MiastaZjadłem oko barana

Zjadłem oko barana

Zjadłem oko barana

Przede mną pot, piach, rozgrzane, duszne powietrze. Do przejechania 2,5 tys. km rowerem drogami, które pamiętają karawanę podróżnika Marco Polo.

Przede mną pot, piach, rozgrzane, duszne powietrze. Do przejechania 2,5 tys. km rowerem drogami, które pamiętają karawanę podróżnika Marco Polo.

1 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku kilkuset mieszkańców Duszanbe
gnieździło się w kilkudziesięciu glinianych domach bo obecna stolica Tadżykistanu była wtedy kiszłakiem (wsią). Teraz miasto się rozbudowało. Widać rosyjskie i zachodnie inwestycje. Reklamy telefonów komórkowych Nokia wiszą na największym moście. Po ulicach jeżdżą sprowadzone samochody z Japonii i Niemiec. Jednak widać jeszcze szare masywne bloki . Na ulicach pucybuty czyszczą przechodniom obuwie. Centrum obstawionej jest milicją. Na jednej ulicy, można zobaczyć czasami 20 milicjantów. Mogą wszystko. Zatrzymują i jak cos się nie spodobać mogą ukarać kierowcę nawet kwotą z rzędu 15 dolarów! Na ulicach zaczynają się pojawiać kobiety w zwiewnych sukienkach. Zazwyczaj kobiety te, zachłysnęły się wielkim miastem-Moskwą.
Duszanbe znaczy poniedziałek. W każdy duszanbe (poniedziałek) odbywały się tu targi i stąd wzięła się nazwa wsi a potem miasta. Atmosfera bardziej orientalna niż na ulicach Taszkietu w Uzbekistanie. Barany swobodnie chodzą koło bloków.

2 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Droga przez Pamir

Jadę wzdłuż granicy z Afganistanem. Rzeka Ab-i- Panj jest naturalną granicą. Po drugiej stronie słychać wybuchy. - Amerykanie drogi budują mówi brodaty mężczyzna w turbanie. Znalazłem się na drodze pomiędzy Khorg a Murghab.

W latach 30. ubiegłego wieku sowieccy inżynierowie wybudowali drogę ciągnący się na 728 km: Pamirski Trakt. Łączy Khorg z dużym kirgiskim miastem Osh. Góry pustynne, wypalone przez słońce. Tuż przy trakcie pasą się stada owiec, baranów i jaków. Pamir przypomina Tybet. Jadę przez płaskowyż na wysokości 3 tyś. m. Droga częściowo asfaltowa, częściowo szutrowa - zdecydowanie lepsza niż w północnym Tadżykistanie. Szosa ciągnie się prosto aż po horyzont. Wzdłuż niej stoją równiutko słupy telefoniczne.
Zatrzymuje się koło jurty.
Niektórzy pasterze stawiają swoje pojedyncze namioty niedaleko drogi. Prowadza jadłodajnie dla podrożonych. Można napić się mleka z jaka, zjeść tłustą baraninę. Namiot nagrzany. Dym ulatnia się przez otwór namiotu, tzw tyndyk. Spełnia w jurcie role komina. Na obiad zajadam się wędzoną rybą z pobliskiej rzeki i oczywiście tłustą baraniną. W Murghab ostatnim większym mieście w Pamirze nocuje u poznanych Pamirczyków .To już Murghab, ostatnia większa osada w Pamirze. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem melduje się na milicji. Aby poruszać się po Pamirze, potrzebna jest dla obcokrajowców wiza. Wyrobiłem ją sobie w ambasadzie Tadżykistanu w Berlinie.

3 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

W powietrzu unosi się zapach krowiego łajna, który służy tu jako materiał opałowy. Murghab jest w stadium agonii. Rozwalone domy. Podziurawione dachy. Półmrok. Chmury niemalże pełzają po ziemi. Psy trzymane na drutach, zero uśmiechów. W zimie połowa populacji wyjeżdża do kirgiskiego miasta Osh. Nie ma tutaj wystarczająco dużo energii do ogrzania domów .Brak elektryczności. Nie jest już tak gorąco jak w dolinach. Temperatura 22 stopnie C. Czuję chłodny, rześki powiew wiatru. Pokonuje przełęcz Akbaytal Pass: 4655 metrów! To najwyżej położona przełęcz w tej podróży. Góry tutejsze nie są już tak wypalone słońcem jak przy granicy z Afganistanem. Robi się chłodno. Zakładam polar. Naciskam na pedał. Naoliwiony łańcuch z łatwością wchodzi na największą zębatkę. Podjeżdżam na kolejne wzniesienie. Coraz więcej w górach widać śniegu. Zaczyna padać deszcz. To pierwszy deszcz w tej podróży! Czuję ulgę. Balsam dla ciała.

Na granicy tadżycko – kirgiskiej odprawia mnie wopista z klamrą na pasku, na której jest młot i sierp . Polacy do Kirgizji nie potrzebują wizy. Po lewej stronie widać wznoszący się w niebo siedmiotysięcznik to Pik Lenina. Góry Pamiru są olbrzymie. Niegdyś Breżniew miał w planach aby te góry wysadzić. Wszystko po to, żeby z tutejszych lodowców popłynęła woda na pustynne pola bawełny, aby je nawodnić.
Ostatecznie nie doszło to do skutku. Wystraszono się reakcji światowej. Były tez obawy, że wody z lodowców zatopią większość rejonów ZSRR.

4 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Kirgiz zszedł z konia
Stepy Kirgizji wraz z górami są zielone. Czabani-pasterze przemieszczają się wraz ze swoim domem-Jurtą. Rozstawiają je zazwyczaj na granicy wysokich gór. W pobliżu rwących rzek. W sezonie , który trwa od maja do października, kilka razy zmieniają miejsce wypasu. Ich dzień pracy wyznacza słońce-o wschodzie wypędzają bydło na stoki, o zachodzie zwierzęta same wracają do właścicieli.
Robię przerwę.

- Wejdź, zjedz - zaprasza podpity mężczyzna do środka jurty. Wnętrze tego przenośnego domu składa się z jednej izby, która jest kuchnią, jadalnia, sypialnia. Na środku stoi żelazny piecyk. Ogrzewa wnętrze na nim może tez zagotować wodę. W jednej jurcie mieszka zwykle jedna rodzina. Trafiłem na ucztę. Siadam na dywanie utkanym z sierści barana. W Kirgizji piją więcej niż w Rosji. Syn wrócił z odbytej służby wojskowej. Właśnie ubito barana. Zeszli się wszyscy z pobliskich jurt rozstawionych kilkanaście kilometrów od siebie. Kirgizi nie lubią bliskich sąsiadów. Barana w Kirgizji zarzyna się w wyjątkowych okolicznościach. W czasie uczty jeden z mężczyzn podaje mi ugotowana głowę barana. Muszę zjeść mózg. Gospodarz wydłubuje oko, które jest wielkości moreli.

5 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

- Spróbuj - zachęcają wszyscy. Drugie oko zjada gość. W taki sposób zawiązuje się przyjaźń, więzy braterstwa. To stary zwyczaj tutejszych Kirgizów. Znał je również podróżnik minionej epoki Marco Polo. Tłumaczenie, że mam problemy z żołądkiem na nic się zdają. Delikatnie przeżuwam. Przełykam. Zagryzam kawałkiem chleba, pysznej okrągłej lepioszki. Podchodzi mi to wszystko pod gardło ale daje rade. Popijam jogurtem naturalnym arian z kóz.

Droga do Osh to kilkudniowa wędrówka. Im dalej na południe, tym mniej jurt. Ryszard Kapuścinski już znacznie wcześniej dostrzegł, że „Kirgiz zszedł z konia”. Współcześni nomadzi tylko latem wędrują. Przesiedli się z konia do samochodu. Barany już nie kategoryzują społeczeństwa .Kiedyś baran kosztował 160 rubli, nowy dom kosztował 16 baranów. Kto miał więcej baranów ten był zamożniejszy. Azja Centralna się zmieniła. Jedwabny Szlak przestaje być mistyczną drogą. Staje się nowoczesną betonową drogą do Europy .Sprowadza się nią miedzy innymi luksusowe samochody.
Po przemierzeniu 2,5 tyś. km kończę swoja podróż. Zatrzymuje się na bazarze w Osh.
To właśnie z takich bazarów wyruszały karawany. Tutaj jak zawsze jest gwarno. Czas się zatrzymał.

- Co chcesz bracie kupić? Złoto, srebro? Może złote runo? Uśmiecha się sprzedający Kirgiz.

-Tylko sto dolarów.

Kiwam głowa z niedowierzaniem.

_ Tekst: Marcin Gienieczko _

6 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Trasa mojej wyprawy wiedzie przez Uzbekistan, Tadżykistan (góry Pamir), część Kirgizji - Jedwabnym Szlakiem Azji Środkowej.
Dawny szlak wiódł z Chin do odległych miast Europy: Wenecji, Sewilli, Florencji. To tą drogą setki lat temu karawany objuczonych wielbłądów (dzisiaj samochodów marki „Kamaz”) wędrowały na bazary południowej Europy, by sprzedać drogocenny jedwab, kamienie szlachetne, przyprawy, farby, złoto, srebro, egzotyczne ptaki i zwierzęta. Na Jedwabnym Szlaku spotykały się cywilizacje Wschodu i Zachodu, kultury, tradycje, religie. Po wielu wiekach na tutejszych bazarach nadal słychać gwar różnych języków. Bazar w Azji Środkowej to tradycja, miejsce spotkań i rozmów, drugi dom.

7 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Uzbekistan: kraina bawełny

Czerwcowy poniedziałek. Żar słoneczny wypala mózg. W Uzbekistanie właśnie rozpoczęły się czila - ,,gorące dni”. Przez następnych czterdzieści dni będzie 40 stopni C. Na głowę zakładam czapkę z daszkiem, kawałek materiału chroni kark. Zwilżam czapeczkę wodą z wysychającego strumienia. Związuje gumą sakwy rowerowe. Ruszam. Na poboczach drogi ruch. Wszyscy sprzedają arbuzy. - Jeżeli nie będzie gorąco, arbuzy nie będą śpiewać. Nie będą smaczne -śmieje się Uzbek.

Jadę w kierunku osady Bekabad przy granicy z Tadżykistanem. Zatrzymuję się we wsi Boka. Dookoła pola bawełny. Uprawia się ją tu od lat. Robią tu między innymi płócienne okrycia, które doskonale chronią przed słońcem. Płótno z bawełny jest lekkie, ale mocne i trwałe. Dlatego większość tutejszych kobiet chodzi w płóciennych szatach.

8 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Z drugiej strony bawełna to klęska Uzbekistanu. Przez nią zniknęły pola ryżu, pszenicy, zielone łąki, plantacje brzoskwiń. Marzeniem władz sowieckich było zrobić z Uzbekistanu „bawełniane imperium”. Od lat 30. woda z rzek Syr-darii i Amu-darii nawadniała pola bawełny, ale połowa wsiąkała natychmiast w suchą glebę. Ilość wody w korytach rzek zmniejszyła się o połowę. To doprowadziło do zagłady wysychającego w zastraszającym tempie Jeziora Aralskiego, niedostatecznie zasilanego przez obie rzeki. W Uzbekistanie od dawna już brakuje wody. Niedawno w sklepach pojawiła się woda butelkowana szwajcarskiego koncernu – bardzo droga: prawie 4 zł za litr (przeciętny Uzbek zarabia w przeliczeniu około 200 zł miesięcznie).

Mijam kolejny posterunek milicji. Funkcjonariuszy na drogach jest bardzo dużo (na jednym skrzyżowaniu potrafi stać i dziesięciu) i mogą praktycznie wszystko.
- Stój! - zatrzymuje mnie jeden z nich - Masz papierosy? Nie, pokaż paszport. Wylegitymowanie się jest obowiązkiem. Jeśli im się coś nie spodoba, mogą kazać zapłacić nawet 100 dolarów. Po 10-minutowej dyskusji puszczają mnie. Jadę dalej, pogrążam się w ciężkiej, rozgrzanej, dusznej martwocie.

- Daleko do granicy? – zaczepiam przechodzącą kobietę. - 80 km - odpowiada - Możesz spać u nas w domu, zjesz, napijesz się.

9 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Mam dość jazdy na dzisiaj. Przyjmuję zaproszenie. Kobieta mieszka w niewielkiej lepiance. Dostaję pierogi z kapustą. Sok z moreli łagodzi pragnienie. Kładę się w niewielkim pokoju. Nie ma łóżek. Są tylko dywany. Na ścianie wisi plakat Mekki w Arabii Saudyjskiej, miejsce święte dla każdego muzułmanina.
Siedzimy po turecku. Z małych miseczek siorbiemy zieloną herbatę. Maczamy w niej pszenny chleb. Wieczorem przychodzi mąż gospodyni. Oczy czarne jak węgiel, przenikliwe. Potężny uścisk dłoni, blizna na prawym policzku. Służył w wojsku w Murmańsku, kiedy Uzbekistanem był radziecką republiką.

- Po co jedziesz do Tadżykistanu? Tam są ,,duszmany” - wrogowie.

Uzbecy nie lubią się wzajemnie z Tadżykami. Mówią, że od nich biorą się narkotyki i terroryści.
W nocy słyszę śpiewne modlitwy – puszczane są pięć razy dziennie z głośników. A rano znowu pedałuję w piekącym słońcu. Dojeżdżam do Bekabad. - Dokąd jedziesz? – pyta właściciel restauracji.

- Tadżykistan!

- Zwariowałeś? Ciebie zastrzelą, a rower sprzedadzą na bazarze w Duszanbe - śmieje się - Usiądź, musisz coś zjeść. Przynosi mi wypieczonego hamburgera. Na koszt restauracji. Gościnność Uzbeków jest większa niż ich kraj. Jeszcze ani razu nie rozstawiłem namiotu. Gdziekolwiek się zatrzymuję, częstują jedzeniem, pozwalają przenocować.

Niestety granicy w Bekabad nie mogę przekroczyć. Brak przejścia międzynarodowego - tłumaczy wopista. Cofam się do oddalonego o 40 km Boston.

10 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Tadżykistan: w krainie „kamaza”

Kobiety tadżyckie przystają, odwracają się tyłem do roweru i ręką zasłaniają twarz. Rewolucja uwolniła tutejsze kobiety od zasłon. Zdjęły parandże. Jednak odruchy pozostały.

Co chwila mija mnie tadżycki „mercedes” – osiołek. Tak nazywają go tubylcy. Kierunek Duszanbe, stolica kraju. Ręce zaczynają drżeć. Podskakuję jak piłka na podziurawionej drodze. Zatrzymuję się w niewielkiej wiosce Chorukh-Dayron
- Siadaj - zachęca napotkany mężczyzna w kwadratowej czapeczce. Tiubietiejka, muzułmańskie nakrycie głowy jest symbolem mądrości. Zatrzymuję się na nocleg. - Dalej możesz mieć problemy. Chińczycy budują drogę do Duszanbe. Wygrali przetarg z Włochami, Irańczykami i Turkami. Chińczycy są wszędzie! - śmieje się popijając herbatę. W Tadżykistanie pije się herbatę zieloną i czarną. Obie łagodzą pragnienie. Piją godzinami w cieniu drzew, siedząc na dywanikach. Po rozpadzie ZSRR i upadku kołchozów ludzie żyją bardzo biednie. Średni miesięczny zarobek wynosi w przeliczeniu 30 zł, za co można kupić 20 arbuzów. Oprócz hodowli kóz, baranów uprawiają ziemię. Zbierają osiem kwintali pszenicy z hektara. Pola znajdują się wysoko w górach, żniwa trwają kilka miesięcy, bo pola leżą na różnych wysokościach. Tak to wygląda w całym Tadżykistanie, gdzie sieje się i zbiera przez okrągły rok. Później to się sprzedaje na bazarach, które też są całoroczne nawet, kiedy spadnie śnieg i -15 stopni mrozu. Cała osada ogłada mój rower.
Dla nich to nowość. Rzadko kto tu przyjeżdża, zwłaszcza na rowerze. Nie mogą zrozumieć, po co podróżuję rowerem po tych bezdrożach.

11 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Wszędzie kanały, które nawadniają pobliskie pola. Woda nawadnia, ziemniaki, pszenicę. Kiedy przyjdzie lato wszyscy zajadają się arbuzami. Życie Tadżyka na wiosce to monotonia. Godzinami spędzają pijąc herbatę, rozmyślając. Na obszarach wiejskich jedynie jedna trzecia ludności miała dostęp do czystej wody. W kraju rozprzestrzeniał się tyfus, gruźlica, choroby układu pokarmowego. Woda płynie z lodowców, z Kirgizji! Gwiazdy nad wioską rozświetlają noc. Wioska jest bez prądu.

Teren robi się coraz bardziej górzysty. Ciężko pedałować. Mój rower waży 27 kg. Ma metalową ramę. W razie jej pęknięcia mogę ją zespawać w miejscowym warsztacie. Sakwy Crossa ważą po 25 kg. Objuczony jak niegdyś wielbłąd, który przemierzał ten szlak z Kaszgaru w zachodnich Chinach aż do Wenecji, próbuję wjechać na przełęcz na wysokości 3,5 ty. Metrów: Anzob Pass. Droga szutrowa. Kamienienie strzelają spod opon. W połowie drogi schodzę z siodełka. Zadyszka. Prowadzę rower. Na poboczu stoi zardzewiały czołg. Uzyskanie w 1991 r. niepodległości doprowadziło kraj do wybuchu wojny domowej. Wojna domowa wybuchła w Tadżykistanie w 1992 r. i wciągu 5 lat pochłonęła 200 tyś ofiar. Miała złożony charter. Przeciw sobie wystąpiły lokalne klany. Z jednej strony leninabadzki, związany z Uzbekami z Chodżentu na północy kraju oraz kulabski, z którego wywodził się przyszły prezydent Emomali Rachmanow. Pod względem ideologicznym starli się eks-komunisci chcący utrzymać swoje wpływy w republice oraz dążący do świeckości
państwa, a z drugiej strony swoje siły złączyły opozycja demokratyczna i islamska. Od kilku lat sytuacja w kraju jest spokojna. Jednak niektóre drogi w górach są wciąż zaminowane.

12 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Słyszę ryk silnika. Zza zakrętu wyłania się ciężarówka. To Kamaz. Cud rosyjskiej motoryzacji. Samochód, który pokonuje wszystko i wszędzie.

- Wsiadaj. Podrzucimy cię - zachęca kierowca. Spoglądam na wijąca się jak wąż drogę miedzy górami. Kładę rower na worki z cementem. Abraham Aslabyk jest właścicielem Kamaza. Okrągła twarz, na przedzie dwa złote żeby. Ma 30 lat. Mieszka w okolicach Duszanbe. Wozi cement na budowę mostów.
Samochód pokonuje wznoszące się na blisko 4 tys. m wąskie drogi i głębokie koryta rzek. Zanurzony po maskę bez problemu je forsuje. Bez tego samochodu w Tadżykistanie nie istniałby transport. W wioskach są warsztaty, które naprawiają tylko Kamazy. W trakcie podróży z Uzbekistanu do Duszanbe, Kamaz średnio przebija 4 opony. To standard na 500 km trasie.

Znowu wsiadam na rower. Przed Duszanbe potykam się. Ciężkie sakwy przewracają sprzęt. Pękły klocki hamulcowe. Linka również się zerwała. Koczuję na górskiej drodze. Próbuje naprawić hamulec. Nie ma drzew, nie ma gdzie się schronić przed słońcem. Jestem już tak zmęczony, że przed oczami fruwają mi kolorowe plamy. Dosyć. Po przejechaniu 150 km górskimi bezdrożami ponownie ładuję swój rower do Kamaza. Mojego zbawiciela. Jadę do Duszanbe. Muszę tam naprawić rower. Przed wjazdem do stolicy dzwonie do Abrahama. Obiecał mi, że pomoże, kiedy się tu zjawię. Po niespełna 40 minutach podjeżdża nowym srebrnym Audi A6. Sprowadził auto z Moskwy. Jedziemy do jego domu. Wcześniej jednak zawozi mnie do łaźni.

13 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

- Ogol się, wykąp - będzie ci lżej.

Jeden wszystkich jego siostrzeńców otwiera bramę. Wjeżdżamy samochodem do środka. Właśnie wysypano na betonowej posadzce pszenice. Musi się wysuszyć. Elegancki samochód stoi koło rozwalającej się lepianki. Tam mieści się toaleta. Wykopana dziura na 10 metrów . Na środku niewielki ogród. Rosną morele. Trochę kwiatów. Ogród jest zawsze spryskiwany z rana i na wieczór. Właśnie cały dom jest odnawiany. - Musi być czysty. Nie długo przyjadą goście na wesele braciszka - śmieje się. Dom jest przestrzenny. Dziewięć pokoi ma wystarczyć dla 16 osobowej rodziny. Na podłogach leża kolorowe dywany. Brak jakichkolwiek foteli, mebli. Wszyscy siedzą na podłodze. Nie ma tutaj zwyczaju jedzenia posiłków ze stołu. Abraham wszystkich zna, a jego wszyscy szanują. Jest biznesmenem. Oprócz kamazowego interesu, prowadzi sklep, handluje samochodami i nie wiadomo jeszcze czym. Wcześniej mi powiedziano, że kto w Tadżykistanie ma dobry zachodni samochód ten na pewno miał lub ma do czynienia z narkotykami.

W Tadżykistanie handel narkotykami jest powszechny. Tadżykistan jest szmuglerską drogą tranzytową z Afganistanu do Europy. Za 10 dni w rodzinie Abrahama będzie wesele. Jego brat przyjeżdża z Moskwy. Jak większość Tadżyków pracuje w Rosji. W Duszanbe o pracę jest trudna. Bierze ślub z 20- letnią dziewczyną. W Tadżykistanie tak jak w innych krajach muzułmańskich, kobieta musi wyjść za mąż przed 22 rokiem życia. Później nie jest atrakcyjna dla mężczyzn. - Kobieta musi być młoda, dziewica - śmieje się Abraham - Zostań na weselu. Znajdziemy ci jakąś kobietę.

14 / 14

Zjadłem oko barana

Obraz
© Agencja Perdido Expeditions

Abraham mieszka wraz z rodzeństwem, żoną i rodzicami. W Tadżykistanie rodziny są wielodzietne. Abraham ma 4 braci i 5 sióstr. Jedziemy na bazar. Kupujemy posag dla rodziców panny młodej. Do Kamaza wrzucamy dwa worki pszenicy, dwie żywe krowy, dwa worki przypraw, suszonych owoców i worek słodyczy. Będzie zabawa – śmieje się Abraham.

W Duszanbe poznaje Swietłanę. Pracuje w restauracji. Rodzice pochodzą z Rosji. Ona urodziła się w Tadżykistanie. Nie ma urody gwiazdy filmowej, ale ten wdzięk, co miesza mężczyznom w głowie. Delikatny makijaż, dłonie smukłe. Kobiety ze stolicy są bardziej otwarte, nie stronią od rozmów z mężczyznami. Zaczynają nosić mini spódniczki.

-Nasz kraj przeżywa teraz odrodzenie po wojnie domowej. Wszystko jest w przebudowie. Powstają biura zachodnich koncernów. Jednak życie nadal jest ciężkie. W 2001 roku Tadżykistan nawiedziła susza, skutkom której nie był w stanie zapobiec przestarzały system irygacji pól. Poważnym źródłem dochodów dla Tadżykistanu są migracje zarobkowe (szacuje się ,że 80% mieszkańców żyje poniżej na granicy ubóstwa). Większość ludzi wyjeżdża do pracy do Moskwy, Nowosybirska. Tam zarabiają 700 dolarów miesięcznie. Są w stanie odłożyć pieniądze i pomoc rodzinom. Średnia pensja nauczyciela czy lekarza w Tadżykistanie wynosiła w zaledwie 35 zł. Jak tu żyć? - Ja chyba też wyjadę. Chcę zobaczyć Moskwę – mówi Swietłana popijając herbatę.

Musze jechać dalej. Czeka mnie przeprawa przez Pamir. Przedtem idę na milicję. Musze się zameldować. Niestety, nie zrobiłem tego w ciągu trzech dni po przekroczeniu granicy.

- Musisz zapłacić karę. 400 dolarów. Takie prawo - tłumaczy urzędnik na posterunku. Sytuacja zmienia się, kiedy na ciemnej klatce wkładam mu do kieszeni 50 dolarów.

śniegbielsko białamiasta

Wybrane dla Ciebie

Komentarze (0)