WP

Azja bez planu cz. 2. Między dżunglą a miastem

Podobno w podróż życia lepiej jechać z kimś, kogo się dobrze zna. Nigdy nie wiadomo, jak zachowacie np. w obliczu niebezpieczeństwa. Ja już wiem, co się dzieje, kiedy konflikt interesów wdziera się między kompanów drogi. Nie wiadomo, czy się rozejść, pozabijać czy wracać do domu. Ja byłam bliska ucieczki. Tylko dokąd iść, kiedy nie ma się żadnego planu?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Im dalej od wielkich miast, tym bardziej nasza przygoda zaczyna nabierać prawdziwych, autentycznych barw"
"Im dalej od wielkich miast, tym bardziej nasza przygoda zaczyna nabierać prawdziwych, autentycznych barw" (Archiwum prywatne, Fot: Monika Sikorska)
WP

Skończyłam studia, rzuciłam pracę i odkleiłam sztuczne paznokcie. Kupiłam z przyjaciółką bilet w jedną stronę i zostawiłam mój mały świat za sobą. Porzuciłam rodzinne gniazdko, kochającego chłopaka i wybrałam na najbliższe miesiące los tułacza szukającego sensu życia na azjatyckich ziemiach. A wszystko zaczęło się od myśli: "A gdyby tak rzucić to wszystko w cholerę?" Ja to zrobiłam i nie żałuję. Oto kolejna część mojej wyprawy, tym razem z Malezji.

Ciemno, bardzo ciemno

Dżungla. Pierwszy tropikalny przystanek po męczącym łańcuchu miast. Czy tak ją sobie wyobrażałyśmy? Pierwsze, co nas w niej przywitało to mrok. Mrok i robactwo, które po zmierzchu wyłazi z odmętów ciemności w poszukiwaniu pożywienia. Jaszczurki, nieznane nam dotąd dziwne, obrzydliwe i latające owady oraz wpadające przez balkon do pokoju odgłosy natury, których nie słychać w ciągu dnia.

WP
Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Odnotowałyśmy też brak Wi-Fi. Na szczęście przed wyjazdem ze stolicy Malezji kupiłyśmy lokalne karty sim, więc nie byłyśmy całkowicie odcięte od świata. Mimo wszystko spokój i brak turystów, którzy omijali dżunglę w parku narodowym Taman Negara w obawie przez porą deszczową sprawiły, że to miejsce absolutnie przypadło nam do gustu. Pierwszy dzień poświęciłyśmy na odpoczynek i doprowadzenie się do porządku. Tak, w końcu miałyśmy prywatną łazienkę, więc mogłyśmy w spokoju ogolić nogi i nałożyć odżywkę na włosy. Możecie sobie kpić, ale po tygodniach dzielenia prywatności z obcymi, nawet w dżungli, ma się ochotę na odrobinę próżności. W dalszej kolejności było eksplorowanie okolicy i testowanie "specjałów" lokalnej kuchni.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Kuala Tahan, w którym się zatrzymałyśmy, to bardzo mała malezyjska mieścina, a właściwie wioseczka, której mieszkańcy utrzymują się głównie z turystów spragnionych dzikiej natury. Na rzece znajdowało się kilka "pływających restauracji", z których chyba tylko dwie były czynne. Śniadanie na wodzie u progu dżungli było dla mnie niesamowitym doświadczeniem, a naleśniki jadłam dosłownie z otwartą gębą, ale tym razem niestety potwierdzam opinie znalezione w internecie: jedzenie było podłe. Dania ani trochę nie przypominały tych prezentowanych na obrazkach w menu, a o bogatym smaku mogłyśmy tylko pomarzyć. Nawet zupa z paczki smakuje lepiej.

WP
Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Jeżeli chodzi o treking po dżungli w Taman Negara, to absolutnie tak! Jest tam kilka ciekawych szlaków, z których niektóre liczą nawet ok. 10 km. My wybrałyśmy drogę na Bukit Terisek, czyli najwyższy okoliczny szczyt. Przy tak wysokiej wilgotności powietrza wysiłek, który podjęłyśmy odczuwalny był przynajmniej dwukrotnie. Wprawdzie przewyższeń nie było zbyt wiele, ale ciągłe wspinanie się po schodach dało nam nieźle w kość. Schodziło się równie ciężko. Poza tym obiecałyśmy sobie nie wydawać pieniędzy na przewodników oprowadzających po miejscach, które równie dobrze możemy zobaczyć same. Ale jedna z ofert lokalnych biur podróży wydała nam się wyjątkowo interesująca. Mam na myśli nocy spacer po dżungli.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Postanowiłyśmy zaryzykować i zapłacić 20 zł za trwającą półtorej godziny atrakcję. Było warto, bo spacer polegał na podglądaniu życia dzikich zwierząt. Śmiercionośne ropuchy, pająki i skorpiony to coś, co nie każdy chce zobaczyć z bliska (np. ja), ale gdy już siedzieliśmy w kuckach w milczeniu, by nie przestraszyć świecącego w ciemności skorpiona, wyczulonego na nawet najdrobniejsze wibracje, było całkiem groźnie. A szczególnie groźne i przerażające były jadowite pająki wielkości dłoni, które siedziały na drzewach na wysokości mojej twarzy. Ja robiłam w gacie ze strachu, a przewodnik z uśmiechem drażnił je światełkiem lasera i opowiadając o tym, że po ugryzieniu takiego skurczybyka można spędzić spokojnie więcej niż dobę w gorączce i bólu, nawet po zaaplikowaniu zastrzyku z antidotum.

WP

Z podobną radością i zaangażowaniem pokazywał nam plujące jadem żaby, które z łatwością mogą zabić człowieka. – Wszystko zależy od tego, jak silny macie organizm – mówił, budując napięcie i rozświetlając mrok czerwonym światłem latarki. Najbardziej jednak podobały mi się świecące w ciemności liście. Przewodnik najpierw kazał nam zgasić wszystkie oświetlające drogę światełka i odczekać 30 sekund. – Widzicie coś? – zapytał po chwili milczenia. – Widzę – mówię, gdy po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności. – To podnieś. – Nie ma mowy – odpowiadam po tym, jak 15 minut wcześniej widziałam te wszystkie obrzydlistwa. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, ale to naprawdę były świecące w ciemności liście! Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.

Ciekawostką parku narodowego Taman Negara jest to, że wejście do dżungli znajduje się po przeciwnej stronie rzeki, niż większość noclegowni, więc żeby się tam dostać trzeba najpierw przepłynąć rzekę. Miejscowi zbudowali na tej potrzebie lokalny "biznes", więc za złotówkę można łodzią przedostać się na drugą stronę o każdej porze dnia. Za to do samego Taman Negara już nie, o czym przekonałyśmy się próbując tam dojechać autostopem…

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Autostop nie dla każdego

WP

Naszych pierwszych prób łapania stopa nie można nazwać udanymi. Wręcz przeciwnie, można je śmiało nazwać pierwszą małą porażką, będącą przerostem podróżniczych ambicji. Ze stolicy Malezji wyjechałyśmy zbyt późno, by zdążyć na autobus miejski, jadący do Taman Negara, Miałyśmy więc do wyboru dwie opcje: taksówka, prywatny bus za 70 zł albo autostop. Ten, kto mnie zna, ten wie, że dopóki tyłek mi się nie pali, wolę nie przekraczać strefy swojego komfortu, ale Ewa nalegała, by w końcu spróbować złapać stopa i... szło nam marnie. Być może była to wina mojej nietęgiej miny, mówiącej "proszę się nie zatrzymywać". A może tego, że próbowałyśmy łapać stopa, stojąc przy drodze, która wcale nie prowadziła do oddalonej o ponad 70 km miejscowości. Godzinę później, gdy zaczynało się ściemniać, dalej w głębokiej desperacji machałyśmy do przejeżdżających samochodów z nadzieją, że któryś się zatrzyma. W końcu się udało. Gość mijał nas już kilka razy i stwierdził, że w sumie trochę mu nas szkoda. Wyjaśnił nam, że nikt z okolicznych mieszkańców w późnych godzinach popołudniowych nie wybiera się dalej niż kilkanaście km od swojego domu. Zawiózł nas i tym sposobem zaoszczędziłyśmy 20 zł, bo trzeba było zapłacić mu za paliwo…

Mimo wszystko w dżungli w Taman Negara, w tej oddalonej od miejskiej przestrzeni dzikiej, a zarazem spokojnej aurze było nam doskonale, ale jeszcze doskonalsza wydawała się myśl o tym, że dalej czeka nas więcej zieleni i jeszcze więcej zapierających dech w piersiach widoków. Kolejnym punktem na naszej trasie były długo przez nas wyczekiwane rozległe pola herbaciane w Cameron Highlands.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Z Taman Negara można się tam dostać bezpośrednio, bez żadnego wysiłku, płacąc za transport prywatnym busem któremuś z lokalnych biur podróży. Koszty przekraczały jednak nasze oczekiwania. Bilet dla jednej osoby kosztował 80 zł. Za 80 zł można w Azji spędzić spokojnie 4 noce w hostelu. Dałyśmy sobie zatem kolejną szansę na sprawdzenie swoich autostopowych umiejętności. Tym razem droga była prosta. Wstałyśmy więc wczesnym rankiem i z uśmiechami na twarzach ustawiłyśmy się przy drodze wyjazdowej. Kilka godzin później siedziałyśmy w jednym z tych cholernie drogich busów… Bawienie się w autostopowiczów nie wychodziło nam najlepiej.

WP
Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Nie ma piwa, ale jest herbata

Słynne zielone wzgórza w Cameron Highlands powitały nas przyjemnym, chłodnym i rześkim powietrzem. To nie kłamstwo, że miejscowi uciekają tam przed upałami. Nigdzie indziej nie włożyłam bluzy, skarpet i długich spodni. Gdyby ktoś zapytał, czy cokolwiek nie podobało mi się w Cameron Highlands, powiedziałabym, że nie. Nie licząc wyrazu twarzy Ewy, kilku wymownych spojrzeń i komentarzy, na które wzajemnie sobie pozwoliłyśmy. Zresztą nie ma co się dziwić. To już trzy tygodnie jak dzieliłyśmy ze sobą niemal każdą sekundę życia. Mimo pierwszych podróżniczych zgrzytów, czas spędzony w Cameron Highlands był dla nas okazją do zachwycania się górskim krajobrazem, zdobycia szalenie trudnej (jak dla nas) trasy trekingowej, no i oczywiście spróbowania herbaty z lokalnej plantacji. Herbata, jak herbata. Nie jestem znawcą, więc jej smak sam w sobie nie powalił mnie na kolana. Ale kubek naparu z lokalnych zbiorów, podany z mlekiem i syropem orzechowym smakował mi nieprawdopodobnie. No i ten widok z herbaciarni… Prawie wypadłam przez balkon!

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Nie mogę pominąć najważniejszego wątku. Właśnie tam, ponad 1000 m n.p.m., w samym sercu Malezji, znalazłyśmy sklep z alkoholem. Ponad 70 proc. Malezyjczyków stanowią muzułmanie. Na alkohol nałożone są obrzydliwie wysokie podatki. A najśmieszniejsze jest to, że mała puszka piwa kosztuje w sklepie tyle samo, co w restauracji, czyli ok 10-20 zł. Takie ceny skutecznie zniechęcają do spożywania alkoholu. Poza tym napojów wysokoprocentowych nie ma co tu szukać. Chyba że właśnie w dedykowanych tym trunkom sklepach. Nie twierdzę, że nigdzie indziej takich nie było, bo po prostu nie szukałyśmy, ale to właśnie tam napiłyśmy się jedynego, jak dotąd, mocniejszego alkoholu. A był to tani bimber, bo nawet tanie wino było za drogie. Najtańsza butelka za 35 zł… co za horror dla Europejczyka.

Wiecie dlaczego o tym mówię? Bo kiedy ma się świadomość, że Żabka albo monopolowy jest pod nosem i w każdej chwili można wyskoczyć po coś do picia, to wszystko jest w porządku. Problem pojawia się wtedy, kiedy jedzie się na wakacje do kraju, w którym picie alkoholu to grzech ciężkiego kalibru, a wy akurat macie ochotę napić się chłodnego piwka w upalny dzień… Nauczyłam się zatem rozkoszować herbatą z mlekiem, a Cameron Highlands było do tego idealnym miejscem. Herbaciarnia z widokiem na rozległe i soczyście zielone pola herbaciane to według mnie idealna wizytówka tego magicznego i sielankowego miejsca.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Las, truskawki i głaskanie gadów

Poprzez pola herbaciane i otaczającą je dżunglę prowadzą najróżniejsze trasy trekingowe. Jeden z podróżników poznanych w hostelu w Kuala Lumpur polecił nam szlaki nr 6 i 10. Nie dodał, że ten pierwszy momentami prowadzi przez krzaczyska i urwiska, które wyglądają, jakby dawno nie miały kontaktu z ludzką stopą. Ale zwisające ze skał liny utwierdziły nas w przekonaniu, że chyba jednak ktoś kiedyś porwał się na spacerek tą trasą. W międzyczasie zaczął padać rzęsisty deszcz. Złapała nas ulewa, a wielkimi krokami gonił nas zmrok. Powiedzieć, że zgubiłyśmy się w dżungli, to za dużo, bo wciąż miałyśmy kontakt z GPS-em dzięki aplikacji Maps.me, która działa offline. Jednak kiedy wydawało nam się, że pokonałyśmy najtrudniejszy fragment drogi, prowadzący przez chaszcze na szczyt wzgórza, okazało się, że do przejścia mamy jeszcze kawał dżungli, w której było już ciemno. Spadłam ze skały 3 razy. Obiłam sobie ramię i plecy. Przemokłam do suchej nitki, a w oczach miałam łzy. Ale gdy w końcu wyszłam na obrzeża miasta, uśmiechnęłam się szeroko i powiedziałam: jeszcze raz!

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Cameron Highlands nie jest zbyt sprawne komunikacyjnie. Co prawda kursują tam autobusy miejskie i o dziwo łatwo złapać stopa (tak, udało nam się pierwszy raz, ale to się nie liczy, bo dwaj młodzi tubylcy sami zatrzymali się, by zaproponować nam podwózkę). Skorzystawszy ze zniżki dla gości hostelu Map Travelodge, wypożyczyłyśmy skuter, dzięki czemu udało nam się zobaczyć kilka okolicznych atrakcji.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Wśród owych atrakcji był m.in. Butterfly Park (park motyli), który nie cieszył się pozytywnymi recenzjami i takie też było nasze pierwsze wrażenie. Jednak gdy znudzone kierowałyśmy się do wyjścia, jeden z pracowników parku zainteresował się białymi twarzami i z przejęciem zaczął oprowadzać nas po obiekcie. Wyjął z terrarium chyba każde zwierzę, które nie było jadowite, albo skrajne niebezpieczne, zachęcał do brania na ręce i fotografowania. Inni zwiedzający nie mieli tyle szczęścia, dlatego przyglądali się nam z zazdrością. Właściwie to Ewie, bo ja mam awersję do gadów i owadów.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Nie brzydziłam się potrzymać jedynie węża. Ewa natomiast głaskała wszystko: od koników polnych, przez patyczaki, jeże, chrabąszcze, po inne dziwne stworzenia. Przemiły pan, przejęty oprowadzaniem nas po dobytku, z rozpędu wyszedł z nami z parku motyli, zaprowadził do sąsiedniej farmy truskawek i ogrodu różanego.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Uroki wyspy Penang

W Map Travelodge spotkałyśmy bliźniaków z Argentyny. Dali nam pełne improwizowanych sztuczek muzyczno-wokalne show. Nie przepadam za tego typu imprezami integracyjnymi czy pokazami cyrkowymi, ale ta dwójka zabójczo przystojnych brunetów dała nam taki zastrzyk pozytywnej energii, że starczyło nam jej aż do wyspy Penang…

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Tam zaś przelała się czara zbieranej przez ostatnie tygodnie goryczy. Wspólnie udało nam się jeszcze dotrzeć do wyczekiwanej od początku podróży plaży. Żeby się do niej dostać musiałyśmy jechać na drugi koniec wyspy, czyli do Batu Ferringhi, gdzie znajduje się najbardziej reprezentatywny fragment wybrzeża. Tam też, nacieszywszy się widokiem zachodzącego słońca, przysiadłyśmy w jednej z przybrzeżnych restauracji. Wstyd się przyznać, ale wyszłyśmy stamtąd lżejsze o 100 zł każda. Tyle starczyło na małego hamburgera i trzy małe piwa na głowę… Tego wieczoru Ewa jeszcze skusiła się na 3-minutową przejażdżkę na wielbłądzie (20zł).

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Klasyką słynnego Georgetown na wyspie Penang są murale, które wciągną każdego fana street-artu. Wśród licznych malowideł ściennych można odnaleźć cykl 9 murali stworzonych w 2012 r. przez litewskiego artystę Ernesta Zacharaviec’a. Projekt nosi tytuł "Mirrors Georgetown" i przedstawia pełne energii i zabawy życie codzienne mieszkańców dzielnicy wpisanej na światową listę dziedzictwa UNESCO. Już na początku spaceru pokłóciłyśmy się o organizację trasy, więc do późnego popołudnia zwiedzałyśmy miasto osobno. Ja wypożyczyłam rower przez aplikację Linkbike i zrobiłam rundkę po pełnych street-artu uliczkach. Do najsłynniejszych i najczęściej fotografowanych murali należą m.in. Boy on a bike, Little children on a bicycle oraz Brother and sister on a swing. Murale są rozsiane po całej dzielnicy, więc odszukanie ich wszystkich zajęłoby naprawdę dużo czasu.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się
Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Jeszcze tego samego dnia, podczas chwilowego zawieszenia broni wybrałyśmy się rowerami do jednej z największych w całej Azji Południowo-Wschodniej świątyni buddyjskiej. Kek Lok Si to absolutne must-see wyspy Penang. Jej wielkość i przepych robi piorunujące wrażenie. Podobno... bo na miejsce dotarłyśmy o 18.23 i pocałowałyśmy klamkę. Turystów wpuszczają tylko do 18:00. Na szczęście w pobliżu znajduje się Penang Hill, z którego widać panoramę miasta. Na szczyt można wejść pieszo, ale też tylko do określonej godziny. Do dyspozycji jest także kolejka linowa, którą za 30 zł można pojechać w dwie strony. Chwile się wahałyśmy, ale ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że skoro stać nas na zostawienie 100 zł w restauracji, to stać nas też na przejażdżkę kolejką linową. Nie żałowałyśmy. Widok z góry jest nie do podrobienia. Szczególnie nocą, gdy oprócz rozświetlonego miasta widać także dwa mosty łączące Penang z zachodnim wybrzeżem Malezji.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

W klapkach na plażę żółwi

Kolejne dwa dni spędziłyśmy w ścisłej separacji, izolując się od siebie i od swoich skrajnie odmiennych poglądów. Ewa zarzuciła mi niedostatecznie zaangażowanie w podróż, krytykowanie zdecydowanej większości atrakcji i techniczną dezorganizację drogi. Ja jej zaś nadmierne zaangażowanie w rolę podróżnika, wprowadzanie rygoru na wakacjach i przepytywanie mnie z przygotowania do kolejnych etapów podróży. Swój wolny czas postanowiłam przeznaczyć, na przekór światu, na "nicnierobienie", ale ostatecznie wybrałam się do parku narodowego. Dotarłszy na miejsce po ponad godzinnej podróży autobusem miejskim zorientowałam się, że zamiast butów sportowych mam na stopach klapki… Dlaczego? Dlatego, że po ostatniej stoczonej batalii każda z nas w roztargnieniu wybiegła z hostelu nawet się za siebie nie oglądając. Przez dłuższą chwilę stałam przed wejściem do dżungli, zastanawiając się na ile będzie to niemożliwe do zrealizowania, ale ostatecznie postanowiłam zmierzyć się z trasą.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Park narodowy na wyspie Penang słynie z dwóch szlaków. Jedna z nich prowadzi do Monkey Beach, druga zaś do Turtle Beach (Pantai Kerachut). Ze względu na porę deszczową trasa do Monkey Beach była nieczynna. Dostać się na nią można było jedynie łodzią, za którą miejscowi liczą sobie 100 zł. Tuż pod wejściem do parku spotkałam dwóch leniwych Egipcjan (widać było po tuszy), którzy swoją łamaną angielszczyzną próbowali przekonać mnie, że trasa jest za trudna i za długa, aby przejść ją pieszo. Dlatego też od dobrej godziny rozglądają się za równie leniwymi turystami, którzy razem z nimi złożą się na transport łodzią. Propozycja była całkiem kusząca, tym bardziej, że moje obuwie mówiło samo za siebie, ale nawet po rozłożeniu kosztów na 3 osoby cena wciąż była wysoka. Zdecydowałam się mimo wszystko na treking w klapkach i ruszyłam w kierunku Turtle Beach. Trasa nie jest długa, a pokonać ją można w 1,5 godziny (w klapkach 2), za to satysfakcjonująca, a widoki zrekompensowały mi trudy maszerowania w błocie po same kostki.

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Tego dnia miałam wyjątkowe szczęście, bo gdy doszłam do plaży zobaczyłam w oddali grupę ludzi wsiadającą do łodzi. Zrzuciłam więc "laczki" i czym prędzej pobiegłam błagać, żeby mnie ze sobą zabrali. Akurat mieli jedno wolne miejsce. Tak, jak nigdy mi się nic nie podoba, tak tym razem mi się podobało. Nawet to, że zerwał się silny wiatr i znów padał deszcz, a fale były tak wysokie, że niemal zalewały łódkę. I zapłaciłam tylko 10 zł!

Monika Sikorska / archiwum prywatne
Podziel się

Z Penang wyjeżdżałyśmy nadąsane i obrażone. Problem polegał na tym, że obie wciąż nie mogłyśmy na siebie patrzeć i byłyśmy gotowe skoczyć sobie do gardeł. Przed nami była długo zapowiadana i odwlekana perspektywa pierwszych dwóch tygodni wspólnej pracy za pośrednictwem Workaway (nocleg i wyżywienie wzamian za wykonaną pracę). Przysięgam, że byłam bliska tego, by spakować plecak i jechać dalej sama. Kolejnym etapem podróży miała być praca na plantacji ryżu we wsi w prowincji Kedah. Ale to, co nas tam spotkało przerosło moje wyobrażenia. Jednak o tym w kolejnej relacji z podróży.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz też: Globstory. Wehikuł czasu nazywa się Kirgistan

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP