Trwa ładowanie...
d3fbg55

Sylwia Kubiak. Westernowa dziewczyna, która swoją pasją inspiruje inne kobiety

Jeździ konno od ponad dwudziestu lat, szkoli innych i zdobywa kolejne medale. Trzyma się w siodle jakby się w nim urodziła, a koniem potrafi kierować wzrokiem. Nieważne czy w dalekiej Mongolii, czy na mistrzostwach świata... O miłości do koni i pasji, która pomaga w najtrudniejszych momentach życia, opowiada Sylwia Kubiak, utytułowana zawodniczka westernowa.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Sylwia Kubiak w tym roku zdobyła tytuł mistrza świata w konkurencji western horsemanship
Sylwia Kubiak w tym roku zdobyła tytuł mistrza świata w konkurencji western horsemanship (Ewa Osińska)
d3fbg55

WP: Konie to twoje życie, ale jak w ogóle zaczęła się przygoda z jeździectwem?
Sylwia Kubiak: W jeździectwo wciągnęła mnie moja mama. Miała w młodości klacz, Gniadusię, i dzięki jej opowieściom pokochałam konie i zaczęłam marzyć o posiadaniu własnego. Pierwszy raz wsiadłam na konia jak miałam 8 lat. To było gdzieś na wakacjach z rodzicami. Potem przez pierwsze lata jeździłam tak okazyjnie, gdzie się dało: na odpustach, u handlarzy... Tak to wyglądało, bo w moich okolicach nie było szkółek jeździeckich. Dopiero jak miałam 14 lat, zaczęłam systematyczną jazdę i rodzice kupili konie. To było tak, że w pewnym momencie mój tata stwierdził "kupmy konia, bo skoro i tak jeździmy już we trójkę, to może lepiej mieć własnego". Pojechaliśmy po jednego, a wróciliśmy z pięcioma. Tak się złożylo, bo obejrzeliśmy klacz dla mnie, a okazało się, że jej matka przypomina dokładnie tą Gniadusię z opowieści mamy, a do tego miała jeszcze źrebaka. A moja trzyletnia siostra zobaczyla tam jeszcze kucyki. To tata wziął kucyka, ale też ze źrebakiem. Zaadaptował wtedy wszystkie pomieszczenia w gospodarstwie babci na boksy dla koni. Założyliśmy ranczo i już wiedziałam wtedy, że będę zajmować się końmi do końca życia. Moja siostra Agnieszka twierdzi, że ona już nie miała wyjścia – urodziła się w takiej "końskiej" rodzinie.

Czym dla Ciebie są teraz konie i pasja z nimi związana?
Konie mają ogromny wpływ na moje życie. Jeździectwo jest dla mnie lekiem na całe zło świata. Taką odskocznią, inspiracją do działania i motywacją. Gdy mam zły dzień to po prostu jadę do stajni. Zaczynam jazdę, robię różne ćwiczenia i jak mi wychodzą to przestaję się natychmiast dołować. Pasjonuję się jazdą w stylu western. Kiedyś pojechałam z moją znajomą do jakiejść stajni wybrać dla niej konia i tam była prowadzona lekcja jazdy westernowej. Jak zobaczyłam tą finezję w połączeniu jeźdźca i konia, to od razu wiedziałam, że to jest to. Zaczęłam wtedy jeździć na szkolenia i startować w zawodach.

No właśnie, bo zajmujesz sie też czymś dosyć specyficznym w jeździectwie.
Tak, moja pasja jest dla mnie też taką możliwością wykazania się. Zajmuję się jeździectwem naturalnym, pracuję z końmi bez użycia siły, sporo eksperymentuję. Potem jadę na zawody i wtedy weryfikuję co robiłam dobrze przez rok treningów. Mam okazję się sprawdzić. Jeżdżę też do znajomych, którzy mają własne konie, uczę ich i pomagam. Bo często jest tak, że ktoś posiada konie nawet kilka lat, ale nie ma z nimi zbudowanej prawidłowej relacji. A ja jakoś potrafię się z nimi dogadać. Od niedawna prowadzę też z siostrą bloga. Jest to dla mnie forma przekazania ludziom naszej filozofii odnośnie koni. Tego, że można jeździć bez ogłowia i co można robić z końmi. Widzę też, że ludziom zaczyna się coraz bardziej podobać właśnie taka forma jeździectwa. Jestem dumna z siotry i z siebie, że robimy coś fajnego, i jeszcze wciąż trochę niszowego.

Arkadiusz Wysocki

A czym jest tak w zasadzie jeździectwo westernowe?
Western jest w Polsce dopiero od kilkunastu lat. W porównaniu do klasycznej jazdy konnej, która jest w naszym kraju zakorzeniona od stuleci, to jest to sport dość niszowy, rozwijający się. W Polsce najbardziej popularny jest na południu – w okolicach Wrocławia i Tarnowa. Konie kierowane są jedną ręką, dąży się do tego, aby kierować dosiadem i ciałem. Zwraca się uwagę na technikę i lekkość. Konie są niesamowicie wygimnastykowane no i liczy się naprawdę duży kunszt jeździecki. Wiele osób kojarzy tę dyscyplinę głównie z Dzikim Zachodem i galopującymi kowbojami. Oczywiście sporo w tym racji - są kolorowe stroje, zdobienia siodeł, dużo widowiskowych i szybkościowych konkurencji na zawodach, nawet takich z cielakami. Każdy może znaleźć coś dla siebie i dla swojego konia. Chociaż przeważają konie specjalnie hodowane do dyscyplin westernowych, czyli American Quarter Horse. Dobrze sobie radzą również haflingery, konie małopolskie, hucuły, a moja siostra nawet startowała na kucu szetlandzkim – Bryczku. Ja lubię łączyć styl western z naturalną pracą z końmi, nazywając to "natural western". Określiłabym to jako finezyjną jazdę połączoną z wyćwiczeniem koni. Często w jeździectwie nie przykłada się właściwej uwagi do tego, aby konie były wygimnastykowane – są sztywne i często zdarzają im się urazy. Ja kładę właśnie na to duży nacisk. Uczę ludzi, aby zaufali koniowi i na odwrót, aby zwierzę im zaufało. Przede wszystkim trzeba zbudować relację opartą nie na sile, ale na zrozumieniu. Prezentuję wiele ćwiczeń, angażuję się w jazdę pokazując na przykład to, że można kierować koniem za pomocą wzroku, a nie wodzami.

A czy to nie jest tak że western jest bardziej dla facetów? Jak sobie radzisz w tym środowisku jako kobieta?
Jeśli chodzi o reining, czyli tę najbardziej znaną dyscyplinę westernową to faktycznie królują tu mężczyźni. Ale już w przypadku tych konkurencji bardziej technicznych, wolniejszych i precyzyjniejszych to zdecydowanie przeważają kobiety. Na zawodach właśnie takie dyscypliny odbywają się jako pierwsze, dlatego panowie żartują, że muszą wstać rano i iść na arenę rozglądać się za żoną. Środowisko westernowców jest super. To bardzo pozytywni ludzie. Na zawodach wszyscy sobie kibicują, a potem są zawsze potańcówki. Ale oczywiście samo zajmowanie się końmi dla kobiety może i jest bardziej wyczerpujące niż dla mężczyzny. Razem z rodzicami prowadziłam stajnię przez piętnaście lat. Co prawda teraz dzierżawimy nasze ranczo, a swoje konie trzymamy w pensjonacie, no ale cały czas mamy ich pięć i jest przy nich masa pracy. A przy stajni była cała logistyka związana z dostarczeniem pasz, zboża, słomy. Mieliśmy własną ziemię, którą przeznaczaliśmy pod produkcję paszy. Miałam normalne żniwa, podczas których musiałam naprawdę ciężko pracować. Ale dzięki temu nauczyłam się jeździc na traktorze, ciagnąć wielką przyczepę konną. Jak zdawałam egzamin na przyczepę, to byłam w gronie samych facetów, ale w ogóle się nie stresowałam, bo wiedziałam, że robię to po to, aby móc zajmować się tym co kocham.

Ewa Osińska

Właśnie, bo przecież sama odnosisz znaczące sukcesy sportowe...
Mam kilka medali z różnych zawodów. Właśnie w takich konkurencjach technicznych, choć ostatnio też startuję na swoim koniu w reiningu. Zdobyłam wicemistrzostwo Polski w trailu, razem z siostrą byłyśmy w kadrze narodowej na Mistrzostwach Europy na Węgrzech, gdzie zajęłam V miejsce w trailu, a wtedy jeździlam western dopiero dwa lata. W ciągu ostatniego roku udało mi się zdobyć mistrzostwo świata w jeździe bez ogłowia w konkurencji western horsemanship oraz wicemistrzostwo świata w trailu. Zdobyłyśmy też z Agą I i II miejsce w zawodach TREC. Ale takie starty to też sporo stresu. Kiedyś wzięłam udział w zawodach na koniu dzierżawionym od jednej z czołowych polskich zawodniczek westernowych. Ten wierzchowiec był faworytem imprezy. Wystartowałam w konkurencji western pleasure - trzeba tam pokazać różne chody konia. Ale czułam taką presję, że mam super konia, a ja pewnie nie dam rady, że wypiłam prawie całą butelkę Nervosolu przed startem. Mój koń jechał jak sobie tylko chciał, a ja na nim tylko siedziałam zadowolona i się uśmiechałam do wszystkich. Zajęłam wtedy ostatnie miejsce.

Masz od dawna swojego konia i wyjątkową więź z nim. Czy on wyczuwa to jak się czujesz, w jakim jesteś stanie?
Przez piętnaście lat przez moją stajnię przewinęło się mnóstwo koni. Takich rekreacyjnych, takich które zajeżdżałam i trenowałam. Ale nigdy nie miałam z żadnym z nich takiej relacji jak z moim quarterem Smartem. Zaprzyjaźniliśmy się od razu. Miałam już duże doświadczenie i pomysł na treningi z nim. Poza tym on mnie po prostu pokochał, a ja jego. Nigdy nie robi problemów, wybacza moje błędy, nigdy nie odpowiada mi niechęcią lub agresją. Ale w stosunku do innych potrafi pokazać swoje niezadowolenie. Nie lubi jak jeździ na nim ktoś inny - robi mu zwykle na złość i okazuje, że coś mu się nie podoba. A przy mnie jest rozluźniony i czuje się bezpieczny. To działa też w drugą stronę. Zawsze jak się pojawiam na pastwisku, to zostawia stado i podchodzi do mnie. To mój pierwszy koń, na którym jeździłam sportowo bez ogłowia i siodła. Najważniejsze jest to, aby wykształcić między sobą po prostu przyjacielską więź. Smart pomógł mi także przełamać różne moje lęki i trudności.

A masz ich trochę za sobą. Przebyłaś ostatnio ciężką chorobę, czy praca z końmi pomogła ci wyzdrowieć? Czy był to jakiś sposób terapii?
Przeszłam ostatnio przez chorobę nowotworową. Dwie operacje, osiem chemioterapii i długie leczenie. Do tego depresja z nimi związana. Konie, a właściwie ten jeden - Smart - bardzo mi pomogły. W tym ciężkim czasie straciłam niemal kontakt z rzeczywistością. Codzienne czynności, stały się jakieś zupełnie bez znaczenia. Jednak dzięki temu, że mogłam dojeżdżać do swojego konia i robić z nim różne fajne rzeczy, zaczęłam widzieć na nowo świat. Taka poważna choroba powoduje to, że człowiek traci wiarę w sens życia. Zadaje sobie pytania:Dlaczego ja? Po co to wszystko? Jak ja będę wyglądać? A konie nie szufladkują ludzi. Dla mojego konia nie było problemu, że wypadły mi włosy po chemii, czy że jestem w ciężkiej depresji i gadam od rzeczy. Przyjaciele wypychali mnie do stajni. Na początku robiłam proste zadania. I wtedy zaczynałam poznawać znów swoją wartość i sens tego co robię. Przestałam skupiać się na chorobie i zaczęłam znów myśleć o zawodach. Chociaż w tym okresie nie mogłam jeździć konno, postanowiłam że wystartuję właśnie w mistrzostwach świata. Był to wtedy zupełnie abstrakcyjny cel. Ale go miałam i mocno zaczęłam do niego dążyć. Jeździectwo pomogło mi wrócić to prawdziwego Ja sprzed choroby. Ogromnie pomogła mi też wtedy moja siostra Agnieszka.

Ale wspomniałaś, że nie mogłaś wsiadać na konia. Jak to zniosłaś?
Przez pół roku po operacji nie mogłam jeździć konno. Przez to też mi się bardzo pogorszyło. Potem okazało się, że czeka mnie druga operacja. No i zrobił się rok bez jazdy i totalna depresja. Lekarze powiedzieli, że absolutnie nie mogę wsiadać na konia. Mogłam go tylko pogłaskać. I wtedy skupiłam się na pracy ze Smartem z ziemi. Ale raz też, gdy nikt nie widział, wsiadłam na niego. I znów spojrzałam na świat z mojej ukochanej perspektywy – z pomiędzy końskich uszu. Aga jednak to dostrzegła i zaczęła wtedy krzyczeć, że nie mam siodła, ani ogłowia, że zaraz spadnę. Ale Smart był absolutnie spokojny pomimo tak długiej przerwy.

Chciałabyś powiedzieć coś tym, którzy są w podobnej sytuacji?
Może to zabrzmi trywialnie, ale absolutnie nie należy się załamywać. To dziwne co powiem, ale trzeba dostrzec plusy danej sytuacji. Nie wolno skupiać się na tym, czego nie można robić. Tak jak w moim przypadku. Powoli już mogłam jeździć, ale nie mogłam zajeżdżać koni, bo groziło to nadwyrężeniem mojej ręki po operacji. Dlatego zaczęłam pracę na swoim koniu, ale bez ogłowia. Maksymalnie się na tym skupiłam i wkrótce zdobyłam mistrzostwo świata. A nie zrobiłam tego wcześniej, będąc zdrową. Zrobiłam to właśnie teraz. Miałam cel, który stał się sensem mojego życia. Myślałam o tym co jest tu i teraz, a nie co będzie w przyszłości, czy choroba wróci itd. Bo to nie ma znaczenia – jeśli bym myślała o tym, to zniszczyłabym sobie teraźniejszość.

Jak mieć tyle siły co ty?
Trzeba czerpać z życia, ile tylko można. W tym roku udało mi się drugi raz pojechać na wyprawę konną do Mongolii. Choć wszyscy byli zszokowani tym pomysłem. Ale jak tylko mój przyjaciel mi zaproponował taką podróż, od razu się zgodziłam. Mongolia była od zawsze moim marzeniem. Byłam tam już kilka lat temu, a pojechanie znów dało mi niesamowitego kopa i mnóstwo dobrej energii – trzy dni po powrocie do Polski wygrałam właśnie te mistrzostwa.

Archiwum prywatne

A jakie masz dalsze plany?
Razem z siostrą mamy dużo pomysłów. Dalej zamierzam szkolić moich znajomych z jazdy w stylu western. Bardzo się interesuję reiningiem i chcę się rozwijać w tą stronę. A to tego chcę zarażać innych swoją pasją. Tak jak wspominałam prowadzimy bloga, współpracuję też z Fundacją Rak'n'roll. Niedawno, jak byłam w sanatorium, zrobiłam dla Amazonek prezentację o swoich zawodach i o wyprawach do Mongolii. Chcę inspirować kobiety do działania, do znajdowania w sobie siły i realizowania pasji. Otaczam się też pozytywnymi ludźmi. Przy okazji chciałabym bardzo podziękować moim przyjaciołom oraz siostrze Agnieszce, która mi bardzo pomogła. Jest dla mnie wielką podporą i wciąż mnie motywuje, aby iść do przodu.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

d3fbg55

Zobacz też: Konie na służbie.

d3fbg55

Podziel się opinią

Share

d3fbg55

d3fbg55