Polka w Gruzji. "Jeśli powiesz, że jesteś z Polski, od razu widać zmianę nastawienia"

Na co dzień mieszka i pracuje w Gruzji. Jest zakochana w Tuszetii, gdzie towarzyszyła pasterzom w ich wędrówkach ze stadami. O swoim życiu w Gruzji opowiada Magdalena Konik, podróżniczka i fotografka, której zdjęcia pojawiły się m.in w National Geographic.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zdjęcia Magdaleny Konik zdobywały nagrody w wielu konkursach
Zdjęcia Magdaleny Konik zdobywały nagrody w wielu konkursach (facebook.com/migawkizpodrozy)

Jakub Czajkowski: Czemu Gruzja jest tak popularna wśród Polaków?

Magdalena Konik: Jest kilka powodów. Po pierwsze wiele osób twierdzi, że kiedyś właśnie taka była Polska. Dużo osób przyjeżdżających do Gruzji to właśnie to starsze pokolenie, które chciałoby jeszcze zakosztować tego, co pamięta z dawnych czasów i opowieści. Po drugie krajobrazy, które zapierają dech w piersiach. Pamięta się je do końca życia. Zamyka się oczy i wciąż widzi Kaukaz. Do tego dochodzą Gruzini i ich gościnność. Reagują oni bardzo otwarcie na turystów. Czasem mam wrażenie, że wręcz zbyt otwarcie. Pamiętajmy o tym, że często podróżujemy dla emocji. Więc jeśli ktoś jedzie do Gruzji i zaznaje tutejszej gościnności i otwartości, to jest to coś, co będzie wspominał bardzo długo i powód, dla którego będzie wracał.

Oczywiście przyjeżdża tu też dużo młodych ludzi z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że w porównaniu z Europą Zachodnią jest to stosunkowo tani kierunek. Mówi się, że Gruzja to nie jest kraj, ale doświadczenie. Jak pojedziesz raz, to w 90% wrócisz. Będzie ci po prostu brakowało tego miejsca.

facebook.com/migawkizpodrozy
Podziel się

A czy wizyta naszego prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2008 r. nie przyczynila się jeszcze bardziej to tego, że Gruzini są do nas tak pozytywnie nastawieni?

Jeśli chodzi o kontakty polsko-gruzińskie, to trwają one o wiele dłużej niż od 2008 r. Trzeba wziąć pod uwagę, że jesteśmy w Gruzji kojarzeni z krajem, który jako pierwszy "stanął na nogi" po tym jak osiągnął niepodległość. Traktują nas jako swego rodzaju wzór do naśladowania. Gruzja bardzo zapatruje się na Europę i Polskę. Gruzini uważają nasz kraj za taki, który bardzo szybko się rozwinął. I dlatego na przykład jeśli powiemy tam, że jesteśmy z Polski to momentalnie widać zmianę nastawienia do nas – znikają pewne bariery. Gdy podróżowałam po Gruzji z Rosjanami, to kiedy mówili, że jest z nimi Polka, od razu było widać różnicę w kontakcie. Tylko przez zaznaczenie mojej narodowości.

Polacy od dawna są szanowani w Gruzji. Niegdyś zsyłani byli tu wykształceni ludzie - architekci, prawnicy. To przekładało się na rozwój i na różne zmiany w Gruzji, które są właśnie zawdzięczane naszym rodakom. Kiedyś przyjęcie Polaka do swojego domu znaczyło tu bardzo wiele. Byliśmy uosobieniem przyjaciół, którzy dużo mogą i szanują się nawzajem. Myślę, że sytuacja z 2008 r. była takim przypieczętowaniem tych dobrych relacji i dalszej przyjaźni. Potem nastąpił też taki gwałtowny rozwój turystyki.

Od jak dawna mieszkasz w Gruzji?

Pierwszy raz przyjechałam tutaj cztery lata temu. Chciałam wtedy poznać miejsce, które jest areną konfliktu między religiami. Myślałam o tym, aby zrobić pewien projekt fotograficzny. Przyjechałam i okazało się, że niemal wszystko jest inne niż to sobie wyobrażałam. Zaczęłam poznawać ten kraj, obserwować ludzi i podróżować po nim, żeby zobaczyć jak najwięcej. Miałam wtedy taki moment w swoim życiu, że musiałam zdecydować "co dalej". Zamierzałam zamieszkać w Warszawie, ale wyszło Tbilisi. Postanowiłam, że znajdę tutaj pracę i spróbuję. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że się udało.

facebook.com/migawkizpodrozy
Podziel się

To jak długo szukałaś tam pracy?

Trzy dni. Wcześniej w Polsce kilkanaście lat pracowałam w turystyce, ale chciałam rozwijać się fotograficznie. Kiedy chciałam dostać się na praktyki w Polsce w jakiejś redakcji okazywało się, że praktycznie nie ma szans. W Tbilisi weszłam do redakcji jednej największych gazet i powiedziałam, że chcę u nich pracować przez miesiąc za darmo żeby się nauczyć, a potem ponegocjujemy warunki zatrudnienia. Byli na to od razu otwarci. Choć przez ten miesiąc było momentami ciężko. Miałam sporo pomysłów, które chciałam zrealizować, ale nie mogłam się z nimi przebić. Do tego stopnia, że jeden z moich pomysłów został odrzucony, a tydzień później znalazł się w gazecie zrobiony przez kogoś innego. Szef oznajmił mi potem, że nie mógł powiedzieć swojemu koledze z redakcji, że jakaś dziewczyna opublikuje coś, co "należy się" jemu. Powiedział "wiesz, to jest taki kraj".

Doświadczyłam tego podziału na kobiety i mężczyzn, który jest tam dość mocno odczuwalny. Postawiłam się. Odpowiedziałm, że jestem kobietą, ale Europejką, a on mężczyzną, ale Gruzinem. W niektórych sytuacjach mam większe możliwości - chociażby z wjazdem do Abchazji, jeśli byłoby to potrzebne To był argument, dzięki któremu zaczęli inaczej patrzeć na moje materiały i na mnie. Dziś współpracujemy bez zarzutu, często otrzymuję pomoc przy realizacji tematów dla polskich magazynów i wspierają mnie też przy prywatnych projektach.

Z czego wynika tam ta nierówność mężczyzn i kobiet?

W Gruzji jest tak, że kobieta ma pewną rolę do spełnienia, co widoczne nadal jest głównie poza Tbilisi. Nawet po studiach kobiety często wracają na wieś, wychodzą za mąż i zajmują się rodziną, bo taka jest "tradycja". Jednak widoczny jest też taki boom, jeśli chodzi o emancypację. Można powiedzieć, że przychodzi to razem z rozwojem, turystyką czy napływem informacji z zachodu. Mam wrażenie, że na przykład w Tbilisi niektóre Gruzinki chcą być bardziej europejskie niż Europejki. Niestety pewne rzeczy, które my przerabialiśmy przez wiele lat, tam są przerabiane w bardzo krótkim czasie i nie wszyscy sobie z tym radzą. Sporo się zmienia, ale jednak nie wszystko – są tematy, o których się publicznie nie mówi. A często jest też tak, że ostatnie zdanie ma patriarcha i wtedy nikt inny nie ma za wiele do gadania.

Postrzegasz już Gruzję jako jej mieszkanka, a nie turystka?

W wielu miejscach nie mam już łatki turystki co jest dobre i jednocześnie złe. Mieszkając tam dostosowuję się do tego co jest na miejscu, więc szanuję pewne zasady. Turyści często nie mają czasu, aby w ogóle je poznać. Często oczekują pewnego sposobu zachowania i tego, aby Gruzini dostosowali się do nich. Kiedy ja gdzieś przebywam dłużej, to widzę jak wygląda ta relacja od strony mieszkańców. Dostrzegam pewne konflikty, bo wiem jak myślą turyści, a jak miejscowi. Widzę też kiedy nie potrafią się ze sobą dogadać. Pojawia się oczywiście takie pytanie – czy turyści jadą tam poznać ten kraj, czy tylko zwiedzić? A może w oczekiwaniu zachwalanej gościnności i spodziewając się określonego przyjęcia, a wręcz tego, aby ich wszyscy za darmo przyjmowali? Niestety takich postaw jest dużo.

Jakie są główne grzechy popełniane w Gruzji przez turystów?

Przede wszystkim to, że pouczają miejscowych. Często mówią, że ich kraj się rozwija, a więc powinni robić to i to, w taki sposób, a nie inny. Dotyczy to wielu aspektów życia – od prowadzenia biznesu do wychowywania dzieci. Uważam że nie można mówić ludziom wychowanym w innej kulturze i o innej mentalności, co jest dla nich lepsze. Tym bardziej oczekiwać, że zrobią tak, jak im mówimy. To co my uważamy za lepsze często mija się z potrzebami w innych miejscach, albo nie zostało tam wypracowane. Ale to nie nasza rola, by pouczać innych. Tak naprawdę w zderzeniu z innymi kulturami powinniśmy otworzyć się na naukę, a nie oceniać.

Które miejsce w Gruzji uważasz za swój dom?

Zdecydowanie Tuszetię. Wcześniej mieszkałam dosyć długo w Sighnaghi. Była tam wspaniała energia, ale czegoś mi brakowało. Kiedy pojechałam do Tuszetii, znalazłam odpowiednie miejsce, czas i ludzi. Chociaż kilka miesięcy trwało to, aż mnie tam zaakceptowano. Ludzie, którzy tam mieszkają, dają mi poczucie bycia we wspólnocie. Stworzyły się bardzo czyste relacje między nami. Mieszkańcy Tuszetii różnią się według mnie od reszty Gruzinów. Jest tam zupełnie inny stosunek do kobiet, do tradycji i do tożsamości narodowej.

W ogóle Gruzini są silnie związani ze swoimi regionami. Często jest tak, że jak zapytamy kogoś skąd pochodzi, to nie powie że z Gruzji, ale że z Imeretii, Megrelii czy Kachetii. W Tuszetii doświadczam też właśnie takiego poczucia tożsamości z miejscem, które jest święte dla jego mieszkańców. W dobie szybkiego rozwoju turystyki w tym kraju i wielkich zmian, to Tuszetia jest taką swego rodzaju oazą. Większość biur turystycznych nie robi tam wycieczek, bo jest tam tylko jedna i niepewna droga. Nie ma gwarancji pogody, ani tego, że ta droga będzie przejezdna. Powoduje to, że do Tuszetii docierają głównie osoby, którym na tym zależy. I taki obraz turystów, jako ludzi nieinwazyjnych, dostają też jej mieszkańcy. Cieszą się, że ktoś chce ich poznać.

Choć trochę gorzej jest podczas Atengenoby, święta które przypada latem, w szczycie sezonu turystycznego. Jest ono tam dla mieszkańców ważniejsze niż Wielkanoc i Boże Narodzenie. Gruzini spędzają je rodzinnie - ludzie, którzy wyjechali nawet daleko za granicę zjeżdżają na spotkania z krewnymi i siadają razem do biesiadnego stołu. W tym momencie turyści, którzy chcą robić zdjęcia nie są mile widziani. Do tego stopnia, że miejsca do świętowania bywają odgrodzone drutem kolczastym. Na to święto trzeba po prostu dostać zaproszenie, a żeby je dostać trzeba znać obowiązujące zasady.

facebook.com/migawkizpodrozy
Podziel się

Czego nie wolno robić w Tuszetii?

Jest kilka zachowań, które nie są mile widziane oraz są rzeczy, których po prostu nie wolno robić. Na przykład wwozić wieprzowiny. Takie mięso nie może przekroczyć przełęczy Abano - możemy być od razu spytani, czy mamy w plecakach "coś wieprzowego". Jest to spowodowane wierzeniami jeszcze przedchrześcijańskimi, które przetrwały w formie tradycji. Jeśli spytamy kogoś stamtąd dlaczego tak jest, to powie, że taka jest tradycja i koniec. Choć miejscowi pasterze schodząc na zimę do Doliny Alazańskiej jedzą wieprzowinę, to już w Tuszetii tego nie robią. Innym przykładem są święte miejsca, do których wstępu nie mają kobiety. Taka tradycja i trzeba ją uszanować.

Skąd pomysł na dokumentowanie tuszeckiej tradycji?

Jak byłam tam pierwszy raz zachwyciły mnie krajobrazy. Dopiero potem zaczęłam coraz bardziej interesować się miejscową społecznością. Moją pierwszą publikacją była dokumentacja zejścia pasterzy ze stadami do Doliny Alazańskiej. Wpadłam na taki pomysł, aby pokazać jak wygląda rok w Tuszetii tworząc album fotograficzny. Zaczęłam poznawać tam ludzi i związywać się z nimi coraz bardziej. Dowiedziałam się też, że ma powstać droga do tego regionu. Czyli zacznie rozwijać się masowa turystyka. Chciałam uwiecznić to miejsce, zapamiętać takim jakim jest teraz, zanim się zmieni na dobre.

Jak zaczęłam rozwijać bardziej swój projekt, okazało się, że zainteresowane są nim różne instytucje jak na przykład Ambasada Gruzji w Polsce, a przede wszystkim sami mieszkańcy Tuszetii. Dla nich było zaskoczeniem, że w ogóle kobieta, w dodatku Europejka, wybrała się na pełną trudów wędrówkę z pasterzami. Więc jak mówiłam im, że mi zależy i w ten sposób chciałam zacząć pokazywać ich kulturę, powodowało to takie większe otwarcie na mnie i zbudowanie przyjacielskich relacji. Chciałam przede wszystkim, aby powstała pamiątka, którą mieszkańcy Tuszetii będą mieli dla siebie.

facebook.com/migawkizpodrozy
Podziel się

Jak przyjecli Cię pasterze? Trudno było ich namówić na wędrówkę z nimi?

Najpierw musiałam ich przekonać, że dam radę. To był dość trudny i długi proces. Mając łatkę Europejki byłam dla nich osobą, która z definicji marudzi, nie ma pojęcia o czym mówi, ani o trudach takiej wędrówki. Na początku kiedy pytałam, czy mogłabym dołączyć do nich, najczęściej słyszałam odpowiedzi, że to niebezpieczne i stanie mi się jakaś krzywda. Że to są faceci... Powiedziałam, żeby dali mi jakiś argument. Jeśli nie mogłabym iść jako kobieta, bo to wbrew tradycji, to zrozumiałabym. Ale przecież w Tuszetii kobiety też są pasterkami. Trudne zaś okazało się zdobycie właśnie zaufania kobiet. Przecież miałam iść w góry z ich mężami, synami, braćmi. To trochę trwało, ale udało się.

Pomogła ta słynna gruzińska gościnność?

Górale są gościnni, ale jak ktoś do nich przyjeżdża i chce wśród nich zamieszkać, to od razu pojawia się pytanie "dlaczego?". Od odpowiedzi na nie zależy bardzo dużo. Czy będę chciała rozwijać swój biznes i być dla nich konkurencją? Czy może wprowadzać jakąś nową, zachodnią ideę? Ja im powiedziałam po prostu, że jestem po to, aby poznać ich tradycję i kulturę oraz dowiedzieć się kim są. I chcę to pokazać najlepiej jak umiem.

Jak będzie wyglądał Twój album o Tuszetii?

Zamierzam pokazać jak wygląda zwykłe życie w tym regionie. Chcę pokazać trud dotarcia tam, sposób pracy jego mieszkańców - rolników i pasterzy. Opowiedzieć o świętach, obyczajach i rytułałach w różnych miejscach. Wracam do Tuszetii niedługo po raz kolejny. Będę w innych wioskach, gdzie ludzie mnie już znają, wiedzą co robię i chcą opowiedzieć swoje historie.

Zależy mi na tym, by przy moich zdjęciach to mieszkańcy wypowiedzieli się o swoim regionie, dlatego konsultuję z nimi wiele rzeczy. To, że oni widzą co ja robię i akceptują, jest dla mnie bardzo ważne.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz także: Niedoceniany zakątek Europy

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.