Na punkcie jego wyczynu ludzie oszaleli. Po 30 latach znów chce to zrobić

Trzydzieści lat po zdobyciu obu biegunów, dwadzieścia po ostatniej wizycie na Biegunie Południowym, legendarny podróżnik Marek Kamiński znów wyrusza na Antarktydę. W piątek 4 kwietnia rozpoczął kluczowy okres przygotowań, przeszło trzytygodniową wyprawę trasą Arctic Circle Trail na Grenlandii.

Marek Kamiński tuż przed wylotem na Grenlandię. Na pierwszym planie jego polarny ekwipunek
Marek Kamiński tuż przed wylotem na Grenlandię. Na pierwszym planie jego polarny ekwipunek
Źródło zdjęć: © WP

Nowy projekt podróżnika to nie tylko sportowy wyczyn, ale przede wszystkim podróż z misją, której celem jest zwrócenie uwagi na problemy psychiczne i wsparcie dla projektów budujących odporność psychiczną.

Magda Bukowska: Spotykamy się na lotnisku w Gdańsku, dosłownie kilkadziesiąt minut przed pana wylotem na Grenlandię. Zanim jednak zapytam o tę wyprawę, chciałabym się dowiedzieć, jak się pan czuje po wczorajszym (czwartkowym - dop. red.) charytatywnym meczu bokserskim z Przemysławem Saletą. Nie widzę żadnych siniaków, więc zgaduję, że poszło dobrze?

Marek Kamiński: (Śmiech) Było fantastycznie. Oczywiście przegrałem, ale to, że wytrwałem trzy rundy w ringu z takim mistrzem jak Przemek, daje mi ogromną satysfakcję. Tym bardziej że od początku zapowiadał, że nie będzie mnie oszczędzał. Podejrzewam jednak, że mimo wszystko nie użył całej swojej siły. Dla mnie ten mecz, porównując go do tego co może mnie spotkać na Grenlandii, to było wejście do ringu z niedźwiedziem polarnym. I przeżyłem!

Ten mecz wpisuje się w projekt wyprawy na Biegun Południowy, na który rusza pan po 30 latach od czasu, gdy jako pierwszy człowiek zdobył pan dwa bieguny w jednym roku. Co jest tym spoiwem?

Hasło, które jest taką myślą przewodnią wszystkich działań, jakie podejmuję w ramach tego wydarzenia, czyli: "No limits". Zależy mi na tym, by pokazać ludziom to, o co walczy Fundacja Marka Kamińskiego, czyli że wszelkie limity, granice są w nas. Że to od nas zależy, czy próbujemy je przełamywać, przesuwać, pokonywać.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

"Halo Polacy”. Polak o wypadku na Grenlandii. "Czerwone lampki świeciły się od dawna"

Te granice mogą być bardzo różne. W moim przypadku taką granicą mógłby być już choćby wiek. Jestem 30 lat starszy niż wtedy, gdy zdobywałem dwa bieguny, co więcej, wtedy myślałem, że to szczyt mojego życia, mojej sprawności, moich możliwości i osiągnięć. I nie ja jeden.

Wczoraj wyszedłem na spacer, by się skupić, zebrać myśli przed walką z Przemkiem i akurat spotkałem sąsiada, który też wracał ze spaceru. Przywitaliśmy się i on mówi do mnie: "I co Marek, kiedyś bieguny, a teraz już tylko spacerki". A ja już spakowany na Grenlandię, koncentruję się przed walką z mistrzem bokserskim i czuję, że wiek nie jest barierą. Powiem więcej, wierzę, że tegoroczna wyprawa naładuje mi akumulatory na kolejne 30 lat i zaczynam się zastanawiać, czy jako 87-latek nie postanowię wejść na Mount Everest.

Tak samo wygląda sytuacja z meczem bokserskim z Przemkiem. Oczywiście kluczowe znaczenie miał fakt, że był to mecz charytatywny, ale fakt, że w moim wieku po raz pierwszy wchodzę do profesjonalnego ringu, to też taki symboliczny przekaz naszego hasła "No limits".

Oczywiście, nie wszedłem tam bez przygotowania. Przez trzy miesiące regularnie trenowałem boks, co jednocześnie potraktowałem jako budowanie formy przed Grenlandią, a potem wyprawą na biegun. I naprawdę nie ma znaczenia, że ja ten mecz przegrałem, bo od celu ważniejsza jest droga. Ale i tak planujemy rewanż.

Marek Kamiński podczas przygotowań do walki bokserskiej
Marek Kamiński podczas przygotowań do walki bokserskiej© PAP

Czy to, że wyrusza pan na biegun właśnie teraz, 30 lat po projekcie dwóch biegunów, to przypadek czy specjalnie wybrał pan ten termin?

Ten biegun wzywał mnie już od pewnego czasu i w końcu to wołanie usłyszałem. Nie mogę tu zdradzać szczegółów, ale zaczęło się od propozycji, którą dostałem od jednej z armii NATO, żeby poprowadzić taką wyprawę na biegun jako przewodnik.

Ten projekt się przeciągał, podobnie jak kilka innych, które gdzieś po drodze się rodziły i w końcu pomyślałem: po co ja mam czekać, aż coś się zdarzy, aż ludzie, którym mam towarzyszyć, zdążą przejść trening, żeby być gotowymi na tak ekstremalne wyzwanie. Nie potrzebuję okazji, sam ją sobie stworzę, a że właśnie zbliżała się ta 30. rocznica, pomyślałem, że to idealny moment, by wrócić na Biegun Południowy.

Rozumiem, że samotnie?

Tak. I wcale nie dlatego, że przeszkadzałoby mi towarzystwo, ale naprawdę nie mam z kim tam pójść. Bo to będzie jednak ekstremalne wyzwanie i trzeba wielu miesięcy, żeby się do niego przygotować.

Zabiera pan ze sobą jakąś specjalną książkę. Pamiętam, że na poprzednią brał pan ze sobą "Władcę Pierścieni" Tolkiena.

Tym razem biorę ze sobą czyste kartki. Zawsze w podróży prowadzę dziennik, a teraz planuję w drodze pisać książkę. Wtedy książka Tolkiena była dla mnie takim łącznikiem ze światem, do którego ruszam, a teraz myślę, że znam go już dość dobrze, mnóstwo też o nim przeczytałem i czuję, że to jest już ten czas, by opowiedzieć o nim swoimi słowami.

Na Grenlandii mam też plan uczyć się języka Inuitów, bo wierzę, że język kształtuje nasze myślenie, nasze wyobrażenie o świecie, więc chciałbym, choć w pewnym stopniu, go poznać, by móc zrozumieć ludzi, którzy tam żyją, ich problemy i relacje z funkcjonowania w dość izolowanej rzeczywistości.

Marek Kamiński na Biegunie Południowym w grudniu 1995 r.
Marek Kamiński na Biegunie Południowym w grudniu 1995 r.© Wikimedia Commons | Fundacja Marka Kamińskiego

To także zbliża mnie do jednego z celów całego tego projektu, czyli zwróceniu uwagi na problemy psychiczne, które dotykają coraz więcej osób i na budowanie odporności psychicznej, która według mnie jest najskuteczniejszym narzędziem, które pozwala nam radzić sobie nie tylko w czasie ekstremalnych wypraw, ale także w codziennym życiu.

Na Grenlandii spędzi pan przeszło trzy tygodnie. Jak długo będzie trwała wyprawa na biegun i kiedy pan wyrusza?

Wyruszam w listopadzie, wracam w styczniu. Oczywiście wiele będzie zależało od pogody i innych czynników - nie wiem np. czy nie przedłużę trasy. Ale zakładam na ten wyjazd trzy miesiące.

Był pan na Biegunie Południowym kilka razy. Od ostatniej wizyty minęło już jednak 20 lat. Co się w tym czasie zmieniło?

O tym, na ile zmienił się sam biegun, opowiem pani po powrocie, bo chcę sam się o tym przekonać. Ale wiem, że każda wyprawa jest inna. Ruszamy niby w to samo miejsce, ale sami przynosimy ze sobą tę różnicę - inne cele, emocje, inne postrzeganie świata.

Podczas wyprawy z Jaśkiem Melą na Biegun Południowy
Podczas wyprawy z Jaśkiem Melą na Biegun Południowy© Fundacja Marka Kamińskiego

Na przykład moje zdobycie Bieguna Południowego w ramach akcji "Dwa Bieguny", było zupełnie innym doświadczeniem niż wspólna wyprawa z Jaśkiem Melą. Sam jestem ciekaw, co przyniesie ten nowy projekt. Myślę, że w takim sensie fizycznym, większe zmiany zastanę na Grenlandii, którą też znam całkiem dobrze.

W 1993 r. z Wojtkiem Moskalą przeszliśmy ją jako pierwsi Polacy. Wtedy to był naprawdę niedostępny skrawek świata. Dziś zaczynamy ją odkrywać turystycznie, więc w sezonie przybywa tam całkiem sporo ludzi. I wcale mnie to nie dziwi, bo choć nie jest to już teren dziewiczy, to wciąż jest to miejsce mające mnóstwo sekretów i absolutnie warte odkrywania.

W tej chwili stało się też takim centrum geopolitycznych napięć.

To prawda. Jestem bardzo ciekaw, jak ta sytuacja jest odbierana na miejscu, jakie są opinie i wrażenia mieszkańców Grenlandii. Jednocześnie sam pisałem o Grenlandii właśnie jako o środku politycznych zawirowań, o miejscu, gdzie właściwie mogła się zacząć III wojna światowa w moim thrillerze "Polaris". To jest jednak literacka fikcja, choć osadzona w konkretnej rzeczywistości. A o tym, jak ta rzeczywistość wygląda dziś, przekonam się już niedługo.

O podróżniku

Marek Kamiński (ur. w 1964 w Gdańsku) to podróżnik ekstremalny, ale też filozof, przedsiębiorca i innowator. Jako pierwszy na świecie zdobył oba bieguny Ziemi bez pomocy z zewnątrz - 23 maja 1995 r. biegun północny, a 27 grudnia 1995 r. biegun południowy, za co został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa. Dwukrotnie przeszedł Grenlandię na nartach, a także jako pierwszy przepłynął zimą kajakiem Wisłę. Przeszedł Pustynię Gibsona (800 km) w Australii w 46 dni, a także przemierzył szlak św. Jakuba od Kaliningradu do Santiago de Compostela w Hiszpanii (4 tys. km). Był liderem pierwszej w historii wyprawy z niepełnosprawnym Jaśkiem Melą na biegun północny i południowy.

Źródło artykułu:WP Turystyka
marek kamińskibiegun południowyludzie

Wybrane dla Ciebie

Komentarze (3)