Trwa ładowanie...
d2swxn2

Kevin M. Connolly - Drugi rzut oka

Ludzie przyglądali się Kevinowi od zawsze. Wreszcie stracił cierpliwość i zaczął fotografować tych, którzy się na niego gapią. Kupił więc profesjonalny aparat, spakował plecak, trzy pary zapasowych kółek do skateboardu, i pojechał w świat, podglądać gapiów spoza USA. Z tej trwającej kilka miesięcy podróży przywiózł tysiące zdjęć – tak powstała wystawa „The Rolling Exhibition”, o której napisano: „15 krajów, 31 miast, 32 tysiące zdjęć, jedno spojrzenie”. A swoje przygody opisał w książce "Drugi rzut oka", której fragment prezentujemy poniżej.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kevin M. Connolly - Drugi rzut oka
(Wydawnictwo Bernardinum)
d2swxn2

Lot z Kuala Lumpur do Paryża trwał siedemnaście godzin. Przez ten czas gorączkowo powtarzałem sobie, co też powinienem zrobić przed spotkaniem ze swoją dziewczyną. Beth mieszkała w Nowej Zelandii i nie widzieliśmy się od pól roku, odkąd wyjechałem z Christchurch. Byłem strasznie zdenerwowany i najprostsze codzienne czynności wydawały mi się nie wiedzieć jakimi wyzwaniami. Wziąć prysznic. Ogolić się. Umyć zęby (i wyczyścić nitką, o ile uda się ją znaleźć). Kupić wino. Założyć ostatnią czystą koszulkę. I najważniejsze: Udawać. Że. Wszystko. W. Porządku. Ale kiedy następnego ranka zameldowałem się w niedużym hostelu na Montmartre, byłem zbyt przejęty, żeby trzymać się listy. Wszystko mi się pomieszało i właśnie miałem założyć czyste ubranie, kiedy zorientowałem się, że najpierw powinienem wziąć prysznic. A potem jeszcze przyszło mi do głowy, że jeśli najpierw wezmę prysznic, a potem wyskoczę po wino, to znowu się zdążę pobrudzić. Postanowiłem nie brać na razie prysznica, a moje „udawanie, że wszystko w
porządku” właśnie wypadło z malutkiego balkonu na ulicę. Przypomniało mi się, że na liście było gdzieś golenie, więc posmarowałem twarz grubą warstwą pianki, po czym zdałem sobie sprawę, że nie dosięgnę lustra, żeby zobaczyć, co robię. Byłem już nieźle roztrzęsiony i fakt, że miałem ręce i twarz w piance do golenia, tylko pogorszył sprawę. W głowie wirowały mi dziesiątki myśli.

Boże, Beth zaraz tu będzie, a ja wyglądam jak idiota. W pokoju było jedno, jedyne krzesło. Złapałem je za nogę i zacząłem ciągnąć po nierównych panelach w kierunku maciupkiej umywalki. Pianka z moich rąk oczywiście oblepiła krzesło, więc dopisałem do swojej chaotycznej listy: Wymyć krzesło. Przesuwałem maszynkę po twarzy, ze szczególną ostrożnością traktując podbródek. Bowiem po tym jak rozwaliłem sobie szczękę podczas pamiętnego zjazdu na nartach rok wcześniej, lekarze musieli wstawić mi pod lewym policzkiem metalową płytkę, przez co kompletnie nie mam czucia z tej strony twarzy. To nic takiego, w porównaniu – na przykład – z utratą czucia w rękach, no ale przez to muszę się golić bardziej uważnie i delikatnie. – Pomyśl tylko: macie się spotkać pierwszy raz od sześciu miesięcy, a ty występujesz z krwawą szramą na jednej trzeciej gęby. Jak skończony dureń, nie? – mówiłem sobie, ciągnąc powoli maszynkę obiema rękami. Poznaliśmy się w lipcu 2006 roku, kiedy byłem na wspomnianej już wymianie studenckiej w Nowej
Zelandii. Zawsze łaziliśmy w tej samej paczce i kilka razy miałem okazję z nią porozmawiać podczas różnych imprez w Christchurch. Chciałem się z nią umówić, ale nigdy nie miałem dość odwagi. Próbowałem, jasne, ale zawsze znajdowałem jakąś wymówkę typu: „to nie jest dobry moment” albo „wezmę od niej numer telefonu, a później się umówię”. Beth była drobną dziewczyną z łagodną, miłą twarzą i niezwykle szerokim uśmiechem. Na głowie miała istną burzę loków. Zawsze przed wyjściem pospiesznie układała je rękami, co nadawało jej jeszcze bardziej roztrzepany wygląd. Zabawna i urocza, była jedną z najbardziej pociągających osób, jakie kiedykolwiek widziałem. Ale wystarczyło z nią porozmawiać, żeby szybko przekonać się, że jej charakter zupełnie nie pasuje do filigranowej figury. Beth była rodowitą Nowozelandką z Wyspy Północnej, wychowaną na farmie, najstarszą z czwórki rodzeństwa i do tego jedyną dziewczyną. Wszyscy trzej bracia byli bardzo fajni, ale niewątpliwie to przez nich była taka bezwzględna. Nie znosiła
narzekania i darła się na tych, którzy okazywali się mięczakami. Była – i wciąż jest – jedną z najbardziej onieśmielających kobiet, jakie kiedykolwiek spotkałem.

Paradoksalnie, te odrzucające cechy były właśnie tym, co tak bardzo mi się w niej podobało. Jednak dopiero wtedy, kiedy oboje wzięliśmy udział w pewnej pomysłowej wycieczce pod nazwą „Leśny Bal”, zdobyłem się na odwagę i zaproponowałem jej chodzenie. Wycieczka polegała z grubsza na tym, że mniej więcej czterdzieścioro studentów miało dotrzeć przez las do obozu, w którym zaplanowano potańcówkę. Przedzieraliśmy się przez gąszcz, niosąc ze sobą wszystko, co było potrzebne na imprezę. Po dotarciu na miejsce wszyscy zrzucali z siebie brudne ciuchy i przebierali się w najlepsze stroje, jakie mieli, i o szóstej wieczorem obozowisko zamieniło się poważny, chociaż nieco specyficzny lokal. Wszyscy byli w garniturach albo w sukniach balowych, tyle że spod modnie pomiętych spódnic i luźnych spodni wystawały nogawki ciepłej bielizny… Beth zgłosiła się do obsługi baru, ale zamiast wspaniałego mahoniowego blatu i szklanek miała do dyspozycji składany stolik turystyczny i papierowe kubki. Też się zgłosiłem, chytrze licząc
na to, że w ten sposób będę bliżej niej. No dobra, przyznaję, że nie jestem zbyt pewny siebie jeśli chodzi o zapraszanie dziewczyn na randki i chociaż już od pewnego czasu interesowałem się Beth, wciąż byłem na etapie rozpoznawania terenu i zbierania informacji. Pytałem jej koleżanki i kolegów, czy jest sama, prowadziłem niezobowiązujące rozmowy, a kiedy tylko nadarzała się okazja, udawałem, że jestem naprawdę wyjątkowym gościem. Czyli robiłem te wszystkie głupoty, jakie się robi, żeby jak najbardziej odsunąć w czasie ten nieunikniony moment, w którym trzeba się z kimś umówić. Prawdopodobnie ten brak wiary w siebie był wynikiem wcześniejszych doświadczeń, jeszcze z czasów szkoły średniej. Jeśli chciałem potańczyć na szkolnych zabawach, miałem do wyboru trzy możliwości: albo na rękach, albo na protezach, albo na wózku. Na rękach byłem za niski, na protezach zbyt powolny, najlepszym rozwiązaniem był więc wózek. Tylko że to „najlepsze rozwiązanie” było dla mnie tak naprawdę „najmniejszym złem”. Najgorsze były
zawsze ostatnie tygodnie przed imprezą – zastanawiałem się intensywnie, z kim się umówić i próbowałem ocenić, która z dziewczyn byłaby na to gotowa, a mój wybór zależał od wielu istotnych aspektów.

Kiedy już się zdecydowałem, przychodził czas na Specjalny Liścik, napisany na wyrwanej z zeszytu kartce, zawierający proste pytanie oraz kratkę „tak” i kratkę „nie”. Bardzo często liścik wracał z odpowiedzią „może”, napisaną obok wspomnianych kratek. To pieprzone „może” zawsze brzmiało szyderczo; miałem wrażenie, że jest to licencia poetica w odpowiedzi na konkretne pytanie, a także powiedzenie w zawoalowany sposób: „nigdy w życiu”. Ale kiedy czasem wpadało jakieś „tak”, pojawiał się kolejny problem. Mianowicie: jak będę tańczył na wózku? Zdawałem sobie sprawę, że moje usta prosiły o coś, czego stopy nie mogły zapewnić. Czy powinienem poruszać się szybko? A może raczej pozwolić, żeby partnerka popychała wózek? Taniec jest wspaniałym wyrazem tego, co potrafi ludzkie ciało. Nie chodzi tu o jakieś szczególne wyczyny, ale o wrażenia, jakich dostarczają tańczący – czy to zawodowcy na parkiecie, czy nawet własny pijany wujek na spędzie rodzinnym. Taniec pokazuje, że nie tylko jesteś w harmonii z tym, co cię otacza
(z muzyką, z partnerem, z parkietem), ale też, że wszystkie elementy twojego ciała potrafią w ruchu współdziałać ze sobą. Tańczyć, to znaczy być młodym, radosnym, pełnym życia i co tam jeszcze kto chce – i tak wszystkie te przymiotniki sprowadzają się do jednego: jedynym celem tańczącego jest pokazanie swojego ciała i tego, co ono potrafi. Dlatego też nigdy nie czułem się bardziej niekompletny niż wtedy, kiedy widziałem, jak ktoś tańczy. Kiedy siedzę na ławce albo stoję pod ścianą, patrząc na bawiących się ludzi i dotrzymując towarzystwa zgromadzonym rodzicom i opiekunom, zwyczajnie czuję się stary. A do tego, jeśli jesteś facetem, marzysz o wolnym tańcu. Czekasz niecierpliwie na niego, a kiedy rozlegają się pierwsze dźwięki pianina albo jakiś angielski trubadur zaczyna zawodzić ochrypłym głosem, natychmiast obejmujesz swoją dziewczynę albo próbujesz zagarnąć najbliższe rozgrzane ciało. Wolny taniec nie jest pokazem sprawności, lecz prywatną rozmową, czymś łączącym dwoje ludzi, nieważne, czy mają trzynaście
lat, czy pięćdziesiąt siedem. Pamiętam swój pierwszy wolny taniec. Byłem wtedy w siódmej klasie. Kołysałem się w przód i w tył, patrząc, jak inne dzieciaki przytulają się do siebie albo przynajmniej patrzą sobie głęboko w oczy.

A ja wyciągałem ręce nad pustym podnóżkiem wózka i, zadzierając głowę, wpatrywałem się w partnerkę niczym małe dziecko w swoją opiekunkę. Kiedy to kołysanie przesunęło nas trochę po parkiecie, przednie kółka potoczyły się bezładnie, zacinając się, jakby to był wózek w supermarkecie. Czułem jej biodra pod różową sukienką. Poruszały się jakoś niezgrabnie – to nie było kołysanie, tylko nierówne szarpnięcia. Trzymała ręce na moich ramionach i trwaliśmy tak przez trzy minuty, dopóki nie skończyła się piosenka. Odeszła, a ja zobaczyłem na jej sukience niewielkie, ciemne plamy potu zostawione przez moje dłonie. Już nawet nie wiem, ile tego mojego zakłopotania i załamania udzielało się moim partnerkom na szkolnych zabawach przez te wszystkie lata. Ale zdaje się, że największy problem tkwił w mojej głowie. Nigdy tak naprawdę nie pogodziłem się z faktem, że czasami muszę korzystać z wózka. Zazwyczaj ta dobijająca świadomość tkwiła zagrzebana w najgłębszych zakamarkach mózgu, ale taniec zawsze ją wydobywał na światło
dzienne. W miarę upływu lat stres związany z tańczeniem stawał się coraz mniejszy. Byłem już w college’u i szkolne zabawy i przyjęcia należały do przeszłości. Ale wciąż kuliłem się w sobie, kiedy trafiałem na imprezy, których nieodłącznym elementem było kiwanie się w rytm muzyki. Tak więc było wiele powodów, dla których postanowiłem spędzić wieczór przy stoliku turystycznym robiącym za bar podczas „Leśnego Balu”. Dzięki temu nie musiałem tańczyć, ale za to mogłem być blisko Beth i wykrzykiwać do niej czarujące zdania ponad głośną muzyką. Flirtowaliśmy cały wieczór i nagle wydało mi się, że oto pojawiła się iskierka nadziei. Nasz „bar pod chmurką” był cały czas oblężony przez rozgadanych studentów, których nieźle suszyło. Rozcieńczona wodą tequila z cytryną szybko uderzała do głów. Kroiłem cytryny, starając się nadążać z robieniem drinków, a przy tym nie przestając zagadywać Beth. Niestety, jak już zauważyliście wcześniej, wielozadaniowość nie jest moją mocną stroną, tak więc w którymś momencie jedna z tych
piłek, którymi żonglowałem, musiała spaść: przekrawałem właśnie ósmą czy dziewiątą cytrynę, kiedy poczułem, jak ząbkowane ostrze

noża zagłębia się w moim kciuku, a sok z cytryny zalewa ranę. Szybko przycisnąłem rękę do marynarki i zawołałem Mike’a, jednego z opiekunów wycieczki. Beth chwilowo przejęła krojenie cytryn, a my zaczęliśmy przeglądać wyjątkowo mizerną zawartość apteczki. Mike gorączkowo grzebał w metalowym pudełku, ale już było jasne, że bandaża nie ma. Rana krwawiła jak cholera i trzeba było spreparować coś, co powstrzymałoby krwotok i pozwoliło nam wrócić na imprezę. Złapałem prezerwatywę, płyn odkażający i kawałek taśmy pakowej, przemyłem ranę, szybko owinąłem kciuk prezerwatywą i okleiłem ciasno paskami taśmy. Kiedy opatrunek był gotowy, wziąłem porządny łyk wódki, żeby uśmierzyć ból, i wróciłem do swoich obowiązków barmana. Może to przez alkohol, a może przez ten wypadek – w każdym razie kiedy prezerwatywa zaczęła wypełniać się krwią, ja zacząłem nabierać odwagi, żeby wreszcie umówić się z Beth. Gdzieś tak około północy, wykorzystując chwilę, w której zamilkła muzyka i zrobiło się cicho, zaproponowałem jej randkę.
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedziała. A ja czułem się jak na rozmowie o pracę. – No dobra. Jasne. To mogłoby być fajne. Udało się!!! Odniosłem malutkie zwycięstwo! I poczułem jakąś niezwykłą ulgę… Noc mijała. Zmarznięci imprezowicze jeden po drugim zaczęli zmykać do namiotów. Beth zrobiła sobie przerwę i dołączyła do kilku kolegów, którzy jeszcze zostali na zaimprowizowanym parkiecie. Muzyka wciąż sączyła się z głośników, przytarganych ofiarnie do lasu przez jakiegoś nieszczęśnika. A mnie znowu nerwy zaczęły się zawiązywać na supeł. Chociaż wydawało się, że godzinę wcześniej rozplątałem go na zawsze. Nie miałem tutaj wózka ani niczego, co mogłoby mnie podnieść z ziemi. Kiedy popatrzyłem na kilkoro wycieczkowiczów, zatracających się w tańcu i mających z tego nieziemską frajdę, wszystko wróciło. Usiadłem na brzegu pochlapanego alkoholem stołu i poczułem się tak bardzo niekompletny… Spojrzałem na brudną, zadeptaną podłogę i zacząłem się zastanawiać, jak by wyglądały moje tańczące stopy.
Ale zaraz zostałem wyrwany – dosłownie – z tego podłego nastroju przez Steve’a, innego opiekuna. Nawalony, tryskający energią,

złapał mnie, przycisnął do piersi i zaczął wywijać po deskach, wyciągając moją rękę w bok, jakbyśmy byli tancerzami na jakimś prawdziwym balu. – Chryste, ale jesteś ciężki! – krzyknął w którymś momencie. Zaśmiałem się, kiedy tak wirowaliśmy wokół i nagle zdałem sobie sprawę, że jedyną osobą na parkiecie, która czuje się w tym momencie niekomfortowo, jestem ja sam. Ale może cały ten strach i zakłopotanie bardziej wynikały ze stresu związanego z umówieniem się na randkę niż z faktu, że nie mam nóg? I wiecie co? To niezupełnie było to, o czym marzyłem, ale ostatecznie, zanim skończyła się noc, zatańczyłem swój wolny taniec, ot co. W następnym tygodniu poszliśmy razem z Beth na kolację. W jeszcze następnym też. A po miesiącu nasza znajomość przekształciła się w związek. Była pierwszą dziewczyną, w którą wpadłem po uszy. Była urocza i zabawna, i… no, w ogóle nie spotkałem wcześniej takiej osoby. Miała swoje wytworne zasady – nie piła, nie paliła i prawie nigdy nie zostawała na noc – ale wdrażała je w zupełnie
niewytworny sposób. Pewnej nocy dała mi w twarz, kiedy palnąłem jakiś niewybredny dowcip. – To nie było śmieszne – powiedziała, wytyczając jasno kolejną granicę. Miała ciężką rękę i kiedy policzek zaczął mnie piec, pomyślałem: – No nieźle! Nie przeszkadzał jej wózek ani to, że czasem ciągnąłem ją, żeby zniżyła się do mojego poziomu i żebym mógł ją pocałować. Powiedziała mi, że najtrudniej jest jej ze mną wtedy, kiedy zaczynam robić problem z tego, że nie mam nóg. – Słuchaj, jeśli będziesz siedzieć tu taki zesrany, zostawię cię – mówiła trochę lekceważąco, a trochę poważnie. Mój pobyt w Nowej Zelandii dobiegał końca i przez te ostatnie tygodnie staraliśmy się spędzać ze sobą tyle czasu, ile się dało, ale ten moment nieuchronnie musiał kiedyś nadejść. To zupełnie jak wtedy, kiedy patrzy się na przylepiony plaster wiedząc, że kiedyś odpadnie. Będzie bolało. Wiem, że będzie bolało. I nijak nie mogę temu zapobiec. Zaraz się stanie. Oooooooch!!! Cała grupa kolegów odprowadzała mnie na lotnisko. Beth była ostatnią
osobą, z którą pożegnałem się przed odlotem. Z płaczem

uklęknęła przede mną. Po raz pierwszy odkąd się poznaliśmy, nie była twardą nowozelandzką dziewuchą, którą tak bardzo w niej lubiłem. Uściskaliśmy się, położyła głowę na moim ramieniu i oboje powiedzieliśmy sobie cicho: – Będzie dobrze. To było zerwanie, ale spowodowane nie złością ani nieporozumieniem, ale warunkami geograficznymi. Słowa otuchy, które sobie mówiliśmy, były mizerną przykrywką, bo w głębi duszy oboje czuliśmy, że już się nigdy więcej nie spotkamy. Jednak nie straciliśmy kontaktu. Pojechałem do Europy, żeby robić zdjęcia. Ona przeniosła się na rok do Szwecji w ramach swojego programu wymiany studenckiej. Oboje rozmawialiśmy o planach na lato. W lutym, kiedy dostałem pieniądze z zawodów, po raz pierwszy pomyślałem, że moglibyśmy się znowu spotkać. Kiedy układałem grafik na wakacje, zapytałem ją, czy chciałaby pojeździć ze mną. Maile, jakie wymienialiśmy przez kolejne miesiące, były entuzjastyczne, ale niezdecydowane. W naszej dwójce to ona była realistką co do naszego ponownego spotkania w
Europie. Zarezerwowałem dla nas pokój w hostelu w Paryżu, a wtedy zaczęła mówić o swoich obawach. – Nie wiem, co ty o tym myślisz, ale ja nie jestem pewna, czy jest jeszcze coś między nami. Może się zejdziemy, a może będziemy po prostu podróżować razem jak kumple. Nie mogę ci nic zagwarantować. – Do kiedy? – zapytałem, bo słowo „kumpel” zabrzmiało wyjątkowo niepokojąco. – Dopóki cię nie zobaczę. Nie wiadomo, mogę poczuć milion różnych rzeczy – odpowiedziała, wyznaczając kolejną z tych swoich cholernych granic. Tak więc kiedy jechałem na desce przez Venice Beach, miałem nadzieję. Kiedy przedzierałem się przez Kuala Lumpur, zacząłem się martwić. A tego popołudnia, kiedy miała pojawić się w Paryżu, byłem spanikowany. Powiedziała, że autobus ze Szwecji przyjedzie o piątej, więc co chwila zerkałem na zegarek, liczyłem upływające godziny i wydawało mi się, że piąta nigdy nie nadejdzie.

Za piętnaście czwarta wreszcie skończyłem się golić i popędziłem wąskimi, krętymi schodami hostelu do wspólnego prysznica. Szybko się umyłem, szorując dokładnie ręce, żeby pozbyć się smrodu, jaki zostawiły na skórze moje przepocone rękawice. O czwartej byłem z powrotem w pokoju i myłem zęby, przeklinając się w duchu za to, że nie zabrałem nitki dentystycznej. Nie zamierzałem jednak tracić czasu na szukanie drogerii, tylko poradziłem sobie, używając w charakterze nitki starego biletu lotniczego. O czwartej dziesięć byłem już na ulicy i jechałem na desce do następnej przecznicy, do sklepiku, który przyuważyłem rano. Złapałem butelkę wina z najbardziej francuską etykietką i bagietkę, po czym wróciłem do hostelu. Wdrapanie się na trzecie piętro z butelką wina i długą bułką było wyzwaniem, ale dotarłem jakoś do pokoju, zostawiając za sobą szlak z bagietkowych okruchów. O czwartej trzydzieści leżałem na wznak na podwójnej karimacie, gapiąc się w sufit. Założyłem ostatnie czyste ciuchy – czerwony T-shirt i dżinsy –
i czekałem. I czekałem, mówiąc sobie, że powinienem uzbroić się w cierpliwość. Wieki całe minęły, zanim znowu spojrzałem na zegarek. Była czwarta trzydzieści osiem. Gdybym spróbował zasnąć, nie dłużyłoby mi się tak. Więc zamknąłem oczy i przekręciłem się na bok. W ustach miałem posmak zardzewiałych gwoździ. Zazgrzytałem zębami, starając się nie myśleć, jak potoczą się sprawy, kiedy – albo jeśli – Beth przyjedzie. Byłem wykończony przez jet lag i pomimo zdenerwowania, udało mi się odpłynąć. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że zapadł już zmrok, a pokój wciąż był pusty. Nie obudziło mnie pukanie do drzwi, na podłodze nie było żadnego nowego bagażu. Odczekałem tak długo, jak się dało, próbując nie dopuszczać do siebie myśli, że na zewnątrz jest już ciemno, aż wreszcie zapaliłem światło. Jarzeniówka wypełniła pokój słabym, zimnym blaskiem. Miałem takie romantyczne wizje, jak to będzie, kiedy przyjedzie. Że będę wykąpany i ogolony, no i że okażę się jednym z najcudowniejszych facetów na świecie, bo przyjechałem
do Paryża specjalnie

po to, żeby się z nią spotkać. Że w tym malutkim pokoiku będziemy pić wino i zagryzać bagietką, a potem zaciągnę ją do łóżka. Zamiast tego wszystkiego siedziałem na karimacie i jadłem bagietkę, patrząc jak okruchy spadają na podłogę. Po kilku kęsach otworzyłem butelkę i pociągnąłem. Wino było cierpkie, ale wziąłem jeszcze kilka łyków i zacząłem się zastanawiać, co też się mogło stać. – Może ona wcale nie przyjedzie – pomyślałem, leżąc na łóżku i znowu gapiąc się na wysoki sufit. Zegarek pokazywał dziesiątą. Zdjąłem go, odrywając rzepy z głośnym trzaskiem. Może za bardzo mi zależało na tym, żebyśmy znowu byli razem. Może wysłałem zbyt wiele maili. Może ma już innego faceta i uznała, że to by było zbyt skomplikowane. Butelka była już do połowy opróżniona, a ja zrobiłem przegląd prawie wszystkich możliwych powodów, dla których Beth się nie pojawi. Wiedziałem, że powinienem wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza zamiast siedzieć tutaj i się gryźć. Zakorkowałem więc butelkę, złapałem deskę i wyleciałem na dwór.
Nie miałem konkretnego planu, ale jak tylko wyjechałem na wciąż jeszcze ruchliwe ulice Paryża, wylała się ze mnie cała tłumiona dotąd panika. Nie wiedziałem, dokąd jadę. Chciałem jedynie przez tę jazdę uspokoić narastające gdzieś tam w środku zdenerwowanie. Zjechałem z długiego, stopniowanego wzgórza, prowadzącego do Sekwany. Pędziłem na tyle szybko, że udawało mi się wymijać samochody kluczące po zatłoczonych ulicach. Wreszcie dotarłem do szerokiej, leniwej rzeki przecinającej miasto. Większość zmartwień gdzieś uleciała, bo kilka bliższych spotkań z bezładnym ruchem ulicznym momentalnie odwróciło moją uwagę od Beth i kazało mi skupić się na czymś bardziej namacalnym: na tym, żeby nie zginąć pod kołami samochodu.

Byłem cały mokry, kiedy wjechałem na wzgórze i wróciłem do hostelu. Jazda mnie wykończyła, a ból głowy dobitnie przypominał, że wino jest chyba najgorszym na świecie napojem dla sportowców. Otworzyłem ciężkie drewniane drzwi, spojrzałem w stronę recepcji i zobaczyłem ją. Była tam. Stała i rozmawiała z kobietą za kontuarem. Miała mały plecak, jeszcze mniejszy od mojego. Włosy jej urosły i sięgały teraz prawie do łopatek, przez co wyglądały jeszcze bardziej obłędnie niż to, co pamiętałem. I wciąż była wspaniała. W tym momencie wszystkie rzeczy, o jakich marzyłem w ciągu całego dnia, wszystkie listy, jakie zrobiłem i wszystkie niepokoje na temat tego, jak to będzie, zwaliły się na mnie jak tona cegieł. Niech to szlag! Mój oddech śmierdzi winem. W łóżku jest pełno okruchów. Moja jedyna porządna koszulka jest mokra od potu.
– Cześć – powiedziałem, stojąc w progu i wciąż trzymając drzwi. Odwróciła się i spojrzała na mnie.
– O, cześć. Spóźniłam się na autobus – powiedziała swobodnie, jakbyśmy nie widzieli się raptem kilka godzin.
Spodziewałem się różnych powodów, ale na coś tak oczywistego nigdy bym nie wpadł. Wciąż stałem jak ogłuszony. Przez sekundę, a może trochę dłużej, wpatrywaliśmy się w siebie z dwóch przeciwległych krańców hallu, aż wreszcie Beth wrzasnęła i rzuciła się biegiem w moją stronę. Z całym impetem uderzyła głową w moją klatkę piersiową i oboje wypadliśmy na ulicę.
– O Jezu, ale cuchniesz – powiedziała, wtulając twarz w moje ramię.
Trzymaliśmy się przez chwilę w objęciach, po czym wyszeptała:
– Cześć.
I to nie samo słowo, ale ten ton mówił, że nic się nie zmieniło.

d2swxn2

Podziel się opinią

Share

d2swxn2

d2swxn2