Trwa ładowanie...
d3zen8s

Droga Umarłych - w poszukiwaniu kolei widma

Mówi się, że więźniów, którzy zmarli podczas budowy Transpolarnej Magistrali Kolejowej, wrzucano bezpośrednio pod nasyp. Zapomnianą kolej w środkowej Syberii zaczęto nazywać Martwą Drogą – nigdy nie przejechał po niej żaden pociąg.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Droga Umarłych - w poszukiwaniu kolei widma
(GNU Free Documentation License, Wikimedia Commons by ComIntern)
d3zen8s

O Transpolarnej Magistrali Kolejowej krążą ponure legendy. Podobno każdy pojedynczy podkład leży na kościach łagierników – stąd też zaczęto ją nazywać Martwą Drogą *lub *Drogą Umarłych. Porzucona pośród bezkresnych bagien tajgi i tundry, stanowi dzisiaj niemy pomnik okrutnego szaleństwa epoki stalinizmu. Budowana w latach 1949-1953 przez dziesiątki tysięcy więźniów gułagu, linia miała połączyć leżące na wysokości koła podbiegunowego miasta Salechard i Igarka *w środkowej *Syberii.

Monstrualną inwestycję przerwała śmierć Stalina. Z planowanych 1297 km udało się wybudować 697 km nasypu. W kilka tygodni po odejściu krwawego dyktatora prace przerwano, a zeków, strażników i personel administracyjny ewakuowano. Transpolarna Magistrala stała się Drogą Umarłych. Jako jeden z pierwszych dziennikarzy spoza Rosji dotarł tam na początku lat 90. polski fotograf Tomasz Kizny. Jego czarno-białe zdjęcia zagubionych w dziczy lokomotyw, wagonów i torów były moim pierwszym spotkaniem z Syberią. Wspólnie z moim przyjacielem Maćkiem Cyprykiem postanowiliśmy odszukać zaginione łagry na najbardziej niedostępnym, wschodnim odcinku kolei w okolicach osady Janow Stan. Wcześniej nie dotarli tam żadni badacze spoza Rosji. W sierpniu 2013 r. razem z Łukaszem Orlickim, szefem działu badań magazynu „Odkrywca”, Anną Hyman – doktorantką na New York University oraz operatorem kamery Markiem Kozakiewiczem wsiedliśmy do samolotu, który zabrał nas do Krasnojarska na początek eskapady na Daleką Północ.

Etap 1., Krasnojarsk – Turuchańsk, dystans: 1500 km
Potężna kopuła zwieńczona złotą iglicą wyraźnie odcina się na tle monotonnego pejzażu blokowisk i industrialnych budynków pokrywających Krasnojarsk. Od XIX w. zatrzymują się tutaj pociągi pędzące carską Koleją Transsyberyjską. Z wagonów wysypują się nie tylko lokalni podróżni, ale również backpackersi zafascynowani mitem „Transsibu”. W czasach stalinowskich stawały tutaj jednak zupełnie inne składy. W zaplombowanych stołypinkach (wagonach towarowych zamienionych na cele) transportowano miliony przyszłych łagierników. Trafił tam także Polak Wojciech Borsuk, którego relację odnaleźliśmy w archiwum Ośrodka Karta. Spośród wspomnień naszych rodaków osadzonych na Martwej Drodze, jego opowieść okazała się najbardziej przejmująca i obrazowa. Skazaniec nie miał pojęcia, że podobnie jak 80-120 tys. innych więźniów trafi na Transpolarną Magistralę Kolejową. Nikt dzisiaj nie wie, ilu ludzi więziono na wielkiej budowie, ilu zmarło z głodu, chorób i wycieńczenia.

Aleksieja Andriejewicza Babija, szefa krasnojarskiego oddziału stowarzyszenia Memoriał, spotykamy w małym mieszkaniu w obskurnym bloku pamiętającym chyba jeszcze czasy Breżniewa. Siedziba tej największej rosyjskiej organizacji pozarządowej, dokumentującej zbrodnie komunistycznego reżimu, jest po sufit zawalona archiwami i publikacjami. Ale pytany o Martwą Drogę Aleksiej bezradnie rozkłada ręce. – Nasza wiedza o tym, co działo się na Magistrali, jest ciągle bardzo niepełna. To jedna z największych białych plam na mapie Archipelagu Gułag – mówi wprost.

d3zen8s

Ludzi, którzy mieli trafić na Północ, transportowano barkami płynącymi po Jeniseju. Był wśród nich także Wojciech Borsuk. Z portu rzecznego w centrum Krasnojarska odchodzą dzisiaj statki pasażerskie kursujące w stronę Oceanu Arktycznego. Na dalekiej Syberii rzeki są jedynymi szlakami komunikacyjnymi. Dróg praktycznie nie ma. Naszym celem jest miasteczko Turuchańsk, skąd spróbujemy znaleźć środek transportu w głąb tajgi. Okrętujemy się do ciasnych kajut pod pokładem statku Lermontow. Najniższa klasa. Przez pokryte warstwą brudu bulaje widać porośnięte lasem brzegi. Jenisej to jedna z największych rzek świata. Jest pięciokrotnie dłuższa i toczy u ujścia dwadzieścia razy więcej wody niż Wisła. Niebieską wstęgą przecina Syberię, dzieląc ją na dwie wielkie krainy: Nizinę Zachodniosyberyjską i Wyżynę Środkowosyberyjską. Co jakiś czas migają nam przed oczami nieliczne wioski. W jednej z nich, o nazwie Bakhtia, Werner Herzog nakręcił ostatnio film „Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze”.

Współtowarzysze podróży nie mogą się nadziwić, czego grupa obcokrajowców szuka na kole podbiegunowym. I to jeszcze z „djewuszką”. Kto to widział, żeby dziewczyna w towarzystwie czterech facetów pchała się w tajgę. Świat stanął na głowie! Komentarze miejscowych przypominają bardziej zakłady, ile dni uda nam się przeżyć, zanim potoniemy w trzęsawiskach, zgubimy się w bezludnych lasach albo zostaniemy pożarci przez niedźwiedzia. Naszym rozmówcom włos jeży się na głowie jednak dopiero wtedy, kiedy dowiadują się, że na wyprawę wyruszamy bez broni palnej. – Ale mamy to! – z dumą prezentujemy specjalne klaksony hukowe i gaz pieprzowy produkowany w USA na okoliczność spotkania z misiem. Wzbudzamy tym powszechną wesołość wśród podróżnych zgromadzonych w palarni – okrętowym centrum życia towarzyskiego. – Takie zabawki to są może dobre na amerykańskie niedźwiadki – śmiejąc się do łez, rzuca Wowa, Czeczen mieszkający od lat w Igarce nad Jenisejem. Ale nam do śmiechu raczej nie jest. Nie dość, że nie mamy karabinów, to
jeszcze kompletnie nie wiemy, co nas czeka po opuszczeniu pokładu.

Podziel się

Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, Wikimedia Commons by Charly1234

d3zen8s

Etap 2., Turuchańsk – Farkowo, 4 dni, dystans: 130 km (łącznie: 1630 km)

– Motorówkami dopłyniecie do wsi Farkowo. Stamtąd zgarnie was administracyjny helikopter i wysadzi w Janow Stanie. No to szczęśliwej podróży. Dawaj! – naczelnik obwodu turuchańskiego wstaje od stołu, dając do zrozumienia, że spotkanie uważa za zakończone. W Turuchańsku jesteśmy od niecałych dwunastu godzin, a już mamy opracowany praktycznie cały plan. Wbrew obawom o reakcje przedstawicieli władz na zagraniczną wyprawę badawczą poświęconą niełatwej tematyce łagrów, administracja postanowiła zrobić wszystko, aby pomóc nam w podróży. Od pierwszych chwil w mieście opiekę nad nami roztoczył Iwan, funkcjonariusz MC, czyli Ministerstwa Spraw Nadzwyczajnych, pełniącego w Rosji funkcje służby ratowniczo-kryzysowej. W błyskawicznym tempie zorganizowano dwie łodzie i paliwo. Ledwie zdążyliśmy uzupełnić zapasy, a już płyniemy rzeką Turuchan *w stronę *Farkowa, ostatniego przyczółka cywilizacji przed Martwą Drogą. Dalej są już tylko setki kilometrów bagien i lasów. Naszym sternikiem zostaje Losza, teść
Iwana. Podkręca motor na najwyższe obroty, jednocześnie sprawdzając poziom paliwa i nad otwartym zbiornikiem niemrawo ćmiąc taniego papierosa. Jak się okazuje, wbrew obiegowej opinii benzyna jednak nie jest łatwopalna… Tą samą rzeką przed kilkudziesięciu laty płynął Wojciech Borsuk. Wszystkich więźniów przywożono barkami, a zatem łagry musiały być zlokalizowane w pobliżu wody, aby uniknąć trudności z transportowaniem kolumn liczących setki łagierników.

Położone na skarpie Farkowo liczy sobie zaledwie ok. 300 mieszkańców, z czego prawie połowa to młodzież uczęszczająca do jedynej w promieniu setek kilometrów szkoły. Jest początek września i akurat rozpoczyna się rok szkolny. Ale na oficjalną uroczystość dotarła tylko część uczniów. Pozostali przez cały miesiąc będą zwożeni helikopterami z tajgi. Ich rodzice ciągle mieszkają w czumach – tradycyjnych namiotach koczowniczych pasterzy reniferów. Dzieci na wakacje wracają w tajgę do swoich rodzin, a rok szkolny spędzają w internacie. Na syberyjskiej prowincji niewielu jest „białych” Rosjan. To teren zamieszkany przez ludność rdzenną, tzw. małe narody Północy. Prawdziwa mieszanka etniczna. Ewenkowie, Selkupowie (szacowana populacja ok. 3600 osób) i Kieci (populacja szacowana na 1494 osób), a jeszcze dalej na północy Nieńcy. Kiedy tylko wchodzimy pomiędzy parterowe drewniane zabudowania, natychmiast podbiega naczelnik wioski, który dostał już polecenie, że ma się nami zaopiekować. Jego stanowcze ruchy i
dynamiczny sposób działania nie pasują do sennej atmosfery Syberii. Okazuje się, że w jego żyłach płynie niemiecka krew. Jest potomkiem Niemców nadwołżańskich zesłanych tutaj przez Stalina w ramach represji skierowanych przeciwko tej grupie etnicznej po niemieckiej agresji na ZSRR w 1941 r. Chwilę później dołącza do nas starszy mężczyzna. Przedstawia się jako Dima, myśliwy z plemienia Selkupów. Bezceremonialnie oświadcza, że będzie naszym przewodnikiem i leci z nami w tajgę. Wahamy się, czy przyjąć jego propozycję, nie wiedząc, że wszystko zostało już postanowione. Dima jest dawnym przyjacielem Loszy – teścia Iwana – który nakazał mu się nami zająć. Teraz jest dla niego sprawą honoru, aby nic złego nie przydarzyło nam się podczas wędrówki. Tak na Syberii załatwia się wszystkie sprawy. Wszelkie oficjalne formuły to tylko fasada dla zdecydowanie silniejszych osobistych więzi i zależności. Bez nich jest się tutaj nikim. Następnego dnia euforię w wiosce wywołuje przylot potężnego MI-8. Helikopter jest
jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym. Na prowizorycznym lądowisku gromadzą się rzesze mieszkańców Farkowa, a Dima, przedzierając się przez tłum ze skromnym plecakiem i dwururką zawiniętą w koc, wpycha nas na pokład.

Etap 3., Farkowo – Janow Stan – Martwa Droga, 17 dni, dystans: 300 km (łącznie: 1930 km)

d3zen8s

– No z was to prawdziwi Słowianie! I wódki się można z wami napić i pogadać jak ludzie – pracownik w stacji meteorologicznej Janow Stan jest wyraźnie zadowolony z naszego przybycia. On, jego żona Katia (pół-Selkupka, pół-Ewenka) oraz jeszcze jeden meteorolog to jedyni mieszkańcy osady. Kiedyś żyło tutaj wiele rodzin, była nawet szkoła podstawowa, ale wszyscy uciekli do miasta. Syberia się wyludnia, ludzie nie chcą żyć samotnie w dziczy. W tajdze pozostali tylko nieliczni myśliwi, którzy podczas długich zimowych miesięcy polują na zwierzęta futerkowe, przede wszystkim sobole, z których wyrabia się słynne futra.

Wychodzimy poza zabudowania, prosto w tajgę. Nagle naszym oczom ukazują się pokryte rdzą fragmenty żelastwa. Koła, osie, hamulce, rama podwozia. Na końcu składu wagonów leży przewrócona na bok, częściowo zatopiona w płytkim bagnie lokomotywa. Na stopniu wybity napis U.S. Army. Być może pociąg trafił tutaj w ramach amerykańskiej pomocy dla Sowietów w czasie II wojny światowej. Nasyp kolejowy biegł na zachód, w stronę położonego ok. 30 km od Janow Stanu łagru – głównego celu wyprawy. Ze zdjęć satelitarnych wynika, że powinien on zachować się w stanie niemalże niezmienionym od 1953 r. Ruszamy w drogę. Na tej szerokości geograficznej występuje już lasotundra – mozaika tajgi i bagnisk. Latem właściwie nie można tutaj normalnie podróżować. Ale Dima nawet przez chwilę nie waha się z wyborem drogi. Wie, jakie drzewa oznaczają twardy grunt, a gdzie czają się zdradliwe trzęsawiska. Tylko czasami przystaje, wypatrując kolacji – cietrzewi, głuszców i kaczek. Nagle błyskawicznie zdejmuje z ramienia strzelbę i celnym
strzałem kładzie pięknego ptaka, który właśnie zrywał się do lotu. Później dowiadujemy się, że ma przepisane szkła korekcyjne minus dwie dioptrie, a okularów nie nosi. Nasyp i szyny zachowały się w zaskakująco dobrym stanie. Wzdłuż magistrali ciągnie się linia energetyczna. Słupy powoli zapadają się w wieczną zmarzlinę. Latem jej wierzchnia warstwa rozmarza, pokrywając całą Syberię gigantycznymi trzęsawiskami. Zimą temperatury spadają do -40 stopni Celsjusza. Wybudowanie w takich warunkach linii kolejowej było z góry skazane na porażkę. Wysiłek i śmierć tysięcy szły na marne.

Drugiego dnia marszu krajobraz niepokojąco się zmienia. Ziemia jest czarna, a drzewa osmalone. Już wcześniej doszły nas słuchy o szalejących miesiąc wcześniej w tym regionie wielkich pożarach. Kiedy wreszcie docieramy na miejsce, okazuje się, że łagier prawie w całości spłonął. Ponury żart historii. Obóz przetrwał kilkadziesiąt lat, a został zniszczony parę tygodni przed naszym przybyciem. Na szczęście przed pożogą uratowały się niektóre zabudowania. W tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu wciąż stoją wieżyczki strażnicze i zasieki z wyznaczoną strefą śmierci. Pomiędzy wyższym i niższym płotem z drutu kolczastego znajdował się zagrabiony pas ziemi. Każdy, kto się na nim znalazł, mógł zostać zastrzelony przez strażnika bez wcześniejszego ostrzeżenia. Przetrwała również jadalnia, kominy po piekarni, gdzie wypiekano czarny chleb – podstawowy składnik skromnej łagrowej diety. W pralni wciąż leżą prymitywne przyrządy do czyszczenia odzieży oraz beczki z ługiem używanym do dezynfekcji ubrań. Na ziemi w
bezładzie walają się miski, buty, a nawet więzienna ocieplana kurtka, tzw. waciak. Skansen śmiercionośnego systemu. A jednak na Drogę Umarłych zagląda życie. W sumie podczas ekspedycji badamy 5 obozów, w których znajdujemy m.in. lazaret. W jednym z nich naszą uwagę przykuwa doskonale zachowany budynek wartowni strzegącej wejścia do zony. Kiedy otwieramy drzwi, naszym oczom ukazuje się przytulnie urządzona izba z prymitywną kozą i podstawowymi sprzętami. Na półeczce leżą zapasy soli i cukru. W dawnym obozie koncentracyjnym musi mieszkać myśliwy. Pewnie wygląda jak Rusłan – napotkany przez nas nad rzeką Makowskaja ponury myśliwy, mieszkający przez cały rok w tajdze. Kiedy nas zobaczył, jego pierwszym pytaniem było: – Która godzina? Od tygodni nie widział człowieka i chciał wreszcie nakręcić zegarek. Podobnie jak on, od pokoleń żyją na tych ziemiach setki jego rodaków z małych narodów Północy. Przetrwali i cara i bolszewików. Ale ich przyszłość jest niepewna. Szczególnie, że na Północ i Transpolarną Magistralę
Kolejową wraca za sprawą ropy i gazu ziemnego cywilizacja. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

*Wizy *
Polacy podróżujący do Rosji muszą posiadać wizy, które można uzyskać w konsulatach w Gdańsku, Krakowie i Poznaniu oraz w ambasadzie w Warszawie. Standardowo wydawane są 30-dniowe wizy turystyczne. Przekroczenie tego terminu może wiązać się z poważnymi konsekwencjami, włącznie z zatrzymaniem i nałożeniem wysokiej grzywny.

Język
Konieczna jest przynajmniej podstawowa znajomość języka rosyjskiego. Na prowincji praktycznie nikt nie mówi po angielsku.

Waluta
Kurs wymiany w Rosji jest zdecydowanie korzystniejszy niż w Polsce, dlatego lepiej zabrać ze sobą zapas dolarów. Warto pamiętać, że wiele banków oraz kantorów nie chce wymieniać starych banknotów, czyli wydrukowanych przed 2004 r.

Zagrożenia
W okresie letnim zmorą w tajdze są meszki i komary, dlatego trzeba zabrać odzież z długimi rękawami i nogawkami oraz moskitierę. Repelenty najlepiej kupić na miejscu. Jeżeli chodzi o przestępczość, realne zagrożenie występuje w dużych miastach, a na prowincji raczej ze strony osób pijanych. Pamiętać należy, że na obszarach zamieszkanych przez ludność rdzenną dochodzi do przypadków tzw. białej gorączki, będącej wynikiem zatrucia alkoholem, a skutkującej agresywnymi zachowaniami i całkowitą utratą kontaktu z rzeczywistością.

TOMASZ GRZYWACZEWSKI
Doktorant prawa, specjalizujący się w prawie międzynarodowym. Pracę naukową łączy z pasją odkrywania świata, pracując jako niezależny dziennikarz i realizując własne wyprawy badawcze. Wątek rdzennych ludów Syberii powróci w jego kolejnym reportażu z Drogi Umarłych.

RADA AUTORA
Wyprawa w tajgę to nie wycieczka do lasu. Planując taki wyjazd, należy przygotować się na bardzo trudne warunki terenowe, ogromne trudności transportowe, nieliczne ludzkie osiedla, kłopoty ze zdobyciem zapasów i wreszcie dzikie zwierzęta (głównie niedźwiedzie). Dobrym pomysłem na trening dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z Syberią, będzie podróż nad Bajkał.

Tekst: Tomasz Grzywaczewski, www.podroze.pl

Podziel się
d3zen8s

Podziel się opinią

Share

d3zen8s

d3zen8s