Trwa ładowanie...

Mąż z importu

Kiedy zakochasz się w kimś z innego kraju, często czekają cię trudne decyzje: przeprowadzka za granicę, zmiana pracy, ślub z człowiekiem zupełnie innej kultury i wyznania. Przepytaliśmy pięć Polek, które poślubiły cudzoziemców. Opowiadają, za co cenią swoich zagranicznych mężów, jak radzić sobie z różnicami kulturowymi i dogadać się z obcojęzyczną rodziną. Przeczytajcie i oceńcie, czy warto wyruszyć w świat po miłość!
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Mąż z importu
(Katarzyna Bednarska / archiwum prywatne)

Zanzibar – do czterech razy sztuka

Dorota Katende od dziesięciu lat mieszka na Zanzibarze. Tutaj zbudowała dom i prowadzi pensjonat Vanilla House nad Oceanem Indyjskim. Tutaj też znalazła szczęście. Najpierw zakochała się w Afryce, potem przyszła miłość do miejscowego mężczyzny. O swoim życiu na afrykańskiej wyspie napisała dwa bestsellery. W „Domu na Zanzibarze” opowiada, dlaczego zdecydowała się wyprowadzić z Polski i wyjść za mąż za Tanzańczyka. Jeden z powodów to brak spełnienia w życiu osobistym.
W Polsce była mężatką dwukrotnie. Pierwszy mąż zapewnił jej dostatnie życie, ale w zamian oczekiwał całkowitego posłuszeństwa, na wszelkie przejawy niezależności reagując agresją. Drugi był rozrzutny, i choć przez większość czasu to ona utrzymywała dom, często ją poniżał. Kiedy rozpadło się jej drugie małżeństwo, Dorota spełniła swoje wielkie marzenie: po raz pierwszy pojechała do Afryki. Wróciła zafascynowana, z apetytem na więcej. Po kilku podróżach wiedziała, że to z Afryką zwiąże swoją przyszłość. Otworzyła biuro podróży "Safari Travel", organizujące wyprawy do afrykańskich krajów. I wzięła ślub z Ugandyjczykiem. Różnice kulturowe były jednak zbyt duże, żeby związek przetrwał. Mimo kolejnej porażki nie poddała się. Było warto. Czwarte małżeństwo z Tanzańczykiem z Zanzibaru okazało się trwałe i szczęśliwe.

W Justinie urzekła ją pogoda ducha, radość życia i to, że może liczyć na jego bezwarunkową akceptację. O tym, co było po „i żyli długo i szczęśliwie”, Dorota Katende pisze w drugiej książce pt. „Kobiety na Zanzibarze”. Zdradza, jak to jest być z Afrykańczykiem, opowiadając o wszystkim, co czytelnicy chcieliby wiedzieć, ale boją się zapytać: od różnic w europejskiej i afrykańskiej mentalności po sekrety sypialni, o których mówi otwarcie i bez pruderii. Przygląda się też afrykańskim kobietom, od których jej zdaniem możemy się mnóstwo nauczyć, także jeśli chodzi o sekret udanych związków.

Dorota Katende / archiwum prywatne

Troskliwy jak Włoch

Polki uganiające się za bogatymi cudzoziemcami to dawno nieaktualny stereotyp. Decydując się na ślub z obcokrajowcem, coraz rzadziej kierują się względami materialnymi. Czasami wręcz poświęcają lepszy poziom życia na rzecz lepszego związku. Jak Joanna Sznajder, od kilku lat w szczęśliwym małżeństwie z Włochem, która podkreśla, że zamieniła ilość na jakość. Z pierwszym mężem, Polakiem, żyła dostatniej, ale mniej szczęśliwie. Doceniała duże, wygodne mieszkanie i częste wakacje za granicą, ale brakowało jej czułości i ciepła. Dokładnie tego, co usłyszała w głosie włoskiego klienta, który pewnego dnia zadzwonił do jej firmy. Jedna rozmowa telefoniczna wywróciła jej świat do góry nogami. Kilka miesięcy później spakowała swoje życie do paru walizek i zamieszkała w Toskanii, kończąc wieloletni związek i świetnie zapowiadającą się karierę. Ryzykownie, ale nigdy nie żałowała. We włoskim mężu ceni przede wszystkim troskliwość, która nie minęła po pierwszej fazie zakochania.

– Andrea wciąż mnie zaskakuje – mówi Joanna. – Nie ma rzeczy, której nie potrafi naprawić, chętnie pomaga w domowych obowiązkach, sprawia miłe niespodzianki mnie i naszym córkom. Dosłownie czyta mi w myślach, co za każdym razem jest dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Kiedyś wspomniałam mu, że nie podoba mi się nasza stara kanapa. Kiedy po kilku dniach wróciłam do domu, miała już nowe, ręcznie założone obicie. Innym razem oglądałam w sklepie piękny kożuszek. Nie kupiłam go, bo był za drogi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy mąż dał mi go na moje urodziny! To drobne gesty, ale wiele mówią o mężczyźnie. Andrea ma też świetne poczucie humoru i mnóstwo fantazji. Ale najważniejsze, że jest po prostu dobrym człowiekiem.
Związek z mężczyzną mniej skupionym na własnej karierze, za to wspierającym swoją partnerkę pomógł Joannie założyć własną firmę. Dziś robi to, co kocha. Prowadzi biuro podróży Visitoscana, pokazuje Polakom Toskanię, przygotowuje warsztaty włoskiej kuchni i … pomaga inym organizować śluby w toskańskiej scenerii.

Joanna Sznajder / archiwum prywatne

Wrażliwy jak Senegalczyk

Joanna Wieczorek zamieniła stolicę Polski na stolicę Senegalu. Dziś mieszka w Dakarze, gdzie prowadzi zajęcia rozwoju osobistego dla kobiet z całego świata. Po kilkunastu latach błyskotliwej kariery w bankowości poczuła pustkę i wypalenie. Niby niczego jej nie brakowało – ciekawa praca, świetna pensja, wygodne życie. A jednak za czymś tęskniła. Chciała coś w życiu zmienić, dlatego złożyła wypowiedzenie i wyruszyła w podróż, którą opisała w książce „Wszystkie barwy słońca”. W Malezji poznała Osumane, senegalskiego uzdrowiciela. Ona, dziewczyna z miasta i korporacji, poczuła, że spotkała bratnią duszę. Kiedy po miesiącu każde z nich ruszyło w swoją stronę, zaczęły się niekończące się rozmowy na skypie. Do Senegalu przyjechała na próbę. Choć nigdy nie przypuszczała, że mogłaby zamieszkać w Afryce, to właśnie tu odnalazła swoje miejsce. I swoją drugą połówkę.

– Od razu zwróciłam uwagę na jego serdeczny uśmiech i ciepły głos – opowiada Joanna. – Osumane oczarował mnie optymizmem, poczuciem humoru i charyzmatyczną osobowością. A gdy go lepiej poznałam, urzekła mnie jego dobroć i szlachetność. Łączy nas też wspólna pasja: oboje interesujemy się duchowym wymiarem życia. Osumane jest uzdrowicielem, który rozmawia z duchami, zwanymi w Afryce dżinami. Ja z kolei jeszcze przed odejściem z korporacji interesowałam się szeroko rozumianym rozwojem osobistym, uprawiałam jogę, medytowałam. Oboje mamy więc kontakt z „niewidzialnym”. Osumane ma też zdolności artystyczne: maluje i świetnie śpiewa – często koncertuje w klubach w Dakarze. Jednocześnie przy całej swojej wrażliwości twardo stąpa po ziemi. Mimo trudności wytrwale dąży do celu i nigdy się nie skarży. Jest też po męsku silny i odważny: kiedyś obronił mnie przed atakiem żmii! Czuję się przy nim bezpieczna.
Zdaniem Joanny Senegalczycy to zaprzeczenie stereotypu biernych, niezaradnych życiowo Afrykańczyków.
– Są bardzo aktywni i przedsiębiorczy. Niemal wszyscy prowadzą swoją działalność i coś tworzą: wykonują artystyczne rękodzieło, szyją i sprzedają ubrania w małych atelier, prowadzą warsztaty metalowe lub stolarskie. Są też niezwykle atrakcyjni! Panowie dbają o swoje ciała i zdrowie fizyczne. Wieczorami cała plaża w Dakarze zapełnia się mężczyznami uprawiającymi sporty. Ćwiczą, grają w piłkę, robią brzuszki w dołkach w piasku. Dzięki temu ich ciała są wysportowane i pięknie wyrzeźbione. W Senegalu jedyni posiadacze „oponek” na brzuchu to przebywający tu biali cudzoziemcy.

Slot

Kreolska cierpliwość

Agnieszka pod koniec studiów wyjechała do Anglii. Tak jak Fabrice, który przybył tam z Mauritiusu. Oboje szukali dla siebie lepszych perspektyw. Oboje przełamali też stereotyp imigrantów, którzy zamykają się w swoich lokalnych społecznościach i wiążą się tylko ze „swoimi”: Agnieszka i Fabrice są dziś siedem lat po ślubie.
– Ujął mnie jego spokój, może dlatego, że to moje przeciwieństwo – śmieje się Agnieszka. – Na początku byliśmy tylko przyjaciółmi. Zawsze mogłam na niego liczyć. Wysłuchiwał, kiedy miałam potrzebę się wyżalić i w różnych sytuacjach służył pomocą. Umiał mnie też rozbawić, więc w chwilach gorszego nastroju poprawiał mi humor. To on zakochał się pierwszy. Ja dopiero po jakimś czasie i kilku uczuciowych porażkach zrozumiałam, że mam przed nosem świetnego, dobrego faceta, który na dodatek świetnie gotuje! Na szczęście był cierpliwy. Czekał… i się doczekał. Ślub był w Anglii, a miesiąc miodowy – oczywiście na Mauritiusie!

Wesele po nepalsku

Jedną z ciekawszych stron małżeństwa z cudzoziemcem jest międzynarodowy ślub. A te bywają naprawdę widowiskowe. Katarzyna Bednarska z pewnością ma o czym opowiadać. Jej wesele, które kilka tygodni temu odbyło się w stolicy Nepalu, Katmandu, trwało 3 dni i bawiło się na nim ponad 400 gości.
– Poznaliśmy się w Nepalu i dość szybko postanowiliśmy, że wspólne życie spróbujemy ułożyć sobie właśnie tutaj. Była to dla mnie decyzja trudna, ale logiczna. Rajesh prowadzi dobrze prosperującą firmę, a w Polsce musiałby zaczynać wszystko od zera, co z powodu nieznajomości języka i różnych aspektów europejskiej kultury byłoby skomplikowane. Nasz ślub odbył się w Katmandu. Wszystkie uroczystości trwały 3 dni. Dzień pierwszy, zwany mehendi, to wspólne świętowanie kobiet z rodziny, podczas którego na stopy i dłonie nakłada się wzory z henny. Panie mogą się zrelaksować pijąc wino i jedząc potrawy nepalskiej kuchni: ryż (dhal), potrawkę z soczewicy (lentils), duszone mięso bawole i jagnięcinę. Wszystko ugotowali dla nas panowie! Następnego dnia rano przygotowano mnie do ceremonii zaślubin. Nałożono mi charakterystyczny makijaż – długie kreski na oczach, cienie w różnych kolorach i tak dużo różu, że musiałam zaprotestować! Najstarsza siostra męża pomagała mi się też ubrać – sama nie dałabym rady. Choć noszę rozmiar 36, ślubną kreację musiałam uszyć na zamówienie, bo Nepalki są tak drobne, że nie zmieściłabym się w żaden z tutejszych rozmiarów. Miałam na sobie długą czerwono-złotą spódnicę, zwaną lehenga, która ważyła 8 kilogramów! Do tego ciasno zapinany gorset, pas materiału zasłaniający brzuch i ramię, a na nogach buty-alladynki.

Katarzyna Bednarska / archiwum prywatne

Podczas zaślubin para młoda siedzi na poduszkach na specjalnym podeście. Duchowny posypuje ich ryżem i żółtymi kwiatami, a na czole panny młodej maluje tikę - czerwoną kropkę na znak dobrobytu i szczęścia. Panna młoda okrąża męża trzykrotnie i kłania się dotykając jego stóp. Pan młody rysuje jej czerwoną kreskę na środku głowy odtąd stają się nierozłączni przez 7 kolejnych wcieleń. Po ceremonii zaślubin udaliśmy się na bankiet i tańce. Na nepalskich weselach kobiety i mężczyźni tańczą osobno, nie ma tańca w parach. Jako panna młoda musiałam więc zatańczyć ze wszystkimi kobietami z rodziny, a nie z mężczyznami, jak byłoby to w Polsce. Ostatniego dnia przyjmowaliśmy gości w domu. Po takim trzydniowym świętowaniu byłam szczęśliwa, ale i wykończona!

Slot

Cudzoziemiec też człowiek

Jak każdy związek, również ten z obcokrajowcem nie jest tylko sielanką. I tu zdarzają się kłótnie - nawet najlepszy partner jest przecież tylko człowiekiem. A do różnic charakterów dochodzą jeszcze różnice kulturowe.
– Afrykańsko-europejskie małżeństwo to duże wyzwanie, czasem wręcz mieszanka wybuchowa – mówi Dorota Katende. – Sporo czasu zajmuje zrozumienie innej mentalności i niełatwo ją zaakceptować. Najtrudniej przyjąć do wiadomości, że to nie ten jeden wybrany człowiek jest inny, tylko całe jego otoczenie myśli inaczej. To, co ich śmieszy, nas, Europejczyków, złości. Kiedy my się niecierpliwimy, oni mają czas. Oni mówią "pożycz", ale wiadomo, że nigdy nie oddadzą. Trzeba się uczyć odróżniać wiele zachowań i nie oceniać ich naszą miarką.

Podobne doświadczenia ma za sobą Joanna, która w Senegalu przekonała się, co znaczy stać się częścią wielkiej afrykańskiej rodziny.
– Podstawową wartością w Afryce jest wspólnota – opowiada. – Tu każdy wszystkim się ze sobą dzieli – pieniędzmi, czasem, mieszkaniem, samochodem. Obowiązuje lojalność wobec rodziny, a ta potrafi być bardzo liczna. Mój mąż ma 36 rodzeństwa, nie licząc dziadków, babć, kuzynów, ciotek i wujków. W myśl afrykańskich zasad wszystkich powinien wspierać, także finansowo. Na porządku dziennym jest tutaj to, że jeśli dobrze ci się wiedzie, ustawia się do ciebie ogonek chętnych po pomoc. Takie oczekiwania na początku działały mi na nerwy, bo jestem zdania, że każdy powinien być w życiu samodzielny. Na szczęście z czasem udało nam się wypracować niezależność.
– Ilekroć jedziemy odwiedzić rodziców męża, słyszę pomruki zazdrości: „Ty to masz życie – co roku wakacje na Mauritiusie!”. Nikt nie rozumie, że większą część tych „wakacji” spędzają na niekończących się wizytach u teściów, cioć i kuzynów.
– Na początku to ma swój urok, ale na dłuższą metę staje się męczące. A przecież żeby przyjechać na tę wyspę poświęcamy większość urlopu i wakacyjnych oszczędności, więc chcielibyśmy też zwyczajnie odpocząć. Kiedyś pierwszy raz przylecieliśmy na Mauritius razem, Fabrice nie widział się z rodziną od kilku lat. Nie miałam serca protestować przeciwko ciągłym spotkaniom z krewnymi – musieli się przecież sobą nacieszyć. Dziś przyjeżdżamy częściej, dlatego pilnuję, żebyśmy mieli przynajmniej kilka dni prawdziwych wakacji – tylko we dwoje!

Dorota Katende / archiwum prywatne

Bilans musi wyjść na plus

W każdym związku jest coś za coś. Szczęście u boku obcokrajowca też ma swoją cenę. Najczęściej jest nią konieczność ułożenia sobie życia z daleka od ojczyzny. Agnieszka tęskni za swoją rodziną. Po kilku latach w Wielkiej Brytanii chciałaby wrócić, ale z powodu bariery językowej jej mąż miałby w Polsce trudności ze znalezieniem sensownej pracy. Poza tym podczas wizyt w rodzinnej miejscowości Agnieszki ludzie patrzą na niego jak na kosmitę – ciemniejsza karnacja to dla nich wciąż egzotyka.

Dorota próbowała zamieszkać z mężem w Polsce, przynajmniej na jakiś czas. Prowadzi przecież firmę w Trójmieście, mogliby pracować razem. Ale dłuższe wyjazdu z Zanzibaru kończyły się dla nich niepowodzeniem. Justin nie potrafił znaleźć sobie miejsca w betonowej dżungli bez słońca. Źle się tu czuł. Podczas jednego z takich pobytów po prostu zniknął. Poczuł gwałtowną potrzebę ucieczki i z dnia na dzień wrócił na Zanzibar. Dorota zrozumiała, że nie można zmusić ukochanego do życia w warunkach, które są dla niego nienaturalne. To tak jakby odebrać mu powietrze.
Poza geografią są też inne trudności. Kasia miała niezapomniane wesele, ale ze względu na odległość mogła w nim uczestniczyć tylko garstka jej krewnych i przyjaciół. Z kolei z rodziną męża ciężko jej nawiązać bliskie relacje, ponieważ mówią w trudno zrozumiałym dialekcie. Joanna Wieczorek po latach pracy na świetnym stanowisku musiała przestawić się z korporacyjnej pensji na afrykański „spontan”. Joanna Sznajder zostawiła wszystko, co miała – wieloletni związek, rodzinę i przyjaciół, dobrą pracę, wygodne mieszkanie – i musiała zacząć wszystko od nowa. Czy było warto? Wszystkie powtarzają zgodnie, że nie zamieniłyby swojego życia na to „sprzed” – sprzed spotkania prawdziwej miłości.

Slot

Podziel się opinią

Share


Slot