Trwa ładowanie...
d1yxbw7
All Inclusive

Jamajka - ojczyzna najradośniejszej muzyki świata

Jamajka to trzecia największa, po Kubie i Haiti (Hispanioli), wyspa w archipelagu Wielkich Antyli. Słynie z typowych dla Karaibów pocztówkowych krajobrazów, produkcji wyśmienitej kawy, zwanej Jamaica Blue Mountain Coffee, i najlepiej relaksującej na świecie muzyki - reggae. Funkcję stolicy kraju pełni niemal milionowy port Kingston, położony na południowo-wschodnim wybrzeżu. Bramą dla turystów z Europy bywa jednak najczęściej, usytuowane na północnym zachodzie, miasto Montego Bay. Ta odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1494 r. wyspa jest istnym rajem na ziemi. Przekonała się o tym Beata Pawłusiewicz.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jamajka - ojczyzna najradośniejszej muzyki świata
(All Inclusive)
d1yxbw7

Pierwszy raz byłam na Jamajce w listopadzie 2013 r. Nie wiem, co ma ona takiego w sobie, ale zachwyciła mnie dosłownie od pierwszego odetchnięcia ciepłym karaibskim powietrzem i pierwszego uśmiechu wyspiarzy, czyli od chwili, gdy samolot wylądował na międzynarodowym lotnisku w Montego Bay. Myśl o wyjeździe na Jamajkę zaświtała mi w głowie ponad rok wcześniej. Oglądałam z przyjacielem film o Bobie Marleyu i wówczas doszliśmy do wniosku, że świetnie byłoby odwiedzić kraj, w którym ten artysta się urodził i tworzył swoją muzykę. Ponieważ ciekawe pomysły po prostu wdrażam w życie, zajęłam się planowaniem podróży. Gdy szukałam w internecie informacji, jak dostać się na wyspę i co na niej zobaczyć, trafiłam na ofertę odpowiadającą moim oczekiwaniom. Wyjazd moich marzeń obejmował poznanie prawdziwej Jamajki od podszewki i życie wśród jej mieszkańców, a także wiele urozmaiconych atrakcji, dzięki czemu ta propozycja od razu przypadła mi do gustu.

Biały człowiek na Jamajce
Lot był długi, bo trwał 11 godzin. Jednak tuż po wylądowaniu zostaliśmy nagrodzeni za cierpliwość. Pierwsze spotkanie z tą rajską wyspą zrekompensowało trudy przelotu i stanowiło przedsmak tego, co czekało na nas potem. W Polsce szare i deszczowe listopadowe dni ciągnęły się w nieskończoność, a w Montego Bay świeciło słońce i temperatura powietrza zachęcała do zmiany stroju na letni. Do tego soczysta zieleń i widok okolicznych malowniczych wzgórz zapowiadały wspaniałą przygodę. Do miejsca, w którym mieliśmy spędzić większość czasu w trakcie dwutygodniowych jamajskich wakacji, dotarliśmy późnym wieczorem. Droga wiła się wśród wzniesień, a my napawaliśmy się urokiem mijanych wiosek.

Od samego początku, każdego dnia czułam życzliwość mieszkańców, ich gotowość do pomocy i zapewnienia nam jak najprzyjemniejszego pobytu w rejonie Treasure Beach. Kiedy zamarzyły mi się typowe dla wyspiarzy warkoczyki, kuzynka mojego jamajskiego kolegi Smoky’ego od razu spełniła to życzenie. Byliśmy częstowani lokalnymi specjałami, egzotycznymi owocami i daniami z owoców morza. Głośna i radosna muzyka towarzyszyła nam właściwie wszędzie, gdzie pojawiali się ludzie. Wieczory spędzaliśmy przy ognisku na plaży, na koncertach w słynnej restauracji Jack Sprat lub po prostu na długich spacerach pod niebem pełnym gwiazd. Po zapadnięciu zmroku temperatura spadała do przyjemnych 22 st. C, a bryza od Morza Karaibskiego chłodziła rozpalone całodniowym opalaniem ciała. Z kolei dochodząca z każdej strony muzyka sprawiała, że od razu chciało nam się tańczyć.

Promienie słońca i blask księżyca
Dzień w Treasure Beach zaczynałam i kończyłam na plaży. To był mój kawałek raju na ziemi. O wschodzie słońca szłam pobiegać i popływać w morzu. Obserwowałam wówczas, jak jego żółta kula wynurza się zza okolicznych wzgórz, a promienie rozświetlają najpierw wysmukłe palmy na horyzoncie, potem chmury, jeżeli akurat pojawiły się na niebie, a na końcu piasek na brzegu. Woda była bajecznie ciepła, więc kąpiel sprawiała prawdziwą przyjemność. Po niej nie mniej miłe doświadczenie stanowił bieg wzdłuż pięknej pustej i szerokiej plaży. Po tym codziennym rytuale szłam na śniadanie do lokalnej knajpki, w której zawsze mogłam liczyć na cudownie aromatyczną jamajską kawę, przysmak z owoców _ ackee _ (bligii pospolitej) lub karaibskie danie _ callaloo _ przypominające szpinak.

d1yxbw7

W okolicy naszego miejsca zakwaterowania można było również wypożyczyć rower na wycieczki po pobliskich drogach i bezdrożach. Wystarczyło też zapytać, a tutejsi mieszkańcy od razu potrafili zorganizować i inne atrakcje, np. łowienie ryb czy polowanie z aparatem fotograficznym na delfiny lub krokodyle amerykańskie.

Popołudniowa wizyta na plaży sprowadzała się do przesiadywania w jednej z lokalnych knajpek. W tle zawsze grała muzyka reggae, a miejscowi i turyści leniwie sączyli piwo, tropikalne drinki albo soki - gapiąc się na fale i obserwując biegające po brzegu kraby. Dzień kończyliśmy spacerem po ciepłym piasku w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Tych widoków nie da się ani opisać słowami, ani zapomnieć. Oczywiście, nie oznacza to, że od razu po przechadzce kładliśmy się spać. Zmrok zapada na Jamajce stosunkowo wcześnie i jeszcze wiele godzin mogliśmy spędzić w doborowym towarzystwie.

Lubiłam te jamajskie wieczory, siedzenie bez końca przy świetle zachodzącego słońca lub palącym się ognisku, długie rozmowy z miejscowymi o wszystkim i o niczym oraz przypatrywanie się falom rozświetlonym blaskiem księżyca w pełni. Mieliśmy to szczęście, że bezchmurne niebo pozwalało oglądać nam jego ogromną srebrną tarczę w całej okazałości. Romantyczną atmosferę tych wieczorów zachowałam w pamięci do dziś i myślę, że jeszcze długo ze mną pozostanie. Gdy zamykam oczy, widzę właśnie plażę na Jamajce skąpaną w księżycowej poświacie, oblewaną ciepłymi wodami Morza Karaibskiego, w którym dało się pływać nawet nocą, i kołysaną rytmami reggae.

fot. All Inclusive Krokodyle i delfiny
Na Jamajce codziennie zdarzała mi się okazja do tego, aby przeżyć coś, co nie spotkało mnie jeszcze nigdy w życiu. Pierwszy raz jadłam tu owoc _ ackee _, kąpałam się w wodospadzie, jechałam motocyklem crossowym, widziałam jak rośnie ananas oraz w jaki sposób produkuje się kawę i rum, skakałam do rzeki z gałęzi drzewa, siedmiokrotnie odrzuciłam oświadczyny w ciągu dwóch tygodni (Jamajczycy uwielbiają białe kobiety i są bardzo spontaniczni w kwestiach propozycji matrymonialnych) i piłam sok z kokosa zerwanego prosto z palmy.

Krokodyle amerykańskie już kiedyś oglądałam na Florydzie i w stanie Georgia w USA, ale te nad niemal 55-kilometrową Rzeką Czarną (Black River) były naprawdę ogromne i znajdowały się prawie na wyciągnięcie ręki. Co ciekawe, najpierw płynęliśmy nurtem rzecznym wśród tych olbrzymich gadów, a później, kilka mil dalej, kąpaliśmy się w tych samych wodach, zupełnie zapominając, że te drapieżne stworzenia są gdzieś całkiem niedaleko nas. Po prostu zaufaliśmy miejscowym dzieciom, które beztrosko pluskały się w tej okolicy. Skoro one czuły się tu bezpiecznie, uznaliśmy, że nie ma się czego obawiać.

d1yxbw7

Jak wspomniałam, na Jamajce również pierwszy raz skakałam z gałęzi drzewa prosto do rzeki, dokładnie tej samej, w której wcześniej widziałam krokodyle. Przez chwilę mogłam poczuć się niczym mały Tarzan. Jestem dumna z tego, że odważyłam się na taki wyczyn, bo dostarczył mi on podobnych wrażeń jak przejażdżka motocyklem w górach – od razu podniósł mi poziom adrenaliny we krwi.

Podczas powrotu znad Black River wypatrywaliśmy delfinów. Alan, nasz kapitan łodzi motorowej, którą płynęliśmy, twierdził, że one pojawiają się tutaj zawsze, tylko turyści zazwyczaj przybywają za wcześnie albo za późno. Tym razem trafiliśmy idealnie, a wprawne oko naszego przewodnika wypatrzyło całą rodzinę tych sympatycznych ssaków, które obserwowaliśmy wprost z pokładu. To było najlepsze zakończenie naszego rzecznego safari.

Zastrzyk adrenaliny
Moim specjalnym życzeniem było zdobycie najwyższego szczytu pasma Gór Błękitnych o wschodzie słońca. Nie jest to wielki wyczyn, bo *Blue Mountain Peak *osiąga wysokość jedynie 2256 m n.p.m., ale ja dotarłam na wierzchołek w nietypowy sposób. Pojechaliśmy w góry na cztery dni całą naszą czwórką. Jednak tylko ja zdecydowałam się wejść na szczyt. Gdy znaleźliśmy się na miejscu okazało się, że wspinaczka ma się odbyć właśnie najbliższej nocy. Wszystko zostało już ustalone, ale pojawiła się mała niedogodność. Przewodnik przyjechał na motocyklu, którym trzeba było pokonać początkowy odcinek trasy na Blue Mountain Peak. Ten widok mnie przeraził. Niestety, od dzieciństwa boję się jeździć na motocyklu, ale czego się nie robi z miłości do gór... Przełamałam się, usiadłam za plecami obcego mężczyzny i ruszyłam w nieznane w środku nocy, nie wiedząc za bardzo, co mnie czeka i jak się to skończy. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że mój przewodnik Roger był pracownikiem Parku Narodowego Gór Błękitnych i Johna Crowa
(Blue and John Crow Mountains National Park) z przeszkoleniem ratownika, więc nie miałam podstaw, aby obawiać się o swoje bezpieczeństwo.

Ten pierwszy odcinek trasy na Blue Mountain Peak pokonaliśmy na motocyklu w 2,5 godz. Przejażdżka okazała się mniej przerażająca, niż się spodziewałam, ale serce waliło mi cały czas jak szalone. Dopiero na drugi dzień zobaczyłam, jak mocno stroma i eksponowana jest droga, którą jechaliśmy, i ucieszyłam się, że ciemność oszczędziła mi tego widoku.

Droga na szczyt
Do domku strażników dotarliśmy ok. godz. 1.00. Mój przewodnik zaproponował godzinny odpoczynek. Wyruszyliśmy mniej więcej o 2.00 z latarkami i przez 3,5 godz. maszerowaliśmy pod górę po wijącej się serpentynami ścieżce. Trasa nie była specjalnie trudna technicznie, szło się przyjemnie i mimo ciemności czułam się bezpiecznie. Wymagało to jednak ode mnie sporo wysiłku, bo starałam się dotrzymać kroku Rogerowi, a on z kolei nadawał bardzo szybkie tempo, abyśmy stanęli na szczycie przed wschodem słońca. Po drodze podziwiałam niezapomniane widoki na nocne Kingston. Oprócz latarek okolicę rozświetlał księżyc w pełni. Bezchmurne niebo błyszczało od gwiazd. Przed wyprawą wszyscy straszyli mnie, że w Górach Błękitnych często pada, a ja – oczywiście – nie wzięłam ze sobą kurtki przeciwdeszczowej na Jamajkę. Od zatroskanej mieszkanki domu gościnnego Mount Edge, koło miejscowości Newcastle dostałam co prawda parasol, ale przecież na motocyklu nie przydałby mi się do niczego. Szczęście nam jednak dopisało i nie spadła
ani jedna kropla deszczu.

Na szczyt dotarliśmy trochę za wcześnie. Zmęczeni i spoceni nie mieliśmy za bardzo gdzie ukryć się przed zimnem i wiatrem. Stał tutaj budynek, lecz bez dachu, więc nie chronił praktycznie przed niczym. Roger chciał mi oddać swoją kurtkę, ale jej nie przyjęłam, nie mogłam pozwolić, aby sam zmarzł na kość. Znalazłam w plecaku paczkę papierowych serwetek i połowę z nich włożyłam sobie pod przemoczoną na plecach bluzę, a drugą połowę oddałam swojemu jamajskiemu przewodnikowi, żeby poszedł za moim przykładem. Pochwalił ten pomysł, bo faktycznie zrobiło nam się nieco cieplej. Poczułam, że zdobyłam swój osobisty szczyt. Spodobało mi się to uczucie.

Prawdziwa euforia
Widoki, jakie ukazały się naszym oczom, gdy słońce zaczęło wschodzić, były nieziemskie. Znajdowaliśmy się nad szczytami okolicznych gór i morzem chmur. Świecił księżyc w pełni, a pierwsze promienie słoneczne przebijały się przez grubą warstwę skłębionych obłoków. Wszystko wyglądało tak cudownie, że nie potrafiłam się opanować i nie zacząć skakać z radości jak dziecko, które cieszy się z nowej zabawki. Stałam się na moment niezmiernie szczęśliwą małą dziewczynką. Po chwili na kilka minut otoczyła nas mgła, ale tylko po to, aby zaraz odsłonić rozciągające się aż po horyzont pasmo Gór Błękitnych w całej okazałości.

Było mistycznie i o wiele piękniej, niż mogłam sobie wyobrazić. Nie chciałam wracać, ale – niestety – droga powrotna miała nam zająć ponad 5 godz., więc musiałam przestać delektować się widokami. Trasa w dół do domku strażników wiodła przez soczyście zieloną okolicę, pełną egzotycznych roślin niczym z parku jurajskiego. Zastanawiałam się, w którym momencie na ścieżce pojawi się dinozaur. Nic takiego się nie wydarzyło, ale za to Roger, znawca ptaków i motyli, co chwilę pokazywał mi okazy należące do któregoś z miejscowych gatunków i tłumaczył dokładnie wszelkie dotyczące ich szczegóły. Później pozostała nam już tylko ostatnia prosta, czyli jazda motocyklem w dół. Do punktu, z którego wyruszyliśmy, dotarliśmy po 14 godz. od rozpoczęcia wyprawy. To była długa noc, ale za to pełna wspaniałych wrażeń i widoków, których nigdy nie zapomnę.

Miłość na całe życie
Jamajka skradła moje serce. Już w dniu wylotu wiedziałam na pewno, że kiedyś na nią wrócę i będę tu wracać jeszcze wiele razy. Ta wyspa uzależnia swoim klimatem, atmosferą luzu, słoneczną pogodą, rozbrzmiewającą wszędzie muzyką. Uśmiechnięci Jamajczycy są radośni, ciepli i życzliwi wobec przyjezdnych. Czas płynie na tym uroczym karaibskim lądzie znacznie wolniej. Malownicze plaże oraz dziewicza przyroda zachwycają i rzucają na kolana.

d1yxbw7

Za każdym kolejnym razem, kiedy oglądam film o Bobie Marleyu, przywołuje on wspomnienia. Teraz inaczej go odbieram, dostrzegam w nim rzeczy, których przed pobytem w tym kraju nie zauważyłam, słyszę wcześniej niewyłapane akcenty i dźwięki oraz widzę kadry idealnie oddające realia Jamajki. Wiem, że tej wyspy nie można porównać do żadnego z odwiedzonych przeze mnie dotychczas miejsc. Przebojem zdobyła jedną z pozycji w pierwszej trójce na mojej prywatnej liście najcudowniejszych zakątków na ziemi. Wcale tego nie żałuję.

Kiedy po niemal 2,5 roku wróciłam na Jamajkę, znowu poczułam się na niej jak w domu. Tak zaczęła się moja kolejna jamajska przygoda. Wiedziałam, że tym razem będzie równie wspaniale i czekają mnie nowe wyzwania, bo przecież zawsze istnieje szansa, aby przeżyć coś po raz pierwszy, zwłaszcza na tej zniewalającej karaibskiej wyspie.

Tekst: Beata Pawłusiewicz (Magazyn All Inclusive)/udm

d1yxbw7

Podziel się opinią

Share

d1yxbw7

d1yxbw7