WP

Zabijamy naszą planetę. Świadomość ekologiczna budzi się na Filipinach

Co minutę do oceanu trafia ciężarówka śmieci. Co będzie, gdy sytuacja się odwróci? – alarmuje Greenpeace. Sprzątanie plaż, troska o wrażliwe wyraki, stworzenie farmy motyli. Człowiek na Filipinach podejmuje różne działania, by ochronić ziemię.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Podczas pory deszczowej fale wyrzuciły na brzeg to, co ludzie zostawili w Zatoce Manilskiej
Podczas pory deszczowej fale wyrzuciły na brzeg to, co ludzie zostawili w Zatoce Manilskiej (Jilson Tiu / Greenpeace)
WP

Zdjęcia autorstwa Jilsona Tiu w sierpniu obiegły portale i stacje telewizyjne na świecie. Podczas pory deszczowej fale wyrzuciły na brzeg to, co ludzie zostawili w Zatoce Manilskiej. Tony śmieci, głównie plastiku. Organizacja Greenpeace tłumaczy, że zmiany klimatu i ulewne deszcze powodują na Filipinach wiele zniszczeń – podtopienia, zalewanie dróg, kanalizacji czy metra. Po przejściu fali w przestrzeni publicznej zostaje masa tworzyw sztucznych, bez których wydaje nam się, że nie potrafimy się obyć. Ekolodzy kwitują: "Gdy my głowimy się nad rozwiązaniem problemu i sprzątamy, korporacje takie jak: Nestle, Procter&Gamble, Unilever i inne planują dorzucić więcej plastiku do naszych i tak wypełnionych już nim po brzegi rzek i oceanów".

Wzywają do zdecydowanych reakcji. Z jednej strony podejmowania odpowiedzialnych decyzji w codziennym życiu, a z drugiej skutecznego nacisku na korporacje, żeby pojęły, że nie mogą bezkarnie zasypywać wszystkich śmieciami.

Jilson Tiu / Greenpeace
Podziel się
WP

Sprzątają plaże w czynie społecznym

Manilę na wyspie Luzon odebrałam jako miasto zaśmiecone, brudne, pełne spalin i niebezpieczne, ale plaże filipińskie na wyspie Bohol i półwyspie Panglao pokochałam, zupełnie nie dostrzegając problemu. Dlaczego? O tym później.

Identyczne spostrzeżenia ma Monika Frydrych – dziewczyna, która z powodzeniem godzi pracę w warszawskiej korporacji z podróżami, a ostatnio – macierzyństwem. Jest autorką popularnego kobiecego bloga Wandergirl o stylowym podróżowaniu na własną rękę.

WP

– Wyspa Bohol, a już szczególnie plaże na Panglao, były moim zdaniem wyjątkowo czyste! Może nie w porównaniu z np. Portugalią, ale z innymi krajami azjatyckimi, gdzie zdarza się, że śmieci są porozrzucane na całej plaży i dryfują przy brzegu morza – Monika zauważyła to samo, co ja.

Zaczęłam szukać na ten temat informacji i okazało się, że o te rajskie plaże dba społeczność o nazwie Plastic Free Bohol. Na swoim Facebooku społecznicy uświadamiają, że winę za zanieczyszczenie środowiska ponosi "kultura wyrzucania i jednorazowych saszetek".

Facebook / Plastic Free Bohol
Podziel się

Recykling nie jest lekarstwem, bo poddaje mu się tylko 9 proc. wszystkich tworzyw sztucznych produkowanych na świecie. Co należy robić? Unikać choćby jednorazowych kubków, które nie ulegają biodegradacji. Lepiej wziąć ze sobą własną filiżankę lub butelkę wielokrotnego użytku, gdy wybieramy się na plażę z przyjaciółmi. Ale wolontariusze z Plastic Free Bohol nie tylko edukują, bo też zakasują rękawy i organizują "czyny społeczne".

WP
Facebook / Plastic Free Bohol
Podziel się

Ok. 500 takich kubków zebrali tylko jednej letniej soboty z namorzynowego wybrzeża w Alegria, Loay przy drodze do lotniska w Tagbilaran. Umawiają się w internecie na kolejne sprzątanie plaży, razem wybierają miejsce i w swoim wolnym czasie, najczęściej w weekendy, nie szczędzą sił i potu. Za każdym razem stawia się kilkadziesiąt osób, w tym miejscowi mieszkańcy, studenci Uniwersytetu w Bohol, ale też turyści – backpackersi z okolicznych hosteli. Wybierają śmieci nieulegające biodegradacji, segregują, pakują do utylizacji. Resztki trafiają na wysypisko sanitarne, a materiały nadające się do recyklingu są wysyłane do Cebu. Ostatnio w ciągu godziny 30 ochotników w Barangay zebrało 177 kg plastikowych śmieci. To dzięki tym zapaleńcom dla takich niczego nieświadomych turystów jak ja, wypoczynek na Panglao był beztroski.

Facebook / Plastic Free Bohol
Podziel się

Ocalić wrażliwe tarsiery

Na całej wyspie Bohol oprócz plaż jest niemało atrakcji. Sztandarowe Czekoladowe Wzgórza ciągnące się po horyzont kopuły przybierające w porze suchej rudobrązową barwę, wszechobecne pocztówkowe wodospady, most linowy nad rzeką Loboc, wielki mahoniowy las zasadzony ręką człowieka. I wszędzie widać tam raczkujące zainteresowanie ekologią.

WP

– Odniosłam też wrażenie, że na Bohol podejście proekologiczne zdecydowanie się budzi, w porównaniu do innych krajów w regionie. Dodatkowo na Bohol pojawia się też coraz więcej restauracji i knajpek wegańskich, przygotowujących swoje dania ze składników od lokalnych rolników lub z własnych organicznych farm, np. Bohol Bee Farm Restaurant – zauważa Monika "Wandergirl". – To też o czymś, poza modą, jednak świadczy.

Jej zdaniem poza czystymi plażami, bardzo mocny nacisk kładziony jest chociażby na dobrobyt tamtejszych tarsierów. Inaczej – wyraków. To maleńkie, mierzące zaledwie kilka do kilkunastu centymetrów, stworzenia z ogromnymi oczami. Wiedząc, jak bardzo są wrażliwe i podatne na stres (zdarzają się wśród nich samobójstwa ze strachu!), ciężko oglądać je w niewoli. Nawet mimo iż obsługa ostoi z zaangażowaniem pilnuje, by nie hałasować i nie robić zdjęć z fleszem, gdy zwiedzający wypatrzą w gęstwinie zieleni uczepione gałęzi maleństwa.

– Przygotowując się do podróży natknęłam się na wiele publikacji w internecie, szczegółowo wyjaśniających różnice między dwoma "sanktuariami" tarsierów na wyspie: Tarsier Consevation Area w okolicach Loboc, które stanowi rodzaj zoo i Tarsier Sancutary w Corelli, do którego trzeba co prawda nadłożyć nieco drogi (nie znajduje się na trasie "topatrakcji" jak rzeka Loboc czy tamtejszy park atrakcji z ziplinem), ale podchodzi do kwestii tarsierów w bardziej zrównoważony sposób. Z jednej strony jasne, to wciąż niewola i pewien rodzaj atrakcji turystycznej jakby nie patrzeć, ale widać, że Filipińczycy jednak szukają alternatyw – opowiada Monika Frydrych.

Joanna Klimowicz
Podziel się
WP

Monika poleca na swoim blogu rejs rzeką Loboc połączony z obiadem na pokładzie. Ja nie za bardzo. Przypominał mi pływający dancing z muzyką do kotleta. Dodatkowo, w paru miejscach prom przybija do brzegu na mini-występy grup artystów ludowych, co przypomina skansen. Ale z drugiej strony, jeżeli to drobne wsparcie finansowe turystów (bilety wstępu, rejs czy pieniądze przekazywane bezpośrednio) pomaga w ocaleniu tradycji, to może warto. Podobne odczucia miałam na tzw. farmie motyli, gdzie ich wielkie okazy snują się w otępieniu pod oddzielającą je od wolności siatką. Ale... jeśli w ten sposób można ocalić zagrożone gatunki... to nie mam nic przeciwko. Czego już na pewno nie da się powiedzieć o walkach kogutów – uwielbianej i uświęconej przez wieki tradycyjnej rozrywce Filipińczyków.

W pogoni za rekinem wielorybim

Jest jeszcze jeden słynny symbol Filipin. To łagodne giganty – rekiny wielorybie, gatunek zagrożony wyginięciem. Na początku sierpnia Darrell Blatchley zamieścił w mediach społecznościowych zdjęcia młodego, 14-metrowego, martwego rekina wielorybiego znalezionego w pobliżu miasta Tagum na wyspie Mindanao. Wściekły i sfrustrowany napisał, że w ciągu ostatnich dziewięciu lat zrobił sekcje sześćdziesięciu wielorybów i delfinów oraz niezliczonej ilości żółwi czy rekinów wielkogębowych, a teraz to... Przyczyną śmierci wszystkich tych zwierząt był człowiek albo rybackie sieci, albo dynamit kłusownika, albo plastik. Na zdjęciu pokazał kawał plastikowego opakowania wydobyty z żołądka tego rekina wielorybiego, który go zabił.

Turyści szkodzą tym największym rybom. Chcą z nimi nurkować, głaskać, ganiać i robić sobie z nimi selfie.
– Przez lata mieszkańcy Filipin czerpali z tego ogromne zyski, nie patrząc na ekologię, zrównoważony rozwój i dobrostan rekinów wielorybich. Dopiero po jakimś czasie otworzyły im się oczy, że daleko ich to nie zaprowadzi. Wtedy zaczęły pojawiać się miejsca pod patronatem i obserwacją zagranicznych organizacji proekologicznych, które wprawdzie wciąż są atrakcją turystyczną, to jednak wszystko zorganizowane jest w bardziej "ludzki" sposób – opowiada Monika Frydrych.

Tym, którzy marzą o spotkaniu oko w oko z cętkowanym gigantem, poleca położoną na wyspie Luzon miejscowość Donsol – miejsce pod ochroną WWF i rządową. Kategorycznie odradza Oslob na wyspie Cebu, gdzie przed laty szkoła nurkowa zaczęła płacić rybakom za sztuczne dokarmianie i zanęcanie rekinów i do dziś dzieją się tam sceny kontrowersyjne.

– Szkoda, że wciąż większość osób, w tym niestety wielu blogerów lifestylowych, jak np. GypseaLust i Doyoutravel, a na polskim podwórku Jessica Mercedes – jedzie w te bardziej turystyczne miejsce. Bo bliżej, bo łatwiej dojechać, bo taniej, bo "rekiny gwarantowane", bo po co szukać alternatyw – stwierdza Monika „Wandergirl”.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz też: Najpiękniejsza wyspa na świecie. "Tak wygląda raj"

WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP