Trwa ładowanie...
d30bdhb

Tam, gdzie pieprz rośnie

„Nie planowałam pisać kryminału, ale już na początku podróży okazało się, że mój bohater jest w niebezpieczeństwie” - mówi nam Anna Janowska, autorka wydanej właśnie książki „Monsun przychodzi dwa razy”. Podąża w niej szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar i co krok odkrywa fascynujące historie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tam, gdzie pieprz rośnie
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)
d30bdhb

Pojechałaś po pieprz, a trafiłaś do... szpitala. Jak to się stało?
To był eksperyment, który na sobie przeprowadziłam. Podążając szlakiem pieprzu i innych przypraw, natrafiłam na ajurwedę. To prastara indyjska medycyna, która ma ponad 5 tys. lat i rośliny są jej podstawą. Pojechałam więc do szpitala ajurwedycznego w Kerali, który jest prawdziwym, certyfikowanym ośrodkiem, ale jednocześnie bardziej przypomina luksusowy hotel. Mieści się w dawnym pałacu lokalnych władców, ma zaledwie 18 pokoi i piękny, zadbany ogród. Jest to miejsce równie ekskluzywne, co zamknięte, bo gdy przekroczy się jego bramy, nie wychodzi się poza nie przez tydzień, dwa, cztery – w zależności od oceny lekarzy. Motto ośrodka to: „cały swój świat zostaw za drzwiami”. Na terenie szpitala nie możesz nosić swoich ubrań ani rzeczy ze skóry, używanie telefonu jest mocno ograniczone. Oddajesz się w ręce specjalistów i musisz im zawierzyć. Postanowiłam wskoczyć na główkę do tego basenu, choć nie wiedziałam, czy jest w nim woda.

Była?
Z początku zaledwie po kostki. (śmiech) Ajurweda traktuje człowieka całościowo - holistycznie, więc nawet jeżeli boli cię kolano, to leczenie i tak zaczyna się od głowy. Zgodnie z tą filozofią w szpitalu, do którego trafiłam, pacjenci przechodzili panczakarmę, czyli szeroko pojęty rytuał oczyszczania – ciała, duszy i umysłu. Działa cuda, ale nie jest szczególnie przyjemna. Ja na szczęście byłam tam na tyle krótko, że to najbardziej ekstremalne oczyszczanie mnie ominęło. Miałam „tylko” wlewane do nosa klarowane masło ghi. To wedle ajurwedy magiczny olej, zbierający z organizmu różne toksyny, których normalnie człowiek nie jest w stanie wydalić. Nic przyjemnego, ale to pestka w porównaniu z pełną panczakarmą, podczas której najpierw pije się ghi tak długo, aż organizm się nim nasyci, a potem lekarz przepisuje najlepszą dla danego pacjenta metodę „wydalania” zebranych w ten sposób toksyn. Począwszy od pijawek, a kończąc na jeszcze bardziej nieprzyjemnych rzeczach. Wszystko odbywa się pod czujnym okiem lekarzy i pielęgniarek.

    Anna Janowska, zdj. Mateusz Nasternak
(Anna Janowska, zdj. Mateusz Nasternak, Fot: Mateusz Nasternak)

Świetna rozrywka!
I to za duże pieniądze. Poza mną byli tam pacjenci z Rosji, Szwajcarii, Norwegii. Czyli wszyscy ci, których stać było na zapłacenie za pobyt. Ale muszę przyznać, że to działa, bo gdy cała procedura oczyszczania już się zakończyła, czułam się świetnie.

d30bdhb

Jak pobyt w szpitalu ma się do twojej podróży śladem pieprzu?
Pieprz i inne przyprawy są stosowane w ajurwedzie. Okazały się też świetnym pretekstem do podróży. Zaczęłam ją w Indiach, z których _Piper nigrum _(bo tak nazywa się roślina rodząca pikantne ziarenka) pochodzi. Pieprz jest dziś uprawiany na całym świecie, m.in. w Wietnamie i Indonezji, ale jego ojczyzną jest położone na południowym zachodzie Indii Wybrzeże Malabarskie, którego część zajmuje dzisiejszy stan Kerala. Jest to zdecydowanie „najłatwiejszy” i najprzyjemniejszy kawałek tego kraju. Zielony, spokojny, pozwalający odpocząć. Nie ma tam tej nokautującej, tłocznej codzienności, jak w Delhi czy Bombaju. To miejsce, do którego ludzie z całych Indii przyjeżdżają na wakacje. I to właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłam pieprz w stanie „naturalnym”, rosnący w dżungli.

I dowiedziałaś się, że jest w niebezpieczeństwie.
Tak. Nie planowałam pisać kryminału, ale już na początku mojej podróży okazało się, że ktoś lub coś czyha na życie mojego bohatera. Trafiłam w samo serce pieprzowego kryzysu, który w Kerali trwa już od kilku lat. Rośliny na plantacjach umierają, usychają z niewiadomych powodów. Indie, przez wieki główny producent pieprzu na świecie, znalazły się w trudnej sytuacji. Doszło do tego, że zjadają go więcej, niż produkują. Muszą go więc importować z Wietnamu czy Indonezji. Spotkałam ludzi, którzy przez całe życie uprawiali pieprz – ich smutek jest dziś tak wielki, jakby opuścił ich ktoś bliski.

Z czego wynika pieprzowy kryzys w Kerali?
Przyczyny umierania roślin nie są do końca znane, ale w dużym stopniu jest to związane ze zmianami klimatycznymi. Wybrzeże Malabarskie to pierwsze miejsce w Indiach, nad które nadciąga monsun. Ten letni przynosi deszcz znad oceanu. Farmerzy opowiadali mi, że kiedyś padało tu przez cztery, pięć miesięcy, teraz – przez dwa, trzy. A pieprz jest bardzo mocno związany z monsunowym deszczem, który go _de facto _zapyla.

    www.janowska.pl
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)

To stąd tytuł książki „Monsun przychodzi dwa razy”?
Monsuny to niesamowite wiatry, które przewalają się przez Ocean Indyjski z zadziwiającą wręcz regularnością. Mają taką właściwość, że co pół roku zmieniają kierunek o 180 stopni. Wyznaczają pory roku, zimą wiejąc z północnego wschodu, a latem z południowego zachodu. Dzięki monsunom dwa przeciwległe krańce oceanu były od wieków tak naprawdę niezwykle sobie bliskie. Monsun od stuleci łączył wybrzeża Afryki i Półwyspu Arabskiego z Indiami, stwarzając dobre warunki do żeglugi i handlu, także przyprawami. Niejako spinał je ze sobą. W swojej książce chciałam pokazać te zależności: jak coś, co z pozoru dzieli, tak naprawdę łączy. I że - wydawałoby się - tak mało istotne, niepozorne i codzienne rzeczy jak pieprz, mogą kryć w sobie fascynujące opowieści.

d30bdhb

Jaka historia związana z pieprzem cię najbardziej uwiodła?
Chyba ta, znana wszystkim z podstawówki, o Vasco da Gamie. W Europie się uważa, że to on odkrył drogę morską do Indii i jako pierwszy do nich dopłynął. Przygotowując się do pisania książki, zaczęłam śledzić wyścig Kolumba i da Gamy w poszukiwaniu Indii – jeden popłynął na zachód, odkrywając Amerykę (i myśląc, że odkrywa Indie), drugi udał się na wschód i do Indii faktycznie dopłynął. Jednak Vasco tak naprawdę wcale nie był pierwszym Europejczykiem, który tam dotarł. A poza tym, od pewnego momentu swojej podróży, czyli od wybrzeży Afryki, podążył szlakami handlowymi, którymi od dawna pływali do Indii Arabowie, Egipcjanie, Fenicjanie.

    www.janowska.pl
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)

Dlatego drugim krajem twojej podróży szlakiem pieprzu był Oman, w którym pieprz nie rośnie?
W Omanie spotkałam konstruktorów drewnianych łodzi dau – niesamowicie szybkich, zwinnych, które przez wieki przemierzały Ocean Indyjski. To właśnie dzięki tym łodziom i pochodzącym z półwyspu nawigatorom możliwa była prowadząca przez ocean wymiana handlowa pomiędzy wschodem i zachodem. Gdyby nie oni, pieprz ani inne drogocenne przyprawy nie docierałyby tak łatwo do Europy.

Jakie wrażenie zrobił na tobie Oman, kraj dość słabo znany Polakom?
Bardzo mnie zaskoczył. Na plus. Podróżowałam tam sama i nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Ale kiedy wysiadłam z samolotu i zobaczyłam chłopaka, u którego wynajęłam przez internet pokój – była noc, a on z własnej woli zaoferował, że mnie odbierze z lotniska – wszelkie moje obawy się rozwiały. Tak było już do końca pobytu, bo w Omanie co krok spotykałam serdecznych ludzi. Bardzo gościnnych, bezinteresownych i pomocnych, potrafiących nadrobić drogi, by coś mi pokazać lub wyprowadzić z mediny, gdy się zgubiłam. Mam wrażenie, że w porównaniu z tą omańską, polska gościnność może się schować!

d30bdhb

Być może nie powinnam mówić tego głośno, bo chciałabym to zachować tylko dla siebie (śmiech), ale Oman to zachwycające miejsce. Swojego rodzaju skarb. Niemal nieskażony masową turystyką, z niesamowicie pięknymi, pustymi plażami, na które na dodatek przypływają żółwice, by składać tam jaja. Można je podejrzeć, co samo w sobie jest niezwykłym przeżyciem. Oman to też najwyższe góry na Półwyspie Arabskim – surowe, łyse, praktycznie pozbawione roślinności, wyglądające jak przerośnięte hałdy piasku. Coś rewelacyjnego. I absolutnie zachwycająca pustynia, kiedyś zwana Wahiba Sands, na cześć jednego z tamtejszych plemion. Pustynia, która schodzi wprost do oceanu, a im bliżej jego brzegu, tym jest bielsza.

    www.janowska.pl
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)

Niczym duża plaża?
Bardzo duża plaża. Ten kontrast wielkiego piasku i wielkiej wody jest hipnotyczny. Południe Omanu nie jest tak pustynne jak północ, bo znajduje się w strefie wpływów monsunu. Kiedy w czerwcu przychodzi deszcz, cała południowa część kraju zamienia się w oazę zieleni. Wtedy przyjeżdża tu wielu tak zwanych monsunowych turystów z Emiratów Arabskich i innych części Półwyspu. Chcą zobaczyć deszcz, spędzić trochę czasu wśród zieleni, która – jak wiadomo – w tym rejonie jest nie lada rarytasem. Oni jeżdżą zachwyceni w tym deszczu i podziwiają drzewa i kwiaty! A hotele są zabukowane na pół roku do przodu.

Coś cię jeszcze zadziwiło?
Co chwilę coś mnie zaskakiwało. Na przykład Oman zupełnie niespodziewanie pachniał mi kościołem. Gdy zaczęłam zgłębiać ten temat, okazało się, że od wieków jest jednym z głównych producentów szlachetnego rodzaju kadzidła, czyli – kolejne zaskoczenie – żywicy pochodzącej z niezwykłego drzewa. Potrafi ono rosnąć w najbardziej nawet ekstremalnych warunkach, tam gdzie niemal nic nie jest w stanie przetrwać, na pustyni lub w wyschniętych na wiór dolinach. Kadzidłowce wyciągają do nieba te swoje rachityczne, powykręcane gałęzie, a w ich „żyłach” płynie żywica o wyjątkowym zapachu. Kora tych drzew jest cieniutka jak pergamin, wystarczy zadrapać ją paznokciem, a ze zranionego pnia wypłyną łzy żywicy. Niektóre są białe, inne żółtawe, jeszcze inne różowawe. Omańczycy wrzucają je na ogień i tym dymem okadzają sobie domy albo... siebie samych. To są ich „perfumy”. Zapach kadzidła jest więc w tym kraju wszechobecny.

    www.janowska.pl
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)

Oman pachnie kadzidłem, a Zanzibar, trzecie i ostatnie z miejsc, które odwiedziłaś?
Goździkami. Podobno kiedy kwitną na Zanzibarze, czuć je aż w kontynentalnej Tanzanii! Opowiedziała mi o tym Fatma, jedna z moich przewodniczek po świecie Zanzibaru. Ten archipelag w ogóle jest dla mnie silnie związany z kobietami. Zaczynając od bibi Kidude – pieśniarki, królowej folkowej muzyki taarab, głosu wschodnioafrykańskiego feminizmu (zmarła niedawno w wieku 103 lat, ale prawie do końca występowała na scenie, śpiewała, grała na bębnach, paląc cygaro i popijając drinki). Przez mamas – bo tak mówią o sobie tamtejsze kobiety – które wprowadziły mnie w tajniki wykorzystywania przypraw do celów upiększających. A kończąc na charyzmatycznych Zanzibarkach, które pracują na farmach alg, zanurzonych w oceanie.

    www.janowska.pl
(www.janowska.pl, Fot: Anna Janowska)

*Czyli pieprz okazał się dobrym pretekstem do podroży? *
Zdecydowanie. Każdemu taką podróż polecam, najlepiej z moją książką, jako przewodnikiem (śmiech). W ogóle uważam, że podróżowanie to świetna rzecz. Poszerza horyzonty, uczy otwartości na inność i drugiego człowieka. Uczy radzić sobie z wieczną zmianą i z nagłymi zwrotami akcji. Co więcej, to praktyczne zajęcia z tak popularnej dziś „uważności”, czyli mindfulness. Podróżnicy są lepszymi, bo bardziej zorganizowanymi, pracownikami i fajniejszymi ludźmi. Moim zdaniem podróżowanie powinno być obowiązkowe - i to najlepiej już w podstawówce.

d30bdhb

Podziel się opinią

Share
d30bdhb
d30bdhb