie kulturalne i rozrywkowe Tajwanu.

d45ou4c

Stukrokowy wąż

Wschodnie wybrzeże wyspy pokrywają masywne góry. Z okna pociągu na trasie Tajpej – Yuli widać ich łagodny grzbiet. Rano, gdy robi się najgoręcej, zieleń paruje, a niebo nad górami zaczyna falować. Grań przypomina grzbiet wielkiego legwana, który rozłożył potężne ciało wzdłuż wyspy, by chronić ją przed tajfunami i oceanem.

   Anna Gryszkiewicz

Yuli leży między dwoma pasmami gór. Łączą je wyschnięte prawie w całości rozlewiska rzek lub sztucznie nawadniane pola ryżowe. Wiejska architektura jest prosta i pod każdym względem daje pierwszeństwo naturze. Niskie białe domy, których ściany utrzymują przyjemny chłód, mają kamienne posadzki i rozsuwane drewniane drzwi. Przez wąską szparę widać chudą sylwetkę właściciela domu, który przysnął, by wieczorem mieć siłę świętować.

d45ou4c

Miejscowa ludność to w dużej części tajwańscy aborygeni lub ich potomkowie z mieszanych małżeństw. Mają ciemną skórę, szerokie barki, a zęby zabarwione betelem. Raz do roku zakładają ciężkie, wielokolorowe stroje, kobiety upinają wysoko włosy i zdobią je ptasimi piórami, a mężczyźni, na pół nadzy, wkładają wysokie sznurowane buty. W świąteczny dzień ludność aborygeńska gromadzi się na miejskim placu, wspólnie śpiewa i tańczy oraz pije pędzony domowymi metodami niskoprocentowy alkohol z prosa. Jest cierpki i trudno się go przełyka, a później w gardle pozostaje nieprzyjemny osad. Po jednej butelce zaczynam tańczyć i choć ruchy starszej ciotki, która tańczy obok, są dużo zgrabniejsze, ciężkie brzmienie bębnów i głośno wyklaskiwany rytm powodują, że mimo woli wciągam się w kilkugodzinny rytuał wspólnego świętowania.

Rano właściciel domu, w którym mieszkam, proponuje, że podwiezie mnie pod wodospad, gdzie rdzenna ludność lubi się kąpać. Chociaż z okna samochodu zieleń pokrywająca góry wydaje się łagodna, wąskie kamienne podejścia i wielkie jak ze snu owady, które po zmroku zaczynają głośno rozmawiać, budzą moją czujność. Wysoki na 40, może 50 m wodospad uderza głośno o taflę wody. Kilku wytatuowanych od pasa w górę mężczyzn popisuje się przed grupą młodych Tajwanek, które nie chcą zamoczyć ubrań i brodzą tuż przy brzegu. Jeden z nich skacze z wysokiego kamienia, a wszyscy wstrzymują na moment oddech.

   Shutterstock.com

To jeden z przywódców tutejszej szajki młodych aborygenów z plemienia Bunun. Z uwagą słucham, jak chwali się siedzącemu obok nowo zapoznanemu mężczyźnie znajomością tutejszych lasów, dzieciństwem obfitującym w takie rytuały, jak codzienne kąpiele w wodospadzie. Aż wreszcie mrożącą krew w żyłach opowieścią o dziadku, który zginął podczas jednej z takich kąpieli, ugryziony przez grzechotnika. Zgodnie z legendą ofiara po ugryzieniu przez "stukrokowego węża" (baibushe) nie jest w stanie przejść więcej niż sto kroków, gdyż w tym czasie trucizna zabija. Usłyszana opowieść budzi moją czujność, ale uspokajam się, gdy spojrzenie mężczyzny łagodnieje, a na jego twarzy pojawia się uśmiech z wyszczerzonymi, zabarwionymi na czerwono zębami.

d45ou4c

Po chwili piękna dziewczyna w ciąży wdrapuje się po skałach i z groźną miną napomina męża, że czas kończyć opowieści i zabawy w wodzie. Cała piątka zwinnie schodzi na dół, wsiada do białego vana i odjeżdża. Siedzę na dużym, rozgrzanym kamieniu i patrzę na mieniący się w słońcu wodospad. Zamykam oczy i przez moment mam wątpliwości, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę.

   Anna Gryszkiewicz

Po powrocie do miasta sprawdzam legendę o baibushe, stukrokowym wężu, z którego uczyniono totem, do którego modlono się o zdrowie dzieci i którego przy okazji świąt przekupywano zabitą zwierzyną. Wracam pamięcią do wytatuowanego mężczyzny, do sympatycznej, choć nieprofesjonalnej fryzjerki, do sprzedawcy ramenu, do pracowników biblioteki, ekspedientki w Seven Eleven, do przyjaciół, których poznałam na miejscu. Sprawdzam godzinę odlotu do Polski, a do walizki wkładam książkę o rdzennej ludności Tajwanu i pudełko najlepszej herbaty wulong, jaką piłam.

Zobacz też: Tajwańska świątynia w kształcie buta.

d45ou4c

Podziel się opinią

Share

d45ou4c

d45ou4c