Trwa ładowanie...
Wakacje.pl
Nocowanie.pl
Plaże
Wyspy
Egzotyka
W Podróży
Miasta
Poza miastem
Ludzie
Wideo
Zobacz inne
Najnowsze
Popularne
żyrardów

Żyrardów - miasto utkane z cegły, lnu i ambicji

To były największe zakłady lniarskie w Europie. Odkąd zamilkły krosna, Żyrardów szuka dla siebie nowej drogi. A przyjezdnym z dumą pokazuje skarby, na które w fabrycznym zgiełku mało kto zwracał uwagę.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Żyrardów - miasto utkane z cegły, lnu i ambicji
(wikipedia by DeGirard, licencja CC BY-SA 3.0)

Najważniejsze są buty. W Żyrardowie to podstawa. – Kiedyś oprowadzałam grupę konserwatorów z całej Polski. Prosiłam – załóżcie wygodne buty! – wspomina Maria Badeńska-Stapp, żyrardowska konserwator zabytków. – Nie wszyscy posłuchali. Potem były odciski i narzekania – zatrzymuje się przed przejściem dla pieszych. – Co innego, gdyby to było zwiedzanie pałacowych wnętrz. Ale u nas robi się kilometry! – rusza naprzód. Przed nami 70 hektarów zabytku.

Przemierzamy kwartały jak z kajetu architekta – szerokie aleje, szpalery kasztanowców, budynki w precyzyjnie wymierzonych odstępach. Równy rytm kolorów – zieleń liści, odbity w oknach błękit nieba, czerwień cegieł. Milionów cegieł o tym samym, intensywnym odcieniu, wypalonych w jednej cegielni w pobliskich Radziejowicach. – Żyrardów to ewenement. Niewiele mamy w Polsce miast idealnych, najpierw starannie zaplanowanych, potem konsekwentnie zrealizowanych. I jeszcze niemal w całości zachowanych! – zachwyca się pani Maria. I dodaje, że Żyrardów może konkurować z najbardziej znaną z polskich urbanistycznych utopii – Zamościem.

Jeszcze 200 lat temu nikomu się o tym nie śniło, na równinie stało kilka chat. Właściciele tych ziem, bracia Łubieńscy, przebudzili osadę z drzemki. Postanowili wybudować pierwszą w Królestwie Polskim fabrykę lniarską. Kluczem do sukcesu miał być wynalazek pewnego Francuza – maszyna do przędzenia lnu na mokro. Philip de Girard nie zawojował ojczyzny ani Wielkiej Brytanii, ale Łubieńscy przyjęli go z otwartymi ramionami. W wybudowanej w 1833 r. manufakturze zastosowali urządzenie po raz pierwszy na świecie, a wynalazcę mianowali dyrektorem. Początki były jednak skromne. Przełom nastąpił po wykupieniu fabryki przez nowych właścicieli. Choć w nazwie miasta unieśmiertelniono de Girarda, to właśnie nazwiska *Dittrich i Hielle *mieszkańcy Żyrardowa mieli później wymawiać z nabożną niemal czcią.

Obaj nosili to samo imię Karol, ich żony były siostrami, razem prowadzili w czeskim mieście Krasna Lipa przedsiębiorstwo handlujące przędzą lnianą. Nade wszystko połączyła ich jednak wizja. W 1857 r. kupili od banku mazowieckie zakłady. Tam, gdzie inni widzieliby tylko okazję do zarobku, Dittrich i Hielle dostrzegli szansę na stworzenie dzieła życia. Przy fabryce miało powstać nowe miasto. Zaplanowali je dokładnie, a następnie, przez przeszło pół wieku, ów plan był wcielany w życie, najpierw przez nich samych, a później przez syna Dittricha, Karola juniora. – To bardzo nowoczesny projekt, z wyraźnie oddzielonymi od siebie strefami mieszkaniową i przemysłową – tłumaczy Maria Badeńska-Stapp. – Była to realizacja krążących wówczas po Europie postulatów zapewnienia pracownikom godziwych i zdrowych warunków życia. Miasto jest jasne i pełne zieleni. Już w pierwszych wersjach planu uwzględniono imponującą jak na owe czasy infrastrukturę: szkoły, szpital, kościoły, przytułek dla starców, dom kultury, łaźnię,
pralnię – wylicza.

Na początek Dittrich i Hielle zabrali się za domy mieszkalne. Każdy kwartał ma po jednym budynku w szczycie i po trzy po obu bokach. Wzdłuż nich ciągną się drewniane komórki. Przydzielano je sprawiedliwie – kto mieszkał na piętrze, dostawał komórkę na parterze. Obok stały niegdyś szachulcowe toalety, pośrodku podwórza wytyczono zaś ogródki. Mieszkańcy uprawiali w nich warzywa i ziemniaki, niektórzy trzymali też króliki czy kury. Nie dla wszystkich starczało miejsca – wielu musiało przynajmniej początkowo zadowolić się kątem w izbie współdzielonej z innymi robotnikami. Paweł Hulka-Laskowski, pisarz wywodzący się z rodziny skromnych tkaczy, wspominał: „Zacząłem mieć szacunek dla domów trzechsieniowych i dla ludzi mieszkających w takich domach. Ojciec opowiadał, że takie mieszkania były tylko dla zasłużonych robotników…”. – Pracownicy przybywali z okolicznych wsi, z drewnianych chat z klepiskiem. O tym, jak wielką zmianą były dla nich przenosiny do miasta, do murowanych domów z podłogami, świadczy *nazwa, jaką
nadali głównej alei, obecnej ul. Kościuszki – Nowy Świat *
- dodaje Jacek Grzonkowski, naczelnik jednego z wydziałów Urzędu Miasta, a prywatnie miłośnik historii Żyrardowa.

Nie tylko na robotnikach Żyrardów robił wrażenie. W 1900 r. miasto otrzymało Grand Prix na wystawie światowej w Paryżu – tej samej, na którą wybudowano wieżę Eiffla. Dyplom przechowywany jest niczym relikwia. Maria Badeńska-Stapp zatrzymuje się przed wiekowym dokumentem w kręgielni, gdzie urządzono wystawę poświęconą historii Żyrardowa. – Dziś nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wielkie to było wyróżnienie. Myślę, że nagrodę przyznano nie tylko za wyroby, ale raczej za całokształt osiągnięć. Tu naprawdę zastosowano najnowocześniejsze rozwiązania - mówi z dumą. - Szpital miał centralne ogrzewanie, kanalizację, a nawet instalację elektryczną! Ochronkę wybudowano w 1875 r. jako pierwsze przedszkole w Królestwie Polskim. Oba budynki pełnią swą funkcję do dziś, zachowały w znacznym stopniu wyposażenie wnętrz. To także ewenement – podkreśla.

Tej niezwykłej ciągłości można w Żyrardowie doświadczyć nie tylko dotykając chropawych cegieł. – Parę lat temu przeprowadzałem wywiady z dawnymi pracownikami fabryki – wspomina Jacek Grzonkowski. – Bywały chwile, gdy w ogóle nie mogłem ich zrozumieć. Wciąż używają żyrardowskiej gwary. Pełno w niej naleciałości z niemieckiego i czeskiego, bo z tych krajów sprowadzano tu specjalistów. Musiałem prosić, by wytłumaczyli mi to po polsku – śmieje się. Na zdumiewające opowieści natrafił w wywiadach z lat 70. XX w. – Niektórzy z rozmówców jako dzieci chodzili do fabrycznej ochronki. Uczono ich tam piosenek na cześć Dittricha. Ci ludzie traktowali właściciela fabryki jak ojca, dobrotliwego, ale i surowego, otaczali go niemalże religijną czcią. Ponoć niektórzy recytowali te dziecięce rymowanki na łożu śmierci, zamiast pacierza – kręci głową z niedowierzaniem.

Slot

Patrzę na gmach przędzalni, na ogromne okna i dachy tkalni. Wielu robotników sprzed stu lat pewnie nigdy w życiu nie widziało nic równie wielkiego. Próbuję wyobrazić sobie ten codzienny przypływ, falę ludzi, która, wzywana przez świst gwizdawki, sunęła przez plac ku dymiącym kominom, a za bramą rozpływała się wśród budynków, w zaułki i wewnętrzne ulice, każdy na ściśle określone miejsce w fabryce. Tu też wszystko było dobrze przemyślane. – Oś zakładów stanowiła bocznica kolejowa – tłumaczy pani Maria, prowadząc mnie wzdłuż zakurzonych szyn. – To na nią nanizane były kolejne etapy produkcji. Najpierw magazyny i roszarnia, dalej przędzalnie i tkalnie lnu, a na końcu zespół wykańczalni, gdzie odbywało się bielenie, farbowanie, drukowanie. Był też oddział bawełniany i wełnianka – wylicza. Kilka kilometrów fabryki, 10 tysięcy ludzi, trzask krosien tak ogłuszający, że własnych myśli nie słychać. Dziś już tylko w jednym miejscu można ten żyrardowski hałas usłyszeć.

– W latach 80. fabryka szła pełną parą, czasem nawet w soboty się pracowało – Andrzej Borzykowski przekrzykuje huk maszyn. Ledwie możemy rozmawiać, a to przecież tylko kilka krosien. Na moim rozmówcy, byłym pracowniku przędzalni, nie robi to wrażenia. – Było gorąco, wilgotno, duszno, prządki nosiły gumowe fartuchy. Zapach klejów, chemikaliów, drobiny przędzy w powietrzu. Ciężka robota! – kwituje. W jego głosie słychać szacunek i odrobinę sentymentu. Po 1989 r. odszedł, w fabryce działo się coraz gorzej. Jego żona nadal pracowała w tkalni żakardowej. Gdy w 1999 r. ogłoszono upadłość, namówiła go, by spróbowali te żakardy uratować. Misterne tkaniny były chlubą Żyrardowa. Zaryzykowali. Dziś w jednej z hal na terenie dawnego bielnika huczy kilka z 16 krosien. Tkaczki i tkacze doglądają maszyn, gdy tylko gdzieś zerwie się nitka, podchodzą, poprawiają i znów puszczają czółenko w ruch. Wszystko dzieje się błyskawicznie. Lata doświadczenia robią swoje. – Zatrudniam pracowników dawnych zakładów. Z młodymi
jest problem. Czasem przychodzą, ale wytrzymują dzień czy dwa. Za ciężka to dla nich praca – wzdycha pan Andrzej.

– Fabryka była sercem Żyrardowa. Dawała zatrudnienie, mieszkanie, zapewniała opiekę. Ludzie to szanowali. Gdy rozmawia się z dawnymi pracownikami, to słychać w ich wspomnieniach niesamowite zaangażowanie, etos pracy. Po upadku zakładów trudno im było pogodzić się, że nie będzie tu przemysłu – tłumaczy Maria Badeńska-Stapp. Wielu nie dowierzało, gdy po mieście rozeszła się wieść, że w fabrycznych halach powstaną mieszkania, sklepy, kawiarnie. Ale Żyrardów, który po przeszło 160 latach został nagle bez fabryki, musiał wymyślić się na nowo. Sporządzono plan rewitalizacji.

Władze miasta uporządkowały park wokół rezydencji Dittricha. Blask przywrócono resursie, klubowi dla dyrektorów i kadry, gdzie powstał ośrodek kultury, hotel, restauracja i punkt informacji turystycznej. W opustoszałych halach potencjał dostrzegli zaś prywatni inwestorzy. Piotr Błażejewski w szpularni wybudował lofty, potem zabrał się za gmach przędzalni, który góruje nad głównym placem. Dziś działają tu restauracje i sklepy, wyżej mieszczą się lofty i hotel. Stara Przędzalnia otrzymała w ubiegłym roku nagrodę Generalnego Konserwatora Zabytków. – To udana rewitalizacja – chwali pani Maria. Zabytkową halę odnowiono, pozostawiając odrobinę dostojnej patyny. – Zadbano też o detale, jak choćby kotwy, które wzmacniały konstrukcję budynków. One współtworzą charakter tego miejsca – dodaje. Lofty powstały także w sąsiedniej Nowej Przędzalni z 1913 r., niezwykle nowoczesnej jak na owe czasy konstrukcji żelbetonowej. Firma, która zainwestowała w ten gmach, miała mniej szczęścia i zbankrutowała, ale
wygląda na to, że po wielu perypetiach prace dobrną niedługo do szczęśliwego końca. Jacek Grzonkowski ma nadzieję, że uda się zagospodarować cały teren dawnej fabryki. – Pasaże będą ciągnęły się aż do stawu, skąd niegdyś czerpano wodę. Ulicę prowadzącą wzdłuż dawnej bocznicy kolejowej nazwaliśmy Nowym Światem, bo to tu będzie nowe centrum – podkreśla. Ambitny plan, może nawet zuchwały. Ale tak w końcu powstał Żyrardów. To miasto utkane z cegły, lnu i ambicji.

Slot

Bartek Kaftan, www.podroze.pl

Podziel się opinią

Share
Slot