WP

Tak się mieszka pod biegunami. "Przygoda na całe życie"

Polska Stacja Antarktyczna poszukuje polarników na kolejną wyprawę. Jak się pracuje na odludziu, gdy silne wiatry utrudniają wyjście ze stacji, jest przenikliwie zimno, krajobraz jest monochromatyczny, a jedynymi ludźmi są towarzysze twojej ekspedycji?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dagmara Bożek-Andryszczak wraz z mężem Piotrem wzięli udział w dwóch zimowaniach na dwóch krańcach świata
Dagmara Bożek-Andryszczak wraz z mężem Piotrem wzięli udział w dwóch zimowaniach na dwóch krańcach świata (dompodbiegunem.pl)
WP

Gdy pojawi się sytuacja konfliktowa lub stwierdzisz, że takie życie nie jest dla ciebie i tęsknisz za cywilizacją, nie spakujesz walizki i nie wyjedziesz, bo masz dość. Musisz liczyć się z tym, że będziesz mógł wyjechać wtedy, gdy skończy się kontrakt. Mimo braku atrakcji i czasu, którego jest aż nadto – okazuje się, że takie życie może wciągać.

"Uwielbiam foki i chciałabym je zobaczyć w środowisku naturalnym"

Polskie małżeństwo spędziło dwa roczne zimowania na dwóch polskich stacjach na biegunie południowym i północnym. Dagmara Bożek-Andryszczak napisała książkę o swoich doświadczeniach "Dom pod biegunem. Gorączka (ant)arktyczna", w której opisuje swoje życie w Polskiej Stacji Polarnej Hornsund na Spitsbergenie na Arktyce i w Polskiej Stacji Antarktycznej na Wyspie Króla Jerzego na Antarktyce. Zaczęło się niewinnie. Od podróży poślubnej do północnej Norwegii w 2011 r. Wtedy po raz pierwszy zobaczyli lodowiec, był to malutki wycinek olbrzymiego Jostedalsbreen. Stali przed nim urzeczeni i to było jedno z silniejszych przeżyć podczas tej podróży.

WP
dompodbiegunem.pl
Podziel się

Kto by pomyślał, że kilkanaście lat później zdanie rzucone bez zastanowienia podczas rozmowy kwalifikacyjnej, że uwielbia foki i chciałaby je zobaczyć w środowisku naturalnym, przesądził o tym, że znalazła się na Spitsbergenie – w Kraju Ostrych Gór. I choć najpierw komisja wybuchła gromkim śmiechem, z miejsca doceniła ten argument. Od sześciu lat krążą na ten temat anegdoty. Małżeństwo przeszło pozytywnie rekrutację. Piotr miał zajmować się elektroniką, a Dagmara administracją i prowadzeniem zajęć dokształcających. Po roku zakochali się w takim życiu i znowu szukali możliwości wyjazdu. Po trzech latach się udało. Tym razem wylądowali na drugim krańcu świata, 14 tys. km od Polski. A dokładnie - na półkuli południowej w archipelagu Szetlandów Południowych na Wyspie Króla Jerzego, w legendarnym już "Arctowskim".

dompodbiegunem.pl
Podziel się

Przestrzeń bezdźwięczna

WP

Życie pod biegunami w niczym nie przypomina tego, co znamy na co dzień. Wszędzie biało, zimno, brak znanych nam na co dzień odgłosów. Można się zastanawiać, czy ten spokój uwalnia nasze zmysły, czy zaczynamy zwracać uwagę na inne rzeczy. Czy raczej pogrążamy się w rozpaczy, bo brak nam tych dźwięków, pędu i cywilizacji.

‒ Prawda jest taka, że w XXI wieku jesteśmy przebodźcowani, a tam znajdujemy się w przestrzeni bezdźwięcznej. Jesteśmy na lodowcu, zwierzęta są w strefie przybrzeżnej, a kolory? Również są monochromatyczne. Bardzo mało zapachów, jedynym ich źródłem pozostaje stacja. I nagle okazuje się, że doświadczamy zupełnej ciszy. I to właśnie staje się sprawdzianem dla człowieka, więc albo to zaakceptujemy i nauczymy się w niej przebywać, albo niestety zaczynają pojawiać się problemy, które mogą uruchomić nieprzewidywalne zachowania, kiedy ta cisza zaczyna komuś przeszkadzać i kiedy ktoś nie potrafi przebywać sam z sobą ‒ mówiła Dagmara Bożek-Andryszczak podczas festiwalu Nordic Focus.

Inną kwestią jest monotonia, która wkrada się w codzienne życie i wymaga ogromnej samodyscypliny i samozaparcia. A do tego, gdy człowiek nie potrafi sobie zorganizować czasu, lepiej żeby pomyślał o innym miejscu do życia. Dagmara opowiadała, że na Stacji Arctowskiego na Antarktyce przez trzy tygodnie wiały takie sztormy, że nie można było opuścić stacji. Polarnicy poruszali się praktycznie do kontenera z żywnością i do hali agregatów.

dompodbiegunem.pl
Podziel się
WP

‒ Gdyby ktoś nie potrafił sobie zorganizować czasu przez te 3 tygodnie, to by oszalał. A my działaliśmy zgodnie z codziennym hormonogramem. Trzeba rano wstać, zjeść śniadanie, popracować, a potem obiad i kolacja. Wszystko w trybie zadaniowym. Nikt nad nami nie stał i nie mówił nam, jak mamy pracować i kiedy. To my byliśmy osobami w pełni odpowiedzialnymi za to, w jaki sposób i kiedy nasze obowiązki zostaną wykonane. To wymaga pewnej organizacji, dyscypliny i przede wszystkim umiejętności bycia samemu ze sobą ‒ opowiadała Dagmara.

Żywioły na krańcach świata

"Wiatr wyje, jęczy, syczy, zawodzi, grzechocze, tłucze, wydaje dzikie wrzaski, wizgi i charkoty – każde określenie jest trafne, w zależności od tego, na jaką przeszkodę natrafi żywioł. Tutaj każdy budynek miał swoją pieśń. W kuchni wiatr pogwizdywał (…). A jeśli coś akurat się gotowało, to w takt kolejnych gwizdów tańczyły płomyki na palnikach" ‒ czytamy w książce. Wiatry na Wyspie Króla Jerzego osiągały prędkości sięgające nawet 250 km/h.

Wiatry i sztormy rzeczywiście potrafiły uprzykrzyć życie, ale w przeciwieństwie do kontynentu na wyspie nie jest strasznie zimno. Stacja leży na wysokości poziomu morza, najwyższa średnia temperatura wynosi 0,7 st. C, najniższa -4 st. C poniżej zera, natomiast średnia roczna temperatura to -1,7 st. C. Zimy więc są tam łagodne, w literaturze fachowej określa się to mianem kernlose winter lub coreless winter, co znaczy zimy pozbawione "zimnego rdzenia". Łagodny morski klimat sprzyja logistyce, nic więc dziwnego, że na tym obszarze znajduje się wiele stacji badawczych.

WP
dompodbiegunem.pl
Podziel się

Natomiast na północy polarnicy mogli doświadczyć nocy polarnej, która trwała 3,5 miesiąca.
‒ W tych ciemnościach zupełnie inaczej funkcjonujemy, zwalnia się metabolizm, jesteśmy bardziej senni, więcej rzeczy nas irytuje ‒ opowiada Bożek-Andryszczak. ‒ Mimo wszystko zimowanie na Spitsbergenie było trochę bardziej komfortowe, jeśli chodzi o kontakty z ludźmi i poczucie łączności ze światem, ponieważ całkiem niedaleko jest Longyearbyen, do którego nawet podczas nocy polarnej docierały norweskie śmigłowce. Gdy tymczasem na południu globu, praktycznie przez 7 miesięcy jesteśmy sami. I tu pojawia się inny problem. Przez większość czasu jesteśmy w niewielkiej grupce osób, gdy nagle przypływa statek i zjawiają się wszyscy naraz. Nagle w stacji roi się wręcz od ludzi. Trudno sobie z tym poradzić.

dompodbiegunem.pl
Podziel się

Zwierzęta przerażają i zachwycają

WP

Jednak zimowanie na Spitsbergenie miało jedną zasadniczą różnicę. Opuszczając stację nie można było zapomnieć o broni i radiotelefonie. Strzelba jest potrzebna na wypadek spotkania z niedźwiedziem.

"Moment spotkania z niedźwiedziem w terenie, niemal oko w oko, nadszedł pod koniec marca. (…). Szliśmy na nartach, beztrosko rozmawiając. Uratował nas pies Brzydal, który jako jedyny zachował czujność. Stanął i zaczął się jeżyć. A zza pobliskiego pagórka znienacka wychynęła ciekawska samica niedźwiedzia polarnego. Przystanęliśmy, ona przystanęła i przyglądaliśmy się sobie, trwając w bezruchu. Jej falowało futro na wietrze, nam trzęsły się ręce. Nigdy nie zdarzyło mi się zemdleć, ale w tamtych momencie moje nogi nie dość, że zamieniły się w galaretę, to nagle zaczęły tak dużo ważyć, że nie mogłam zrobić kroku. Mimo to trwałam w zachwycie (…). Po kilku bardzo długich sekundach w ruch poszły rakietnice, a niedźwiedzica niespiesznie oddaliła się w stronę fiordu. Mogliśmy iść dalej, ale beztroski nastrój prysł" - czytamy w książce.

Natomiast Wyspa św. Jerzego przyniosła niezwykłe obserwacje bytujących tam zwierząt. Dagmara opowiadała, że kilka godzin dziennie potrafiła wpatrywać się w kolonie pingwinów i patrzeć jak się zachowują poszczególne osobniki. Fascynowały ich jej zachowania, ponieważ zwierzęta te tworzą różne społeczności, można zatem zobaczyć sytuacje zazdrości, kradzieży cudzej własności, a sympatie i antypatie mocno się uwidaczniają. Posiedzenie kilka godzin dziennie przy kolonii pingwinów daje bardzo ciekawe obserwacje. Jak sama mówi, było to dla niej magiczne przeżycie.

dompodbiegunem.pl
Podziel się

‒ Najpierw myślałam, że to jakaś atrapa dla turystów ‒ żartuje Dagmara ‒ A tu się okazało, że one przychodzą pod stację i są bardzo ciekawskie.

Polka najbardziej polubiła pingwina maskowego, którego potocznie nazywa się policjantem, ponieważ pod brodą ma wyraźny czarny pasek.

‒ Policjanci są znacznie mniejsi od innych gatunków, dlatego muszą nadrabiać zadziornością. Bo przecież nazwa zobowiązuje. Są najbardziej krzykliwe i podskakują, co dodatkowo zdaje się zwiększać buńczuczność. One tak się po prostu poruszają, ponieważ kilka susów pomiędzy nieporadnym dreptaniem pozwala im szybciej dotrzeć na miejsce ‒ opowiada.

dompodbiegunem.pl
Podziel się

Ta natura, która w codziennym życiu jest jedynie tłem, tam jest dominująca i wychodzi na plan pierwszy. W nauce mówi się o efekcie salutogenetycznym, kiedy to ludzie wyjeżdżając w miejsca odosobnione, wracają z większym poczuciem wrażliwości na to, co nas otacza.

Nie pamiętam PIN-u

Można się zastanawiać, czy po takim odcięciu od rzeczywistości pragnie się wrócić do cywilizacji. Za czym się tęskni?

‒ Pod koniec zimowania w stacji Arctowskiego we wrześniu przypomnieliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak klucze, prawo jazdy czy dowód osobisty i zaczęliśmy tego gorączkowo szukać. Nie wszyscy znaleźli. To był okres nerwówki, bo nagle trzeba sobie sobie przypomnieć numery PIN, kont bankowych. Coś, co jest tu stałym elementem naszego życia, tam było kompletnie niepotrzebne. A po powrocie kupiliśmy sobie paczkę chipsów i piwo – opowiada.

Pani Dagmara mówi, że taka przygoda zmienia człowieka na zawsze. Nic dziwnego, że po powrocie do Polski już planują kolejną zimową wyprawę. Ale przede wszystkim podkreślają, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Teraz już o tym wiedzą.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz też: Pomysł na biznes: Restauracja inne niż wszystkie. Nie znajdziesz jej tam, gdzie są turyści

WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP