Trwa ładowanie...
d4fxirs

Wielkie podróże za grosze? To możliwe!

Zobaczyć jak najwięcej, wydać jak najmniej. Taki pomysł na podróżowanie ma Rob Greenfield – znany podróżnik, przedsiębiorca i aktywista. Przy okazji jednej ze swoich wypraw chciał dodatkowo udowodnić, że świat można zwiedzać, nie dysponując wielkim budżetem, a bazując na ludzkiej życzliwości.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Wielkie podróże za grosze? To możliwe!
(flickr.com, Fot: Rob Greenfield)
d4fxirs

Wśród wielu ludzi pokutuje przekonanie, że podróżowanie wymaga wielkich nakładów finansowych; że mogą sobie pozwolić na to jedynie osoby z bardzo zasobnym portfelem. Według Greenfielda, można wystartować, nie mając nawet grosza przy duszy. Amerykański podróżnik udowadnia, że czasami do rozpoczęcia prawdziwej przygody potrzebne są po prostu dobre chęci. Podczas jednej ze swoich ostatnich podróży 31-latek chciał też uświadomić innym, jak wiele życzliwości tkwi w ludziach i jak doskonałym sposobem do odkrycia jej pokładów jest właśnie wyruszenie w drogę.

Swoją podróż rozpoczął w rodzinnym San Diego. Ale zanim postawił pierwszy krok, w swoim domu zostawił pieniądze, karty kredytowe, a nawet telefon. Mało tego, mężczyzna nie zabrał w podróż dodatkowych ubrań. Jedynymi rzeczami, jakie miał przy sobie, były: paszport oraz bilet lotniczy w jedną stronę. Zgodnie z planem samolotem postanowił dotrzeć do Panamy, a potem wrócić do domu, bazując jedynie na łasce ludzi, których spotka po drodze.

Zaraz po dotarciu do położonego w Ameryce Środkowej bez zwłoki ruszył w liczącą ok. 6,5 tysiąca kilometrów drogę powrotną. Wytyczył sobie taki szlak, który miał mu pozwolić na dokładnie poznanie każdego regionu, przez który się przemieszczał. Jak sam przyznaje, to nie do końca komfortowe rozwiązanie, ale za to pozwalające lepiej poznać ludzi i ich kulturę.

d4fxirs

W jaki sposób udało mu się przetrwać tak długą podróż, nie zabierając ze sobą właściwie nic? Jak tłumaczy, w czasie swojej wyprawy podejmował się różnych dorywczych prac. Kiedy trzeba było, zbierał puszki. Często bywało, że w zamian za dach nad głową i posiłek pomagał na farmach. Zdarzało mu się też korzystać z couchsurfingu.

Zgodnie z wyznawaną przez Greenfielda filozofią, pieniądze wcale nie stanowią najsilniejszej waluty podczas przemieszczania się z miejsca na miejsce. Znacznie ważniejsze jest to, by umieć dać coś z siebie, a – jak podkreśla - dobro wróci. Mało tego, według niego duże pieniądze mogą czasami nawet przesłaniać to, co podczas podróżowania i poznawania nowych miejsc jest najważniejsze.

„Niewielki budżet przeznaczony na podróż zabiera cię do miejsc, których nigdy byś nie zobaczył oraz do ludzi, których nigdy byś nie spotkał. Nie znam bardziej autentycznego sposobu na to, by doświadczyć innej kultury niż spędzić z tymi ludźmi czas na ich zasadach i żyć tym samym życiem, którym oni żyją. Nawet jeśli będzie to trwało krótko” - wyjaśnia Rob Greenfield.

Do San Diego dotarł 37 dni po tym, jak znalazł się w Panamie. Miał przy sobie zaledwie 10 centów. Swoją podróż podsumował w kilku słowach: „Ludzie są dobrzy, a świat to świetne miejsce”. Brzmi idealistycznie? 31-latek twierdzi, że nie ma w tym ani krzty przesady.

d4fxirs

Swoją niezwykłą wyprawę Greenfield uwiecznił w filmie dokumentalnym. Materiał został zrealizowany głównie dzięki ludziom dobrej woli, których spotkał po drodze. Przypomniał, że w tę podróż nie zabrał ze sobą nawet kamery. Zdjęcia i klipy do dokumentu podesłały mu potem osoby, które poznał. W realizacji filmu pomogło mu aż 28 osób.

Podróż z Panamy do rodzinnego San Diego nie była pierwszą niezwykłą wyprawą, w jaką udał się Greenfield. W 2015 r. podróżował z Brazylii do Panamy. Podobnie jak podczas ostatniej eskapady, tak i wtedy podróżował bez pieniędzy. Większość drogi – w sumie 11,5 tysiąca kilometrów przez całą Amerykę Południową - odbył autostopem. Wśród innych jego podróży warto wspomnieć o rowerowej wyprawie przez Stany Zjednoczone czy pięciomiesięcznej podróży przez Europę, Afrykę oraz Azję Południowo-Wschodnią.

Takie niekonwencjonalne podróżowanie bez pieniędzy nie jest zatem dla Greenfielda niczym nowym. Ale Amerykanin słynie z wielu innych nietypowych happeningów. Wiele z nich podporządkowanych jest walce o poprawę jakości środowiska. W ramach jednej ze swojej akcji zaczął ubierać się w... śmieci. Wdziewał na siebie po prostu wszystkie odpady, które produkował, a które każdy człowiek wyrzuca do kosza. Po krótkim czasie zaczął mieć poważne problemy z przemieszczaniem się - zaczął wyglądać jak chodzące monstrum. W ten sposób chciał zwrócić uwagę na problem, którym większość ludzi nie zawraca sobie głowy, wierząc, że segregacja odpadów jest lekiem na całe zło.

W czasie innego happeningu zaczął konsumować rzeczy, które inni ludzie wyrzucają na śmietnik. W ten sposób pragnął uświadomić społeczeństwu, jak nieprzebrane ilości jedzenia lądują na wysypisku i jak bezmyślnie niektórzy zaopatrują się w żywność. Podobne jego inicjatywy mają ścisły związek z podróżowaniem bez pieniędzy czy przedmiotów, które uchodzą za obowiązkową część ekwipunku każdej osoby wyruszającej w świat. Według niego, nadmierna konsumpcja oraz otaczanie się rzeczami, które w istocie nie są do niczego potrzebne, nie tylko mogą przesłonić istotę wyprawy, ale też destrukcyjnie wpływają na środowisko. Wielu komentatorów określa go dziś mianem ekologicznego podróżnika.

Co ciekawe, zanim Greenfield zaczął jeździć po świecie i angażować się w akcje służące promowaniu dbałości o środowisko, marzył o karierze finansisty. Pracował wtedy po 12 godzin dziennie i pragnął osiągnąć sukces w dużej korporacji. Dopiero potem stwierdził, że w taki sposób życie tak naprawdę ucieka mu pomiędzy palcami. Uznał wówczas, że poznawanie świata będzie znacznie bardziej pasjonujące niż liczenie pieniędzy.

d4fxirs

Podziel się opinią

Share

d4fxirs

d4fxirs