Kilka lat przygotowań i pokonała go rzeka. Historia Kamila o drodze do Magicznego Autobusu

Kamil Bodziony marzył o dotarciu do Magicznego Autobusu. Legendarnego miejsca, w którym zmarł podróżnik Christopher McCandless - bohater głośnego filmu "Wszystko za życie" (Into the Wild). Polaka od celu dzieliło 30 m rzeki. Nie był w stanie jej przejść. W rozmowie z WP opowiada o przygotowaniach do podróży i walce do ostatniej chwili.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Na drodze do Magicznego Autobusu znajduje się m.in. grób Francuzki
Na drodze do Magicznego Autobusu znajduje się m.in. grób Francuzki (Archiwum prywatne)
WP

Christopher McCandless marzył o "wielkiej alaskijskiej odysei". W pogoni za tym marzeniem i by uciec od cywilizacji, udał się w dzikie pustkowia Alaski. Tam znalazł opuszczony autobus, w którym postanowił się zatrzymać. Christopher nie był jednak przygotowany na tak długie "wakacje". Doskwierał mu brak wody i jedzenia. Po dwóch miesiącach podróżnik podjął próbę powrotu, ale nurt rzeki, którą miał przejść, okazał się zbyt silny. McCandless wrócił więc do autobusu, i to w nim zmarł. Dziś pojazd uznawany jest za "magiczny". Wielu podróżników próbuje do niego dotrzeć, niestety bezskutecznie.

Monika Katarzyna Krupska: Autostopem po Stanach Zjednoczonych - brzmi jak szaleństwo. Co cię skłoniło do takiego wyjazdu?
Kamil Bodziony: Razem z narzeczoną Martą kończyliśmy studia i to był ostatni dzwonek, aby gdzieś wyjechać na dłużej. Chcieliśmy zobaczyć jakieś ciekawe miejsca przed "wejściem w dorosłość" i rozpoczęciem pracy. Decyzję podjęliśmy od razu po powrocie z Turcji, tylko wtedy myśleliśmy jeszcze o Azji.

Czyli Mur Chiński zamieniliście na Times Square w Nowym Jorku?
Tak, ale nie do końca. Naszym celem od początku była Alaska, bo ja od kilku lat marzyłem, aby tam pojechać. A wszystko to, jak większość podróżników, z powodu Christophera McCandlessa.

WP

Zaraz do tego dojdziemy, ale najpierw opowiedz mi, jak wyglądają przygotowania do takiej podróży.
Najpierw robi się "research", czyli sprawdza waluty, poznaje prawa, jakie panują w danych krajach, dowiaduje o obowiązkowych szczepieniach itp. Pieniądze na takie wyjazdy odkłada się przez cały rok. Dopiero gdy się zbliża termin, to oszczędza się więcej i bardziej. Po "załatwieniu formalności", mówi się bliskim o planowanym wyjeździe. I to jest naprawdę ciężki kawałek chleba do zgryzienia.

Czyli brak akceptacji i entuzjazmu? Jakieś zakazy, sprzeciwy?
U mnie nie było żadnych problemów, choć kierunek zaniepokoił moją mamę. U Marty było już gorzej. Jej rodzice byli przerażeni. Prowadziliśmy długie rozmowy, w których staraliśmy się wytłumaczyć im, jak będzie wyglądała nasza wyprawa i dlaczego tam jedziemy. Nie byli zadowoleni, ale zaakceptowali. W sumie nie mieli wyjścia.

Archiwum prywatne
Podziel się
WP

Widziałam na zdjęciach, że wasze plecaki były dość ciężkie. Co zabiera się w taką trzymiesięczną podróż po Stanach i Kanadzie?
Musieliśmy być przygotowani na temperatury od -10 do +50 st. C. USA ma kilka stref czasowych i olbrzymi przekrój warunków, które mogą nas spotkać. Ale najważniejsze jest, aby odpowiednio przygotować się na warunki na Alasce i dalekiej północy Kanady. Staraliśmy się brać jak najmniej, ale wszystko, co będzie potrzebne. Mieliśmy m.in.: kuchenkę, odzież termiczną, karimaty, śpiwory czy moskitiery na twarz i gaz pieprzowy na niedźwiedzie.

Bo to przede wszystkim była podróż autostopem. Ale do Chicago – waszego miejsca startowego – dotarliście autobusem i samolotem. Co było dalej?
Z lotniska pieszo poszliśmy na "wylotówkę" w kierunku… Kalifornii. Na pierwszego stopa czekaliśmy kilka godzin, strasznie nas to zdemotywowało. W Europie nigdy nie mieliśmy problemów z łapaniem okazji. A tam ludzie po prostu nie chcieli nas brać. Po kilku godzinach zatrzymała się para Azjatów, która wywiozła nas gdzieś nad jakieś jezioro. Nie mieliśmy tego w planach, ale chcieliśmy się wydostać stamtąd jak najszybciej.

Nie baliście się jechać w nieznane?
Cały czas zbaczaliśmy z trasy, ale zawsze udawało się na nią wracać. Najgorsze były pierwsze noce, kiedy spaliśmy "na dziko", przy drogach, w krzakach czy w lesie. Po tygodniu ludzie nas zaczęli zapraszać do swoich domów, więc strach minął.

Dlaczego was zapraszali?
W przypadku osób starszych myślę, że przypominaliśmy im ich dzieci, które opuściły już rodzinny dom. Chcieli też poznać naszą kulturę i pokazać nam, jak oni żyją.

WP

Kto zapadł wam najbardziej w pamięć?
Na pewno para staruszków, którą spotkaliśmy w drodze na Alaskę, 86-letni Jim i 78-letnia Jane. Jechaliśmy z nimi kilka dni ich ponad 25-letnim prywatnym autobusem. Niesamowite, jak starsi ludzie podczas własnej podróży życia byli w stanie nam zaufać. Drugą pamiętną parą, spotkaną chyba dosłownie dwa dni później, byli Dimitrij i Lena z Ukrainy, mieszkający na Alasce. Dimitrij po kilkudziesięciu kilometrach wspólnej podróży pozwolił mi już strzelać ze swojej broni.

Archiwum prywatne
Podziel się

Jaka była najbardziej niebezpieczna sytuacja, jaka was spotkała?
Myślę, że kilka spotkań z niedźwiedziami. Sporo osób nas ostrzegało, kazali nam uważać szczególnie podczas noclegu. Pamiętam, gdy pewnego dnia obudziliśmy się, a nasze jedzenie, które zostawiliśmy kilkadziesiąt metrów od noclegu w workach, zostało rozerwane przez zwierzynę. Do tej pory zastanawiamy się, co to mogło być.

WP

Zanim dotarliście na Alaskę, udało się wam zwiedzić kilka parków narodowych. Który wam się najbardziej spodobał?
Byliśmy w Parku Narodowym Gór Skalistych, w Badlands czy w Lassen Volcanic. Mi najbardziej podobał się jednak Park Narodowy Zion w stanie Utah. Zion to inaczej raj i faktycznie można było poczuć się tam jak w raju. Jest tam szlak w rzece, idzie się w wodzie po pas. Normalnie spotykamy się tam z 45 stopniami Celsjusza, ale z racji wody temperatura spada do 20 stopni. Coś magicznego.

Po 50 dniach w końcu udało wam się dotrzeć na Alaskę. Jak wyglądała droga do Magicznego Busa?
Dotarcie na miejsce zajęło nam dłużej, niż przewidywaliśmy. Szlak Stampede, czyli droga do Magicznego Autobusu, rozpoczyna się na parkingu tuż za Jeziorem Ósmej Mili. Szlak podzieliłbym na dwa rodzaje – na suchy i mokry. Bo do celu jest około 32 kilometrów, które pokonuje się po żwirze, błocie czy piachu. Pierwsze kilka kilometrów szlaku to atrakcja turystyczna, do którymi dojeżdżają chętni wynajętymi amfibiami wraz z przewodnikiem. Potem dochodzi się do pierwszej z rzek, czyli Savage. I choć nas spotkała woda trochę ponad kolana, to i tak mieliśmy lekkie problemy, aby przez nią przejść.

Archiwum prywatne
Podziel się
WP

Lekkie problemy, dlaczego?
Rzeka ma bardzo silny nurt i nierówne podłoże złożone z dużych i śliskich kamieni. Niska temperatura też daje niesamowicie w kość. Z rzekami to jest tak, że nie wolno wejść sobie i założyć, że się je od razu przejdzie. Należy chwile poczekać, poobserwować prąd i zrobić przymiarki. Gdy dochodzi się do pierwszej z rzek, obok stoi symboliczny grób pewnej Francuzki. Kobieta kilka lat temu utonęła, próbując przekroczyć wodę.

Brzmi dramatycznie. Ile tych rzek należy w sumie przejść?
Kilkanaście kilometrów dalej, pamiętam idąc w prawą stronę, dochodzi się do Teklaniki. Jeszcze przed rozpoczęciem szlaku spotkałem grupę czterech osób, które wodę próbowały przejść kilka razy. Mieli teoretycznie wszystko, co potrzeba, aby przejść na drugą stronę – kalosze, siekiery, liny, wodoszczelne plecaki. Nie mieli tylko jednego… szczęścia. Poziom zarówno w dzień, jak i w nocy był dla nich za wysoki. Poddali się i wrócili. My z narzeczoną próbowaliśmy kilka godzin, ale dla nas poziom wody też był za ekstremalny.

Archiwum prywatne
Podziel się

Doszliście tak daleko, a jednak postanowiliście zrezygnować. Ciężko było?
Bardzo ciężko. Mój kolega Łukasz Gołacki powiedział kiedyś, że wolność to świadomość porzucenia możliwości. Ja tę wolność wybrałem, choć przez wiele lat o tym marzyłem i przez kilkanaście miesięcy się przygotowywałem. Jakieś 30 metrów dzieliło mnie od tego busa. Wystarczyło, że przekroczymy rzekę, gdyż dalsze dojście stanowiło tylko pieszą wędrówkę.

Ile razy próbowaliście?
Nawet nie wiem ile, nie liczyłem, ale kilka/kilkanaście prób było. Najpierw chcieliśmy przejść razem. Potem przez kilka godzin próbowałem przedostać się sam. Zastanawialiśmy się co będzie, gdy mi się uda, a ona zostanie. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę chciałem tego busa zobaczyć z nią, a nie sam. Nawet gdybym za wszelką cenę przekroczył wodę, to miałem z tyłu głowy świadomość, że dużo trudniej może być mi wrócić. Bo o ile rano można mieć super warunki, to woda może się zmienić i za chwilę będziemy walczyli o przeżycie, bo skończy się jedzenie.

A to zdjęcie z busa, które przecież macie. Jak je wykonałeś?
Udaliśmy się z Martą do "fakebusa", czyli ja to nazywam autobus dla słabszych. Został stworzony na potrzeby filmu. Znajduje się on przy restauracji, tuż przy głównej drodze, każdy może podejść i zrobić sobie zdjęcie. Skoro nie udało nam się dotrzeć do tego, w którym mieszkał Christopher McCandless, to chociaż warto zobaczyć i takiego.

Youtube.com / Pierwowzór wszystkich kolejnych zdjęć: Christopher McCandless przed swoim autobusem na niedługo przed śmiercią
Podziel się

Czy masz zamiar tam wrócić?
Nie wiem kiedy, ale myślę, że tak. Nawet jeśli chodzi o USA i Kanadę. Nie zobaczyliśmy połowy z tych rzeczy, które sobie zaplanowaliśmy, choć czasem najlepsze scenariusze pisze właśnie samo życie.

Kamil Bodziony (1991r.) - podróżnik i blogger, który zwiedził już blisko 40 krajów. Zaczynał od podróży rowerem do Rumunii czy Hiszpanii. Później bez grosza udał się w dwumiesięczną podróż dookoła Europy. Z narzeczoną stopem zwiedził Turcję, a później Kanadę i USA.

Zobacz też: Ruszają wycieczki na wrak Titanica.

WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP