Trwa ładowanie...
Uummannaq widziane od strony zamarzniętego morza
Uummannaq widziane od strony zamarzniętego morza (Archiwum prywatne, Fot: Ilona Wiśniewska)

Ludzie z ciszy

Nie wiem, czy w obliczu tak szybkich zmian, jakie zaszły na Grenlandii, my, Polacy, umielibyśmy tak szybko dostosować się do innego życia, jak Grenlandczycy – mówi Ilona Wiśniewska, autorka książki "Lud z grenlandzkiej wyspy".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Urszula Abucewicz, WP: Zimno może być piękne?

Ilona Wiśniewska: Oczywiście. Pojechałam na Grenlandię po dziewięciu latach spędzonych w Arktyce. Wiem jak to jest porządnie zmarznąć i odmrozić palce. Wiem, że nie każda kurtka zimowa nadaje się na tamtejszą zimę. Wiedziałam, że na Grenlandii nie będzie mi zimniej niż na Spitsbergenie. Wszystko było po prostu kilka razy większe niż dotychczas.

No i lubię zimno. Na Północy jest zupełnie inna przejrzystość powietrza. Tak jakby odetkały ci się płuca. Nagle możesz normalnie oddychać.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Ummannaq

Mówisz po norwesku, angielsku i francusku. W jaki sposób komunikowałaś się z mieszkańcami?

d39c1w9

Norweski i duński w piśmie są niemal identyczne, więc mogę czytać po duńsku bez problemu. Za to w mowie są różnice. Trzeba wypowiadać słowa po norwesku z trochę inną wymową, to się czasami udawało, czasami nie. Porozumiewałam się po angielsku, na migi, a czasami w ogóle bez słów i to jest najfajniejsze, bo Grenlandczycy używają mimiki, która wiele wyraża.

Ich życie obserwowałaś z domu dziecka w Uummannaq, w którym się zatrudniłaś.

Jestem filologiem polskim i fotografem. Dobrze nadawałam się do sprzątania.

A serio?

Zbierając materiały do trzeciej książki chciałam nie tylko spędzić kilka miesięcy w jakimś miejscu, ale też na coś się przydać.

Dom dziecka staje się metaforą Grenlandii. Jakich bohaterów tam spotkałaś?

Spotkałam charyzmatyczną szefową, która trzyma tę instytucję w ryzach i jest matką dla wszystkich wychowanków, ale i dla pracowników. Poznałam nastolatków, którzy nie ufają dorosłym. I poznałam siebie od zupełnie innej strony. Przypomniało mi się wiele wydarzeń z mojego własnego dzieciństwa.

Chciałam stać się w jakimś stopniu częścią lokalnej społeczności, bo w ten sposób najlepiej poznaje się bohaterów. Oni też widzą, że możesz im coś z siebie dać, mimo że jesteś przybyszem z innego świata. A tym czymś, co mogłam ofiarować Grenlandczykom, była właśnie praca fizyczna.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Jeden z typowych domów na wyspie

Znajdziemy również inne określenie na mieszkańców terenów arktycznych. "Inuita", czyli…

"Inuit" znaczy "ludzie", "inuk" – "człowiek".

Grenlandczycy nie lubią sformułowania "Eskimos", którym ochrzcili ich sąsiedzi z południa, Algonkini.

Tak samo jest z Saamami, którzy nie chcą być nazywani Lapończykami. To są określenia nadane przez innych. My powinniśmy nazywać ich tak jak chcą być nazywani.

Bardzo długo mieszkańcy skolonizowanej przez Danię Grenlandii funkcjonowali w konfrontacji z Duńczykami jako obywatele niższej kategorii.

Z tego co można przeczytać, ale przede wszystkim z tego, co opowiadali sami Grenlandczycy, kolonizacja nie była tak brutalna, jak w innych częściach świata. Lokalni mieszkańcy byli potrzebni w pozyskiwaniu futer i skór, umieli się poruszać w trudnym terenie.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Suszące się ryby na zamarzniętym morzu

W swojej książce opisujesz proces danizacji kultury grenlandzkiej.

Na Grenlandii żyje niewiele ponad 56 tys. ludzi. Historia danizacji ma wiele poziomów, więc każda historia opowiedziana jest równorzędna i ważna.

d39c1w9

Przywołujesz fragment rozmowy z dyspozytorką pogotowia, która otrzymuje zgłoszenie, że na ulicy leży pijany człowiek. I pyta, czy to Grenlandczyk, czy Duńczyk.

To jest fragment utworu grenlandzkiego rapera Tarraka, który opowiada o skrajnych przykładach nietolerancji, bo on akurat takich w Danii doświadczył. Relacje obu narodów są bardzo złożone i każda historia ma prawo wybrzmieć.

Nawet jeśli moi rówieśnicy nie doświadczyli dyskryminacji na własnej skórze, często dziedziczą niechęć i żal po swoich rodzicach czy dziadkach, którzy za wiele rzeczy nie zostali do dziś przeproszeni.

Twoja bohaterka, Louise, zapomina grenlandzkiego i nie chcąc zrobić przykrości najbliższej dla siebie osobie udaje, że rozumie, co mówi do niej mama. Opowiada: "Ostatni raz czułam się w pełni człowiekiem, mając 9 lat, kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym i mówiłam po grenlandzku".

To, że Dania wielu Grenlandczykom umożliwiła rozwój, edukację w ogóle nie podlega dyskusji. To, na co zwracają uwagę moi rozmówcy, to to, że modernizacja Grenlandii wydarzyła się za szybko, że takie procesy powinny być bardziej rozłożone w czasie. A tu nie były. I to potem wraca.

Opisujesz historię 22 grenlandzkich dzieci, które zostały zabrane od swoich biologicznych rodziców, przeniesione do Danii i oddane do rodzin zastępczych.

To był eksperyment, o którym nie mówiło się oficjalnie, bo niespecjalnie się powiódł. Nie było tak, że rodzicom zabrano dzieci siłą. Powojenny system szkolnictwa zakładał rozwój na wyższym poziomie w Danii, ale to rodzice decydowali, czy dzieci wyjadą.

O eksperymencie napisałam, bo poznałam jedną z kobiet, która jako dziecko była jego częścią. Jej historia bardzo mnie poruszyła, wyjazd do Danii wpłynął na całe jej późniejsze życie. Helene napisała o tym książkę, a ja, czytając ją, cały czas starałam się sobie wyobrazić, jak mocne to było doświadczenie, skoro jako dorosła pamiętała aż tyle szczegółów ze swojego kilkuletniego życia.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Zamarznięte morze. Wiosną to tutaj ląd

Opisujesz historię dziewczynki, która po powrocie z Danii przybiega do matki, mówi coś do niej, po czym widzi, że matka jej nie rozumie…

Byłam tym osobiście poruszona. Mnie nigdy nikt nie zakazywał mówienia we własnym języku, ale często nie rozumiałam tego, co się do mnie mówi. W 2010 roku zamieszkałam na Spitsbergenie. Mówiłam biegle po angielsku, ale zanim nauczyłam się norweskiego, często byłam wykluczana z rozmowy, nie rozumiałam kontekstu, żartów. Czułam się wtedy jak ktoś gorszy. Może dlatego mam tyle empatii do grup etnicznych kolonizowanych przez Skandynawów.

d39c1w9

Jedna z bohaterek, która miała wyjechać na rok, a wróciła po 7 latach, mówi: "Powiedzcie mi kim jestem i jak mam wrócić do domu".

Po tych siedmiu latach nie wiedziała, co było jej domem: który kraj, która kultura. Cechą charakterystyczną procesów danizacyjnych i norwegizacyjnych było wtłaczanie do głów, że dom rodzinny to miejsce, którego należy się wstydzić. Że to, w co wierzą twoi przodkowie, w co ty wierzysz, w jakim języku mówią twoi rodzice, to jest coś nienowoczesnego, coś co trzeba zmienić.

Źródło: Gydja Johannesen / Ilona i Sika

Czy spojrzenie Duńczyków na Grenlandczyków się zmienia? Te stereotypy są jednak bardzo silne.

Niedawno była u mnie z wizytą jedna z bohaterek książki, Sika, która studiuje architekturę w Danii. Opowiadała, że nie spotyka się z żadną dyskryminacją. Ale gdzieś pomiędzy wierszami mówiła, że Duńczycy ją po prostu nudzą. Że dużo mówią, ale te rozmowy są o niczym. A co zabawne, w jednej z gdańskich kawiarni poza nami były tylko młode Dunki.

Sika zauważa, że coraz więcej o Grenlandii mówi się w pozytywnym świetle. Że różnorodność przestaje być przedmiotem oceny, a staje się czymś, co trzeba zachować, szanować. Kiedy poznałyśmy się z Siką w Uummannaq, dopiero planowała wyjazd na studia. Teraz studiuje i cieszę się, że nie doświadcza niczego negatywnego, mimo że jest jedyną Grenlandką na roku.

Była premier Grenlandii, Aleqa Hammond, która wierzy, że Grenlandia może się uwolnić spod władzy duńskiej, powiedziała, że Grenlandczycy Duńczykom zawdzięczają tylko sos pieczeniowy. Ale nie może być pozytywną bohaterką, bo zdefraudowała publiczne pieniądze. Spotkałaś się z nią.

Tak, dwa razy. Najpierw w Kopenhadze w jej mieszkaniu, a potem w Nuuk – stolicy Grenlandii. Zaprosili mnie z mężem do siebie na kolację. Spotkanie z nią było bardzo pouczające, w tym znaczeniu, że spotykasz kobietę, która wie dokładnie, kim jest i jest z tego bardzo dumna. Wie, dlaczego nie chce być Dunką, nie śmieszą jej duńskie żarty, ale o Duńczykach wypowiada się z szacunkiem. Wiesz, w ogóle u Grenlandczyków widziałam tę wspaniałą dumę z bycia tym, kim są, ale dumę, która nie odbiera niczego z poczucia wartości innym.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Połowy spod lodu

Nie wszyscy czują dumę. Wielu nie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Grenlandia boryka się z samobójstwami. W 2016 r. odebrało sobie życie 47 osób. W rekordowym 1987 r. zarejestrowano 69 samobójstw.

Cytujesz statystykę, do której odnoszę się w książce. Według niej średnio raz w tygodniu ktoś popełnia na Grenlandii samobójstwo. Paninnguaq, dziewczyna w Nuuk, która sama chciała odebrać sobie życie, a potem zajęła się pomocą innym, powiedziała mi, że przy tak małej liczebności mieszkańców każde samobójstwo dotyka pośrednio wszystkich mieszkańców, bo tam wszyscy się znają.

d39c1w9

W 2016 r. połowę samobójców stanowili młodzi Grenlandczycy między 10. a 35. rokiem życia. Piszesz w swojej książce: "Mówi się, że odwieczny podział ról wymaga od nich niezłomności, odwagi i nieokazywania uczuć, wielu więc wybiera rozwiązanie, które chociaż na chwilę skupi uwagę bliskich".

Moi bohaterowie powiedzieli mi, że oni inaczej myślą o śmierci. Wierzą, że jest ona przejściem do innego stadium, wierzą w reinkarnację. Są przekonani, że po śmierci można się odrodzić w zwierzęciu albo w innym człowieku. A do tego imionami zmarłych nazywa się nowo narodzonych krewnych, więc następuje swojego rodzaju kontynuacja. Może w ten sposób łatwiej jest sobie oswoić stratę.

Na kartach książki wspominasz o chłopcu z domu dziecka, któremu pożyczałaś swój aparat fotograficzny. Nie spodziewałaś się takiego finału tej historii…

Mija właśnie rok od śmierci Gerta. W mojej głowie on nadal żyje i nadal robi zdjęcia w Uummannaq. Do dzisiaj to dla mnie za duża abstrakcja, żeby próbować zrozumieć jego decyzję o odebraniu sobie życia.

Źródło: Ilona Wiśniewska / Pies na zamarzniętym morzu

Piszesz: "Mężczyźni muszą być jak polarne szczeniaki, które od urodzenia śpią na lodzie. Jeśli przeżyją, to coś z nich zostanie". Czy w tym świecie nie oczekuje się od mężczyzn zbyt wiele?

Tak mówiła Karina, nauczycielka muzyki w domu dziecka. Wyjaśniała to zderzeniem oczekiwania z tym, kim mężczyzna powinien być w tradycyjnym społeczeństwie (myśliwym), a kim jest w społeczeństwie nowoczesnym (wrażliwą jednostką). Te zderzenia widać tam było na każdym kroku, bo Grenlandia to jest światopoglądowo bardzo nowoczesny kraj, nie zdominowany przez staroświecką religię. Można tam na przykład zawierać jednopłciowe związki małżeńskie i adoptować dzieci. Grenlandczycy naprawdę świetnie dają sobie radę. Nie wiem, czy, w obliczu tak szybkich zmian, my umielibyśmy tak szybko dostosować się do innego życia. Zawsze to podkreślam, że możemy się od nich bardzo dużo uczyć. A przede wszystkim tego, w jaki sposób szanuje się naturę.

Często podkreślasz, że oni są cisi.
Z jednej strony są cisi, a z drugiej strony ciągle się śmieją. Śmiejesz się razem z nimi, nie rozumiejąc kontekstu, ten śmiech jest zaraźliwy. Sika, już tu w Gdańsku, powiedziała mi coś, czego nie ma w książce: "no bo wiesz, my wyśmiewamy problemy. Nie będziesz siedział i się martwił – tylko się śmiejesz, żeby ten problem odegnać". To jest piękna rzecz, której moglibyśmy się od nich uczyć.

Poza tym życie blisko natury wymaga, by siedzieć cicho.

Źródło: Łukasz Saturczak/Ilona Wiśniewska
d39c1w9

Podziel się opinią

Share