Trwa ładowanie...
To czego pragną turyści. Sex-show w Tajlandii
Źródło: Reuters, fot: Jorge Silva
15-03-2019 14:34

To czego pragną turyści. Sex-show w Tajlandii

W jednym z tajskich zagłębi seksu siedzi sam szatan. Widziałam go na własne oczy. Na Walking Street w Pattayi.

"Sex jest piękny, jeśli uprawia się go w odpowiednim miejscu. Bezpańskie zwierzęta mogą uprawiać sex gdziekolwiek, ale my jesteśmy ludźmi. Więc uszanujcie, proszę naszą własność i nasze państwo. My, Tajowie nie jesteśmy na tyle prymitywni, by akceptować tak obraźliwe i lekceważące zachowanie turystów."

Poranek w Bangkoku. Miasto budzi się do życia (a może w ogóle nie kładło się spać?). Siedzę na muszli klozetowej i z tej perspektywy czytam wzniesiony na wyżyny antropologicznych przemyśleń zakaz uprawiania seksu w hostelowym dormitorium. Moje myśli automatycznie schodzą na tor trans-human. "Ale żeby od razu zwierzęta?" – zastanawiam się, patrząc w swoje odbicie rozmazane w brudnym od wody i mydlin lustrze.

Wiedziałam - muszę się otrzeć o "brudną" część Tajlandii. Nie tylko ja

Gdy jechałam do Tajlandii, część mnie krzyczała, że musi zahaczyć o "dark tourism". Niemal fizycznie czułam potrzebę - napawającą mnie jednocześnie lękiem i zdumieniem - dotknięcia tej ciemnej strony Tajlandii. W końcu jeśli wierzyć danym, biznes turystyczny stanowi ok. 10 proc. PKB kraju, a prostytucja ok. 3 proc. O taką "brudną" Tajlandii muszą się więc ocierać miliony ludzi.

Kobiety siedzące na zewnątrz klubu go-go. Pattaya, marzec 2017 roku.
Kobiety siedzące na zewnątrz klubu go-go. Pattaya, marzec 2017 roku. Źródło: Reuters, fot: Jorge Silva

Bangkoku byłam ciekawa najbardziej. Seks, prostytucja, handel ludźmi i kartele narkotykowe - tak mówi się o stolicy Tajlandii. To tutaj co roku przyjeżdżają miliony turystów, którzy chcą poczuć smak rozpusty, zmniejszany z pikantnym smakiem tajskich potraw.

d14o3to

Ich wyobraźnię rozpalają masaże pełne erotycznych akcentów i półnagie hostessy, zapraszające do night clubów. Chcą doświadczyć tego, o czym opowiadali im znajomi - urzeczywistnienia zasłyszanych legend. Dlatego nie odstraszą ich pożądliwe spojrzenia nagabywaczy chcących wyssać z gości nie tylko ostatni grosz, ale i poczucie godności.

Mój hostel znajdował się tuż przy najpopularniejszej dzielnicy miasta, które podobno nigdy nie śpi. Khao San - tak nazywa się ta hałaśliwa, wypełniona dzikim tłumem ludzi ulica. Jeden przy drugim stoją tu wózki z uprażonymi larwami, świerszczami, skorpionami i tarantulami nadzianymi na patyki.

Między nimi pętają się, szarpiący turystów za łokcie, sprzedawcy podrobionych garniturów, tatuaży z henny i upierdliwie chrumkających zabawek świnek. Do tego dziesiątki kosmicznie drogich i serwujących podłe jedzenie restauracji i pubów, z których niewiarygodnie głośno dudni muzyka. A że w każdym lokalu gra inna, tworzą przeraźliwy pisk.

Ja przeczesywałam Khao San w poszukiwaniu nagabywaczy pragnących zaprosić mnie na sex show. Byłam na etapie – "nie: chcę go zobaczyć", ale "muszę go zobaczyć".

Źródło: WP.PL / Restauracje, kluby go-go, restauracje... Ten przekładaniec to znak firmowy Walking Street w Pattayi. (fot. Monika Sikorska), fot: Monika Sikorska

Chciałam zachłysnąć się esencją Bangkoku, o której mówi cały świat, po to, by zaraz potem wymazać to ze swojej pamięci. I wiecie co? Nikt nie podszedł. Nie widziałam ani jednej hostessy w skąpym stroju i pończochach opiętych znacząco na ciemnobrązowych udach.

Wszystko jakby w obawie przez moją żarliwą ciekawością zapadło się pod ziemię. Bangkok schował przede mną swoją prawdziwą twarz. Wyjechałam zawiedziona.

"Ping-pong show! Come with me!"

To, czego nie zobaczyłam w stolicy Tajlandii uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą w Pattayi.

Walking Street to rekomendowane przez przewodniki turystyczne "must see" miasta. Jednym tchem wymieniane obok Floating Market i Big Buddha Statue.

Czego można oczekiwać od Walking Street? Jest podobnie jak na Khao San – morze restauracji, lokalne przysmaki i sprzedawcy niepotrzebnych bajerów. "Znów wtopa" – przemknęło mi przez głowę.

d14o3to

Nie, bo oto z tłumu wyłonił się nagabywacz. Z miejsca przystawił mi do twarzy wymowne menu, pokrzykując rytmicznie, zachęcał: "Ping-pong show! Ping-pong show! Wanna see? Come with me!".

W prezentowanej w ten nachalny sposób "karcie dań", zamiast zdjęć pięknie przystrojonych potrawy, były zdjęcia stanowiące kwintesencję pornografii. Choć spodziewałam się, że będzie ostro, to wmurowało mnie w ziemię. Nie zareagowałam.

Naganiacz był niezrażony. Machając rękami, wykrzykiwał, że za 250 batów (ok. 30 zł) mamy wejście i darmowego drinka. Biliśmy się z myślami i dopiero dotarło, że znaleźliśmy to, czego szukaliśmy.

Zamiast food trucków i rzędów straganów, zobaczyłam liczne grupy skąpo ubranych dziewczyn. Starszych i młodszych, atrakcyjnych i zwyczajnie brzydkich. Wszystkie ubrane w stroje "firmowe" agencji bijących się o klientów.

Stały niczym żywe reklamy sex-przemysłu. Niektóre w kusych spódniczkach, kabaretkach, niektóre w samej bieliźnie i butach na obcasie. Część z nich się uśmiechała, zachęcając lubieżnie skołowanych turystów do wejścia do klubu. Inne wyglądały na ewidentnie znudzone - z wymownymi minami, jedną ręką trzymając przybity do drewnianej rączki slogan reklamowy, a drugą ostentacyjnie grzebiąc w telefonie.

"No photo!" – krzyknęła jedna z nich, agresywnie ruszając w moją stronę, gdy zauważyła, że kieruję w jej stronę telefon.

Źródło: WP.PL / Jednej z dziewczyn stojących przed klubem nie spodobało się, że robię zdjęcia. (fot. Monika Sikorska), fot: Monika Sikorska

W bocznych uliczkach kręciła się policja "dla turystów", pilnująca porządku w tym zagłębiu zepsucia. Choć oficjalnie prostytucja jest zakazana, to udało mi się sfotografować jednego z policjantów, który żartobliwie przekomarzał się z jedną z półnagich hostess.

Po twarzach lizał nas z jednej strony lejący się z nieba żar, ale zachłannie żrący i obślizgły jęzor prostytucji, która stała się twarzą tego miasta, też dołożył swoje.

Ladyboy przestaje być grzeczny

Weszliśmy do środka klubu, w którym przejął nas wyjątkowo nieestetyczny ladyboy. Z porowatą twarzą, niechlujnie namalowanymi kreskami na oczach i tłustymi, zaczesanymi za uszy włosami.

d14o3to

W każdym szczególe stanowił zaprzeczenie tego, co słyszałam o tajskich ladybojach.

Ich ekstrawaganckie gesty gryzą się z topornymi, kanciastym kształtami męskich twarzy. Przez perfekcyjnie dopasowany makijaż przebijają się resztki zarostu.

To skrupulatnie usuwane owłosienie nie daje zapomnieć o tym, że to testosteron jest ich pierwotnym paliwem. Skóra, nawilżana i depilowana z niebywałym zaangażowaniem, błyszczy i zroszona jest kropelkami potu. Niektórzy przekraczają granice genderowej transgresji przechodząc skomplikowany proces operacji dorabiania piersi i przyjmowania żeńskich hormonów. Niektórzy natomiast stygmatyzują się jedynie symbolicznie, nakładając na usta czerwoną szminkę.

Reszta przynależy do świata męskiej natury. Silne, wyrzeźbione łydki, pokryte gęstym czarnym włosiem i mocna sylwetka nie pozostawiają złudzeń. Jedynie ich nadzwyczaj kobiece ruchy i mowa manifestująca pragnienie żeńskości, poprzez przesadne przeciąganie samogłosek dają wrażenie totalnego pomylenia. Jakby szykowali się do życiowej roli w teatrze absurdu. Cóż w Tajlandii w ciekawy sposób zacierają się granice między tym, co poprawne, zakorzenione w naszej kulturze a tym, co wyzwolone, nieprawdopodobne i nieszukające zrozumienia.

Wrócę jednak do ladyboya, który nas przywitał. Nie słyszał pewnie o tym, co piszą w przewodnikach. "Zrobiony" był ewidentnie "po taniości".

Posadził nas przy stoliku i przyniósł obiecanego "drinka" – szklankę wygazowanego piwa. Wyciągnął wiklinowy koszyk i kazał wrzucić napiwek dla "tancerek".

– Nie mamy – odpowiedzieliśmy chórem. Ostatnie pieniądze, nawet drobniaki, przeznaczyliśmy na wejście. Porowata twarz ladyboya nabrała buraczanego koloru. Wybuchł gromkim, ale skrzekliwym krzykiem: – Co to znaczy "nie mamy"?! Wrzucać pieniądze do kosza, natychmiast!

Cofnęliśmy się przerażeni, a oburzona naszą odmową "kobieta" stała jeszcze dłuższą chwilę, trzymając koszyk przy naszych twarzach. Trzy razy powtórzyliśmy, że nie mamy i że możemy pokazać portfele.

Źródło: PhotoXpress / Klub gejowski przy Walking Street w Pattayi., fot: Zumapress.com

Dopiero wtedy ladyboy prychając w geście dezaprobaty i rzucając pełne pogardy spojrzenie, obrócił się na pięcie i odszedł. Uspokojeni zaczęliśmy się rozglądać.

d14o3to

Przez środek podłużnego pomieszczenia biegła długa, niska scena z trzema rurami do tańczenia i płytkim basenem z pianą. Czekaliśmy, nie wiedząc właściwie, czego się spodziewać.

Po kilku minutach do basenu wgramoliła się naga, wyjątkowo niska i otyła Tajka. Wysmarowała się pianą i rozpoczęła swój "erotyczny" taniec. Nie było to ani trochę seksowne, ani trochę erotyczne. Było wulgarne i niesmaczne. Gdzie te młode i jędrne dziewczyny z "menu"?

Tajka pieściła swoje tłuste ciało, wijąc się niezdarnie, niczym hipopotam w błocie. Zaraz po niej na scenę weszły dwie kolejne tancerki. Wiekowe i pomarszczone, sprawiające wrażenie, jakby pracowały już trzecią zmianę z rzędu. Wykonały wstępy taniec, po którym miało się rozpocząć show.

Nie wiem, czy powinnam opisywać dokładnie to, co widziałam, żeby nie zepsuć niespodzianki tym, którzy chcieli, by to zobaczyć na własne oczy. Główne role w tym przedstawieniu grają narządy rodne. Tajki potrafią palić nimi papierosa, gwizdać, zdmuchnąć świeczki na torcie, a nawet… zamienić wodę w coca colę. Niestety ich posiadaczki nie są dla nich zbyt łaskawe.

Ładują w nie kilkumetrowe sznurki, na które nadziane są żyletki i igły, by na oczach widzów wyjąć je ze środka. Mieszczą się w nich łańcuchy hula, piłeczki ping-pongowe i inne przedmioty, które przyszłyby do głowy tylko maniakalnym fetyszystom.

Za pokaz zapłaciłam o wiele wyższą cenę

Kobiety wychodziły na scenę pojedynczo, wykonując swoje numery popisowe. Ich twarze były zimne, skamieniałe i wykrzywione w bolesnym grymasie. Wykonywały zadania z miną zmęczonej życiem pracownicy budki z zapiekankami w szczycie letniego sezonu.

Zupełnie jakby miały ochotę zwymiotować na wpatrzonych w nie z otwartymi ze zdumienia oczami widzów. A spektakl na scenie w szczególny sposób fascynował Hindusów. Siedzieli ściśnięci w ciasnych grupach, spoceni i oślinieni z podniecenia.

Z każdą chwilą czułam się coraz bardziej niekomfortowo. W poczucie zmieszania nie wprawiał mnie jednak sam fakt bycia w tym miejscu, ale panująca w pomieszczeniu atmosfera i wyprane z emocji twarze kobiet.

Źródło: Reuters / Ostatnie przygotowania przed otwarciem jednego z klubów przy Walking Street., fot: Jorge Silva

One nie chciały tam być. "Show" było przez nie odgrywane mechanicznie jak codzienna mantra. Najmocniej zdumiewała mnie jednak nierealność całej sytuacji i piosenka "From Sarah with love" w zakopconej papierosami salce. Wyglądało to surrealistycznie, gdy w takiej scenerii Tajka, patrząca w przestrzeń nieobecnym wzrokiem, rozkraczała się nad tortem i zdmuchiwała pochwą urodzinowe świeczki.

Spytacie, czy zaspokoiłam swoją ciekawość? Tak, ale cena była wyższa, niż 30 zł za wjazd do klubu. Parząc na "show", przypomniał mi się zakaz uprawiania seksu z hostelowej toalety. Ten jego fragment: "Bezpańskie zwierzęta mogą uprawiać sex gdziekolwiek, ale my jesteśmy ludźmi".

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią