"W Warszawie najfajniejszy jest bus do Kazimierza". Z Paprodziadem po polskiej Kalifornii

Gdy widzi jakąś dziurę, musi przez nią przejść. Udowadnia, że nawet w Warszawie są jeszcze świetne, mało poznane miejsca i przekonuje, że jak już umiemy odszukać coś fajnego w stolicy, to znajdziemy wszędzie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Włodek Dembowski to fan mchu i paproci. Znany jest jako wokalista Łąki Łan, November Project i Dziadów Kazimierskich. To także inicjator i organizator festiwalu Kazimiernikejszyn
Włodek Dembowski to fan mchu i paproci. Znany jest jako wokalista Łąki Łan, November Project i Dziadów Kazimierskich. To także inicjator i organizator festiwalu Kazimiernikejszyn (Facebook.com, Fot: Kazimiernikejszyn)
WP

Anna Jastrzębska: Wreszcie jest ciepło, co dla ciebie oznacza koniec sezonu obuwniczego. Jesteś bardzo nieszczęśliwy, gdy zimą nie możesz chodzić na bosaka?

Włodek Dembowski, czyli Paprodziad: Jak już się przyzwyczaję, to jakoś idzie, ale staram się zdejmować buty jak najczęściej. Na koncertach nawet zimą biegam boso, zdarza się też, że w mrozie do hotelu polecę bez butów. Staram się trenować te stopy jak najwięcej, żeby nie tracić kontaktu z zewnętrzem.

Mówiąc "zewnętrze" masz na myśli beton w mieście?

Im mniejszy na co dzień jest nasz kontakt z ziemią, tym bardziej trzeba wykorzystywać każdy jej dostępny skrawek. Zawsze, gdy w mieście widzę jakiś park czy trawnik, staram się na niego wskoczyć, a przy okazji jeszcze drzewo mogę jakieś przytulić. Bez butów jest lepszy przepływ energii. Wszystkie mądre księgi, religie, mędrcy, zgadzają się co do jednego – szczęście tkwi w przyrodzie....

...do której miłością zaraził cię ojciec.

Wychowywałem się na blokowisku na Woli, na Ulrychowie, więc warunki przyrodnicze były tam bardzo marne. Ale okazało się, że dookoła osiedla jest mnóstwo fajnych miejsc – stare PGR-y, parki czy cmentarze.

Cmentarze?

Tak, wiesz, ile tam wspaniałych drzew, roślin, zwierząt? Gdy byłem dzieciakiem, chodziliśmy z ojcem dokarmiać sikorki, wiewiórki. One na mnie wchodziły, miałem z nimi kontakt. To nie były jakieś narysowane zwierzęta z kreskówki, ale żywe, prawdziwe ptaki. Trzeba było na nie bardzo uważać, być delikatnym. Można było też dotknąć drzewa, wziąć do ręki liść. Mój tata zna się na drzewach, nauczył mnie nazwy chyba każdego rosnącego dookoła.

WP

Przez te wyprawy z ojcem zacząłeś odkrywać "dziury" w mieście?

Tak, dzięki temu można w mieście przetrwać. Bo interesujących, niepoznanych zaułków jest ciągle sporo, nawet w Warszawie, która wbrew pozorom jest bardzo zielonym miejscem. Tylko trzeba to odkryć. Co jest świetną metaforą życia, bo my w sobie też mamy mnóstwo światła i pogody ducha, tylko czasem nie potrafimy ich znaleźć, gdzieś nam znikają w tym pędzie, zapominamy o ich. Ale jak już umiemy odszukać coś fajnego w Warszawie, to znajdziemy wszędzie.

W ramach Warszawskiej Turystyki Ekstremalnej zabierasz ludzi w różne nieoczywiste miejsca stolicy. Zdradzisz swoje ulubione?

Ostatnio trochę mniej tych ekskursji urządzamy, ale wrócimy do tego, tylko musimy reanimować bloga. Bo Wirtualna Polska, na której mieliśmy bloga, zmieniła szablony i teraz nie mamy na czym pracować (śmiech). Ale to w sumie dobrze, bo każda trudna sytuacja powoduje, że się rozwijamy, że ewoluujemy.

Co do niezwykłych miejsc, wolę ludzi w nie zabierać zamiast o nich opowiadać. Ale niech ci będzie. Na pewno jednym z takich zakątków jest Kępa Zawadowska, czyli ulokowana na południu Warszawy, nad Wisłą hałda popiołu porośnięta trawą. To piękne regiony, piękne łęgi, do których można dojść od strony Siekierek. I dalej w kierunku Wysp Świderskich – to jest świetna wędrówka na cały dzień. Kiedyś często nocowałem na Wyspach Świderskich.

WP

W namiocie?

W namiocie, szałasie, albo i pod gołym niebem, jeśli pogoda pozwalała. Piękne są też tereny po drugiej stronie, czyli "Pojezierze Warszawskie", jak ja to nazywam. Dziekanów Polski i wszystkie jeziorka w okolicy. Wielkim plusem jest to, że Warszawa leży nad Wisłą, która jest piękna. I da się w niej ciągle kąpać.

Nie trzeba się potem polać domestosem? (śmiech)

No co ty, kąpię się w Wiśle od pradawna i nigdy nie miałem żadnych problemów. Jeśli wchodzisz do rzeki z nastawieniem, że coś ci będzie, wtedy najprawdopodobniej tak właśnie się stanie. Bo takie rzeczy się przyciąga.

A co najfajniejszego jest w Warszawie?

Bus do Kazimierza (śmiech).

WP

Kazimierz Dolny nad Wisłą to twoja "ziemia obiecana". Pozwalasz ją odkrywać ludziom m.in. w trakcie współorganizowanego przez ciebie festiwalu Kazimiernikejszyn.

To jest niesamowite, że tak niewielkie miasto ma tyle legend, prawd, opowieści, składających się na niezwykle malowniczą historię. W trakcie festiwalu zwykle jestem bardzo zalatany, bo są próby, koncerty, "Paprowędrówki". Jednak zawsze staram się podrzucać fajne historie związane z Kazimierzem, także do swoich tekstów. Żeby każdy, kto się zainteresuje, mógł je sobie potem zgłębić.

Ze zdumieniem odkryłam, że skojarzenie Kazimiernikejszyn z "Californication" nie jest tylko efektowną grą słów. Na początku XX w. artyści, którzy upodobali sobie to miasto, dostrzegali w jego czystości powietrza, kolorach i "błękitnej mgiełce" podobieństwo z kalifornijskim klimatem. A Tadeusz Pruszkowski w 1926 r. nakręcił z tej okazji nawet film "Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce".

WP

O filmie dowiedziałem się dopiero ze 2 lata temu. I właśnie to jest piękne w Kazimierzu – to prawdziwa skarbnica wiedzy, ciekawostek i różnych niezwykłych historii.

Jakiś przykład?

Słyszałaś kiedyś o Stanisławie Szukalskim? W Kazimierzu, na Albrechtówce, jest dom Szukalskiego, "przyszywanego dziadka" Leonarda di Caprio (w 1940 r. Szukalski zamieszkał w Los Angeles, gdzie zaprzyjaźnił się z rodziną George'a DiCaprio, ojca słynnego aktora – przyp. red.), który był wielbicielem polskiej sztuki i przed wojną organizował w Stanach wielką wystawę rodzimych artystów. Wojna pokrzyżowała plany, obrazy poginęły, ale dom Szukalskiego stoi dalej. W Kazimierzu takich fascynujących opowieści jest mnóstwo. Ostatnio na przykład wydaliśmy z Dziadami Kazimierskimi singiel "Wetrna Hora", czyli Wietrzna Góra. Tak w pradawnych czasach nazywał się Kazimierz Dolny.

Na Kazimiernikejszyn można poznawać to miasto w dość nietypowy sposób, bo obok koncertów w Kamieniołomach dużo się dzieje. W tym roku będą to m.in. warsztaty śmiechu, Durniej, czyli turniej rzeczy durnych, walki na poduszki, tor wsparć (a nie przeszkód).... Nie braknie też słynnych już Paprowędrówek, podczas których zabierasz uczestników w mniej i bardziej znane zaułki Kazimierza. Już wiesz, jakie miejsca pokażesz ludziom w tym roku?

Nigdy do końca nie wiem, dokąd te Paprospacery mnie zaprowadzą. Mniej więcej mam plan, dokąd chcę zabrać ludzi, mniej więcej znam kierunek, ale jak taka wędrówka się rozwinie, zależy trochę od tego, co się wydarzy po drodze, kogo spotkam, co zauważę. Trzeba być czujnym, żeby korzystać z tego, co los nam oferuje (pod różnymi postaciami – czy to pogody, czy zwierzęcia spotkanego), żeby tych możliwości nie przegapiać.

WP

Gdy w zeszłym roku byłam z tobą na takim spacerze, trasa wiodła przez pola, wąwozy pokrzywy, jeżyny oraz... rzekę.

A co w tym dziwnego?

Na przykład to, że ludzie przewracali się w wodzie, gubili telefony, a mimo to szli za tobą przez tę Wisłę w ciemno.

Przez to, że coraz bardziej się o różne rzeczy martwimy, coraz mniej korzystamy z życia. A przecież ten się śmieje, kto się śmieje! Łażenie po krzakach, płyciznach i błocie jest czymś absolutnie naturalnym. Ludzie to uwielbiają, tylko po prostu się odzwyczaili. Ale mam nadzieję, że przekonają się na nowo. Bo naprawdę nie trzeba używać żadnych aplikacji do tego, żeby poprawić sobie humor, żeby się dobrze poczuć. W spa w Nałęczowie kąpiel błotna kosztuje trochę kasy, a tu można mieć błotko za darmo. Ludzie wolą zapłacić, bo wtedy wiedzą, że działa. A ja wolę naturalne, prawdziwe, z kulturalnymi bakteriami. Bo wierzę, że one z nami współpracują. Ale tu wchodzimy już na teren biologii totalnej, którą zajmuje się moja żona...

Paprobaba?

Dokładnie.

Ma z tobą łatwo czy ciężko?

Kiedyś miała znacznie ciężej, dziś pracuję nad tym, by miała łatwiej. Staram się dokarmiać dobrego wilka we mnie. To ten sam wilk, który teraz się w tobie śmieje. Który jest otwarty, radosny, optymistyczny. Zanim zacząłem wcielać to myślenie w życie, jakieś 9 lat temu, miewałem bardzo słabe dni, deprechę. To był naprawdę kiepski okres, kiedy już myślałem, że się zawinę z tego świata. Ale w pewnym momencie zrozumiałem, że w życiu chodzi o to, by dokarmiać właściwego wilka. Nie tego, któremu się nie chce, który się wkurza, który warczy i się smuci. Ten wilk już we mnie ledwo dyszy. A tak nawiasem mówiąc, wiesz, co robi 9 zł w portfelu?

Nie mam pojęcia.

Ledwo dycha! (śmiech) Tak samo ledwo dycha ten wilk warczący we mnie, bo go nie dokarmiam.

Skąd to wszystko bierze się w twojej głowie?

Pytasz o te moje gry słowne? Moja mama jest polonistką, wychowała mnie na Tuwimie, Brzechwie, Mironie itd. Jak patrzę na świat, to już go nie umiem widzieć inaczej, wciąż widzę te słowotwory.

I nie musisz nic brać?

Muszę nic nie brać. Kiedyś myślałem, że bez zioła nie napiszę nic fajnego. Kiedy je rzuciłem 3 lata temu, to przez pół roku było naprawdę było ciężko – bo wcześniej przez lata nie dokarmiałem tego wilka właściwego. Ale jak odżył, przypomniał sobie, jak się biega, chodzi, skacze, to już nic nie może go zatrzymać.

Wcześniej ciągnęło wilka do lasu?

No tak, a ja go tam wypuszczałem. Dokarmiałem nieodpowiednimi rzeczami, dawałem pić, ogólnie pozwalałem mu na wszystko, bo myślałem, że skoro tak chce, to czemu nie. Parę razy odbiłem się od ściany, długo szukałem właściwej ścieżki, aż w końcu – lepiej późno niż później – udało mi się przejść na "jasną stronę mocy".

Przestałem marnotrawić czas. Teraz lepiej mi się w życiu układa. I radość jest większa, i większa obfitość... Bo to jest tak jak w mojej ulubionej książce z dzieciństwa – "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Marii Konopnickiej. To, co człowiek gubi, to, co mu przecieka przez palce, nikomu niepotrzebny czas – to są skarby największe. Człowiek ich poniechuje, a krasnoludki je zbierają i ich strzegą. Wszyscy mamy z tymi skarbami do czynienia, tylko jesteśmy zaślepieni innymi błyskotkami. Choć niby wszyscy o tym wiemy, jakoś nie potrafimy na bieżąco zwracać na nie uwagi. A trzeba sobie o nich ciągle przypominać, bo to są najważniejsze sprawy.

Włodek Dembowski - fan mchu i paproci, wokalista Łąki Łan, November Project i Dziadów Kazimierskich. Inicjator i organizator festiwalu Kazimiernikejszyn, który od 2014 r. odbywa się co roku w połowie lipca w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Więcej informacji znajdziesz pod linkiem kazimiernikejszyn.pl.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz też: Jakie skarby można znaleźć pod wodą w Polsce?

WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP